Aleksander Sirota – mer Prypeci

26 kwietnia 1986 r. – ta data odcisnęła szczególne piętno na życiu niespełna 10-letniego Saszy. Kilkadziesiąt godzin później wraz ze swoją matką i 50 tysiącami pozostałych mieszkańców, opuścił Prypeć. Dziś Aleksander Sirota opowiada całemu światu o mieście swojej młodości. Dzięki temu „odnalazł swoją drogę do domu” i dla wielu stał się współczesnym merem Prypeci.

Miałem przyjemność osobiście poznać Aleksandra Sirotę. Tak się złożyło, że był głównym przewodnikiem podczas pierwszej mojej podróży do Zony w 2009 r. Spotkałem go ponownie siedem lat później, kiedy w kwietniu 2016 r. po raz kolejny odwiedziłem Prypeć. Akurat Sirota realizował zdjęcia lotnicze Prypeci przy pomocy drona.

Prowadzony przez niego serwis pripyat.com to jedna z najbogatszych bibliotek materiałów poświęconych Prypeci. Znajdziecie tam nie tylko zdjęcia Zony, ale także wspomnienia byłych mieszkańców miejscowości znajdujących się w zonie, artykuły naukowe i filmy. Opowieści Aleksandra publikowane są przez media na całym świecie. Na jego stronie możecie także wykupić wycieczkę do strefy wykluczenia.

Aleksander Sirota realizuje także projekt Prypeć 3D, który założeniem jest odtworzenie w wirtualnej rzeczywistości miasta sprzed awarii. O tym napiszę w jednym z kolejnych tekstów na www.licznikgeigera.pl.

A jak opisać osobiste doświadczenie Aleksandra i jego matki, Lubow? Posłużę się omówieniem artykułu pt. „Ucieczka od radiacji. Jak rodzina, która przeżyła ewakuację, chroni historię Prypeci i wypasa rzadki gatunek koni”, jaki 1 marca 2016 r. ukazał się na łamach białoruskiego portalu TUT.BY.

Kiedy doszło do awarii, Aleksander miał prawie 10 lat, a jego mama Lubow blisko 30. Jak  wspominają pierwsze chwile po awarii? – W nocy z elektrowni dobiegł huk, a potem wybuch. Nie mogłam tej nocy spać, długo siedziałam przy oknie. Ale w naszym mieście takie wybuchy często występowały, więc nie zwracałam na nie większej uwagi. Rano wysłałam syna do szkoły, a sama poszłam do grupy literackiej – mówiła w rozmowie z TUT.BY Lubow Sirota.

Matkę Aleksandra, która pracowała w pałacu kultury „Energetyk” zdziwiła tylko jedna rzecz – duża liczba samochodów polewających ulice. – Pomyślałem, że miasto przygotowuje się do majowych obchodów. I w ogóle czułam się tak lekko, jakbym leciała nad ziemią. Potem analizowałam tę przypadłość. Taki efekt daje bardzo silne promieniowanie tła. U pracowników elektrowni jądrowych jest termin, który opisuje to uczucie, „kac jądrowy” – zaznaczyła.

Sasza poszedł do szkoły. Część lekcji się jednak nie odbyło. – Siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Rodzice jednego z kolegów z klasy pracowali w elektrowni, dlatego też wiedzieliśmy, że był tam pożar. Przesiedzieliśmy jedną lekcję, drugiej nie było i rozeszliśmy się. W ośrodku zdrowia było dużo dorosłych, którzy o czymś dyskutowali. Stały karetki pogotowia, słyszeliśmy dźwięki syren. Wygoniono nas stamtąd. Z kolegą postanowiliśmy „popatrzeć na pożar” z wiaduktu, z którego elektrownia była wyraźnie widoczna. Dziś niektórzy „wielcy” przewodnicy nazywają to miejsce „mostem śmierci” – opowiedział Aleksander Sirota.

Jak wspominał, następnie z kolegą udali się w pobliże rzeki, aby wykopać glinę, która miała posłużyć do wykonania wazonu. Wrócił więc do domu w ubłoconym ubraniu. Dowiedział się jednak po drodze, że wszystkie dzieci zostaną ewakuowane z Prypeci.

Wieczorem 26 kwietnia Lubow udała się na wieczorek poetycki poświęcony Marinie Cwietajewej. Po spotkaniu wraz z koleżanką udały się na wiadukt, po którym rano biegał jej syn, aby zobaczyć jasną poświatę nad elektrownią. – Jakie my byłyśmy nieostrożne. Jeszcze przed awarią mówiono nam w Kijowie, że Zieloni gdzieś na Zachodzie protestują przeciwko elektrowniom jądrowym. Ironizowałyśmy wtedy, że zrobimy to i my, gdy wrócimy do Prypeci – postawimy namiot przed elektrownią. A około pół roku przed tragedią zorganizowałam wizytę pisarzy w naszym mieście. Zadawali bardzo dużo pytań, kiedy ich oprowadzano po elektrowni: „A co jeśli coś się stanie?”. Zastępca głównego inżyniera im odpowiadał: „Mamy potrójny system zabezpieczeń! Nic się stanie” – powiedziała w rozmowie z TUT.BY.

Wspomniała także jeden z ostatnich konkursów dla satyryków, jaki został zorganizowany w jej domu kultury. – Była niemalże prorocza scena. Był przewodnik, który oprowadzał ludzi po Prypeci. Na wprost pałacu kultury stało wtedy niedokończone centrum handlowe, które było otoczone drewnianym ogrodzeniem. Ironizując przewodnik stwierdził: „Dajemy zobowiązanie, że do końca roku całe miasto będzie otoczone takim ogrodzeniem”. Wszyscy się roześmiali. Wkrótce ogrodzono miasto, ale drutem kolczastym – stwierdziła.

Lubow Sirota przypomniała również fakt, że 27 kwietnia sklepowe półki w Prypeci uginały się od towarów. Były wędzone kiełbasy, wołowina i wieprzowina, mleko i śmietana w plastikowych pojemnikach. Mieszkańcy myśleli, że to w związku ze zbliżającym się świętem 1 maja. Informacja o ewakuacji niektórych zastała w momencie, gdy wychodzili ze sklepów spożywczych z torbami wypełnionymi zakupami.

Mieszkańcy Prypeci zaczęli sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji dopiero w autobusach, kiedy zobaczyli milicjantów w maskach gazowych, pojazdy wojskowe, czołgi i zaniepokojonych mieszkańców okolicznych wsi, stojących wzdłuż dróg. Ewakuowanym dano „zielone światło”. Mogli jechać gdziekolwiek chcieli. Lubow postanowiła pojechać z synem na kilka dni na Białoruś. W Maryjnej Górce mieszkała jej siostra.

Po majowych świętach Lubow i Sasza udali się do Kijowa. Tam natychmiast zostali wysłani na dezaktwację do publicznej łaźni. – Dali nam kawałek zwykłego mydła i powiedzieli: „Idźcie i dezaktywujcie się”. Kiedy byliśmy w Maryjnej Górce, myliśmy się gorącą wodą, mydłem i szamponem i to nie pomagało. A tu przeszliśmy przez zimny prysznic z normalnym mydłem i od razu zostaliśmy dezaktywowani? – pytał ironicznie Aleksander Sirota w rozmowie z portalem TUT.BY.

Mijały dni i tygodnie. Rodzina Sirotów wędrowała po znajomych, szukając schronienia. Aleksander w tym czasie nie chodził do szkoły – najpierw wysłano go na obozy, a potem do szpitali. Z jego wyliczeń wynika, że w różnych szpitalach przebywał w sumie około dwóch lat.

Z biegiem czasu Lubow Sirota otrzymała małe mieszkanie w Kijowie. Jednak wkrótce potem przestało jej dopisywać zdrowie. Jak wspominała, na pewien czas straciła wzrok i przez trzy miesiące przebywała w szpitalu.

Kolejne przeżycia również nie były dla niej miłe. – Straszne było to, że Prypeci, miasta z 50 tysiącami mieszkańców, jakby nie było. Kiedy tworzyli mapę strefy wykluczenia, to w jej centrum, jakby od ręki, ustawiono punkt – Czarnobyl. I od niego do elektrowni około 15 kilometrów. Prypeci, która jest rzut kamieniem od siłowni, nie było. Mówili tylko o osadzie robotniczej koło elektrowni. Dlatego razem ze znajomymi, jak tylko mogliśmy, razem ze slajdami, z pieśniami, jeździliśmy i organizowaliśmy pokazy w salach kinowych, w związkach pisarzy. Potem nakręciliśmy film „Próg”, którego pokazywać zakazała Moskwa – stwierdziła.

„Próg” – przeczytaj więcej

Aleksander Sirota po raz pierwszy powrócił do Prypeci w 1992 r. – Miałem tylko szesnaście lat i nie miałem prawa się tam znajdować, ale uprosiliśmy. Miałem cztery godziny na to, aby obejść miejsca mojej przeszłości. Najpierw poszedłem do domu. W domu było smutno, ale jakiś specjalnych uczuć względem tych pomieszczeń nie czułem. Moim domem był raczej pałac kultury „Energetyk”, gdzie często zaglądałem. Miasto było mocno zarośnięte, opuszczone i wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że nie mamy dokąd wracać. Prawdopodobnie to uczucie doprowadziło do tego, czym się teraz zajmuje – ochroną historii Prypeci. Jak mówią niektórzy moi znajomi, znalazłem swoją drogę powrotną – powiedział.

Obecnie Aleksander wraz z żoną i córką mieszka we wsi Dytjatki, położonej na samej granicy strefy wykluczenia. Na początku Sirota chciał tam ulokować bazę swojej organizacji Centr Pripyat.com, ale stanęło na tym, że to jego dom. Dzięki temu jest dosłownie na wyciągnięcie ręki od miasta swojego dzieciństwa.

Sirota nadal rozwija swoją działalność. Oczkiem w głowie jest projekt Prypeć 3D. Gdy zostanie ukończony, każdy będzie mógł w wirtualnej rzeczywistości zobaczyć, jak wyglądało miasto jego młodości przed ewakuacją.

– Dobrze by się stało, gdyby samo miasto stało się muzeum, do którego mogliby przyjeżdżać ludzie z całego świata. Ale czasy nieodebrane, czasy szabrowników spełniły swoje zadanie – więcej tam już nic nie będzie. Teraz mamy nadzieję na przynajmniej wirtualną przestrzeń. A tak w ogóle, to wiele osób, które odwiedziły współczesną Prypeć, pisze do mnie o tym, że ta wycieczka zmieniła ich życie. Chcę wierzyć, że ludzie, którzy odwiedzili Prypeć, będą mogli żyć tak, aby nie pozostawić po sobie martwych miast – zakończył Aleksander Sirota.

Cały tekst możecie przeczytać na stronach portalu TUT.BY.