Nikołaj Czużykow: w czasach ZSRR człowiek był zawsze na ostatnim miejscu

– Zawsze państwo kierowało się takim hasłem: „Kobiety wciąż rodzą”, co oznacza, że nie oszczędza się robotników, żołnierzy i w ogóle ludzi. Potem, aby ukryć przed światem ogrom tego strasznego wypadku i szybko wyeliminować jego konsekwencje, w ogóle nie myślano o ludziach i ich zdrowiu, w ten sposób potwierdzając znaczenie tego wyrażenia – w ekskluzywnym wywiadzie dla Licznika Geigera Nikołaj Czużykow, likwidator skutków awarii i wieloletni pracownik naukowy przedsiębiorstwa specjalnego Kompleks. Jak podkreślił, przeprowadzone przez jego grupę naukową badania „pokazały, że ilość paliwa wyrzuconego z reaktora może wynosić 25-30 proc., a nawet więcej, ale nie 3,5 proc., jak stwierdzono w raporcie rządowym dla MAEA.”

Tomasz Róg: Co dla Pana oznacza słowo „Czarnobyl”?

Nikołaj Czużykow: Nie jest nazwa jednoznaczna. Z technicznego punktu widzenia Czarnobyl to bezprecedensowa w rozmiarze katastrofa przemysłowa. A jeśli mówimy o czynniku ludzkim, to zmiana losu ogromnej liczby osób – zarówno w tę lepszą, jak i w tę gorszą, tragiczną stronę.

Dla mnie osobiście Czarnobyl to najpiękniejsze miejsce, które kiedyś zamieszkiwała moja rodzina; zdobycie nowego doświadczenia zawodowego i życiowego; pojawienie się ogromnej liczby nowych przyjaciół, ale też zbyt wczesna utrata niektórych z nich; głupota urzędników państwowych –  oczywiście nie wszystkich, jak i oszukanie przez państwo osób, które ryzykując swoim zdrowiem likwidowały awarię.

Przez wiele lat, pracując przy likwidacji skutków awarii, przeanalizowałem wiele rzeczy i zrozumiałem, że w czasach Związku Sowieckiego człowiek był zawsze na ostatnim miejscu. Zawsze państwo kierowało się takim hasłem: „Kobiety wciąż rodzą”, co oznacza, że nie oszczędza się robotników, żołnierzy i w ogóle ludzi. Potem, aby ukryć przed światem ogrom tego strasznego wypadku i szybko wyeliminować jego konsekwencje, w ogóle nie myślano o ludziach i ich zdrowiu, w ten sposób potwierdzając znaczenie tego wyrażenia.

Dziś prawdopodobnie rozumiem to lepiej niż wiele innych osób. Ludziom, którzy mieszkali w pobliżu elektrowni jądrowej w Czarnobylu, nie od razu powiedziano o zaistniałej awarii. Oni, a także ich dzieci, wciąż chodzili po ulicach, odpoczywali na daczach, łowili ryby. A były to miejsca, w których radioaktywność setki, tysiące i dziesiątki tysięcy razy przekraczała dopuszczalne normy. Kiedy ewakuowano ludzi z miasta Prypeć, kolumna autobusów stała na drogach w pobliżu czwartego bloku, gdzie moc dawki osiągała 50-100 rentgenów na godzinę. To była zbrodnia przeciw ludziom.

Na przykład mieszkańców wioski, w której mieszkali moi rodzice i siostra, a która znajdowała się w odległości jednego kilometra od Prypeci i z której było widać czwarty energoblok, ewakuowano dopiero kilka dni po ewakuacji miasta Prypeć. Moja siostra nic nie wiedziała o rozprzestrzenianiu się skażenia i jego szkodliwości. Nikt tego nie ogłosił. Dlatego też wraz ze swoimi przyjaciółmi opalała się na plaży nad rzeką, skąd widzieli helikoptery latające nad elektrownię. Według specjalistów otrzymała ogromną dawkę promieniowania i dlatego umarła w młodym wieku. Takie było podejście państwa do bezpieczeństwa ludzi.

Tak również odnoszono się do ludzi przy planowaniu prac związanych z likwidacją skutków awarii. Aby ukryć prawdziwe konsekwencje czarnobylskiej katastrofy, władze rzuciły w radioaktywne piekło setki tysięcy ludzi, w ten sposób pozbawiając ich zdrowia a nawet odbierając życie. Obecnie nie można określić całkowitej liczby chorych i zmarłych “partyzantów”, żołnierzy, personelu elektrowni jądrowej, oddelegowanych pracowników, którzy po zakończeniu prac w Czarnobylu rozproszyli się po całym Związku Sowieckim.

Moja siostra nic nie wiedziała o rozprzestrzenianiu się skażenia i jego szkodliwości. Nikt tego nie ogłosił. Dlatego też wraz ze swoimi przyjaciółmi opalała się na plaży nad rzeką, skąd widzieli helikoptery latające nad elektrownię. Według specjalistów otrzymała ogromną dawkę promieniowania i dlatego umarła w młodym wieku.

W trakcie likwidacji skutków awarii całkowicie zrozumiałe i logiczne było to, że należy ugasić reaktor, zbudować sarkofag, usunąć zrudziały las, który zawsze mógł się zapalić. Jednak dla mnie nie jest zrozumiałe, dlaczego było konieczne ponowne uruchomienie pierwszego i drugiego bloku, tym bardziej dezaktywacja bardzo skażonego bloku trzeciego, tylko po to, aby po kilku latach znów je wyłączyć. To wszystko zostało zrobione z myślą o dobrym PR-ze i dla ukrycia prawdziwej skali wypadku, nie bacząc na liczbę „spalonych” w wysokich polach radioaktywności osób.

To oczywiście bardzo źle. Wykonano wiele prac, które nie musiały być wykonane wtedy, w momencie poważnego skażenia, a które można było wykonać później, po kilku latach, po rozpadzie krótkotrwałych radionuklidów i znacznym zmniejszeniu poziomu promieniowania w tych miejscach. Zrozumiałem to po kilku latach pracy, kiedy zacząłem pisać swoją dysertację i przeanalizowałem sytuację likwidacji skutków awarii.

Moją pracę w Czarnobylu można podzielić na dwie części. Pierwsza – to bezpośredni udział w likwidacji skutków awarii. Druga – to wykorzystanie doświadczenia z likwidacji awarii w rozwoju nowych technologii i środków technicznych w celu likwidacji przyszłych awarii jądrowych.
Kiedy przyjechał Pan do Czarnobyla?

Tak w ogóle to ja, moi rodzice, siostra i babcia mieszkaliśmy w wiosce Nowe Szepielicze, znajdującej się kilka kilometrów od elektrowni. Gdy doszło do awarii, ja akurat kończyłem studia w Iwano-Frankiwsku. Moi krewni zostali ewakuowani, ale rodzice wrócili do pracy w jednym z oddziałów elektrowni. A ja sam dostałem się do Zony w samym środku likwidacji skutków awarii w styczniu 1987 r., kiedy jeszcze stał zrudziały las.

Moją pracę w Czarnobylu można podzielić na dwie części. Pierwsza – to bezpośredni udział w likwidacji skutków awarii. Druga – to wykorzystanie doświadczenia z likwidacji awarii w rozwoju nowych technologii i środków technicznych w celu likwidacji przyszłych awarii jądrowych.

Katastrofy przemysłowe w obiektach jądrowych są nieuniknione. Ich przyczyny są różne. Wpływ na to może mieć siła wyższa, związana z klęskami żywiołowymi, jak również wypadki spowodowane przez czynnik ludzki. I mamy na to dwa przykłady. Do awarii w Fukushimie doszło z powodu trzęsienia ziemi i potężnego tsunami. A w Czarnobylu główną rolę odegrał czynnik ludzki. To niespełnienie norm bezpieczeństwa reaktora poprzez błędy projektantów. To także błędy i naruszenie przez personel operacyjny istniejących instrukcji obsługi reaktora i programu testów.

Ale najważniejsze jest to, że przy takich ogromnych katastrofach należy ocenić, jak w takiej sytuacji państwo postępuje z obywatelami. Jestem pewien, że w Japonii postąpiono tak jak było trzeba. Chociaż nie studiowałem szczegółowo wypadku w Fukushimie, to z otrzymanych informacji wiem, że ewakuowano wszystkich, zapewniono im mieszkania i stworzono warunki do normalnego życia. Wydano 130 miliardów dolarów na wypłaty odszkodowań dla ofiar i ewakuowanych. To ogromne pieniądze, które rozwiązały wszystkie problemy osób poszkodowanych.

Oczywiście, że pracownicy służb ratunkowych w Fukushimie dokonywali bohaterskich czynów, ryzykując zdrowiem i życiem, wykonując zadania awaryjne, aby zatrzymać rozwój ogromnego wypadku w momencie jego najbardziej krytycznego etapu. Przy takich awariach jest to nieuniknione a ryzyko pracowników służb ratunkowych jest istotą ich zawodu.

Ale co dalej? Po zlokalizowaniu aktywnej fazy awarii, prace przy likwidacji skutków powinny być prowadzone w sposób zaplanowany i zawsze uwzględniać bezpieczeństwo i zdrowie ludzi. Jednak w Związku Sowieckim tak nie było.

Kiedy zajmowałem się pracą nad projektem mobilnego kompleksu do tłumienia pyłu, to badałem i analizowałem wypadki radioaktywne i ich konsekwencje w ZSRR. Potrzebowałem tego do napisania mojej dysertacji i robiłem to bardzo skrupulatnie. Przez 15 dni pracowałem na służbie w Czarnobylu, a przez kolejnych 15 dni przepadałem w bibliotekach. Odwiedziłem wszystkie główne biblioteki techniczne Kijowa, Moskwy i innych dużych miast.

Przed Czarnobylem największą w skali była katastrofa kysztymska w zakładzie chemicznym Majak w mieście Czelabińsk-40, które obecnie nazywa się Oziorsk. A Kysztym w tym czasie był najbliższym zaznaczonym miastem na mapie.

Dziś w Czelabińsku-40, przepraszam, w Oziorsku, dalej żyją ludzie, choć tam jest wiele niebezpiecznych miejsc.

W 1957 r. w zakładach Majak doszło do chemicznego wybuchu w zbiorniku, w którym przechowywano około 80 metrów sześciennych wysokoaktywnych odpadów jądrowych. Eksplozja była bardzo silna. Betonowa pokrywa o wadze 160 ton została odrzucona na odległość ponad 20 metrów. Powstały po eksplozji obłok miała ponad kilometr wysokości. Radioaktywne substancje skaziły terytorium o długości 300 kilometrów i szerokości 10-15 kilometrów. Skażone zostały tereny zakładów Majak, a także – z powodu wiatru – terytorium, na którym mieszkało 270 tysięcy osób. Samemu miasteczku Czelabińsk-40 się udało. Nie dostało się ono w strefę emisji i dlatego nie wysiedlono stamtąd ludzi.

A teraz chciałoby się powiedzieć o stosunku do ludzi, którzy pracują i żyją obok przemysłu uczestniczącego w niebezpiecznym cyklu jądrowym. W czasach, kiedy potrzebne było szybkie stworzenie bomby jądrowej, nikt nawet nie myślał o ochronie środowiska i zdrowia ludzi, którzy uczestniczyli w produkcji uranu i plutonu i którzy mieszkali w pobliżu tych niebezpiecznych gałęzi przemysłu. Najważniejsze było wypełnienie zadania nadanego przez państwo, dla którego życie ludzkie było nic nie warte.

Dlatego na początku w zakładach Majak radioaktywne odpady po prostu wylewano do rzeki Tiecza. Później, kiedy ludzie mieszkający we wsiach wzdłuż rzeki zaczęli chorować i umierać, zaczęto te odpady radioaktywne wlewać do jeziora Karaczaj.

Najważniejsze było wypełnienie zadania nadanego przez państwo, dla którego życie ludzkie było nic nie warte.

Mój kolega z pracy, który pochodził z Czelabińska-40 opowiadał, że dzikie kaczki, które żyły w rejonie tego jeziora, ślepły od promieniowania. W normalnym, cywilizowanym kraju nawet nie można sobie wyobrazić, aby wprost do naturalnego środowiska i jeszcze w miejscu, w którym żyją ludzie, odprowadzać odpady radioaktywne. Dopiero później wysokoaktywne odpady jądrowe zaczęto zlewać do specjalnych stalowych zbiorników, zamkniętych w betonie. Właśnie jeden z takich zbiorników eksplodował.

Wszystkie dane dotyczące skali katastrofy kysztymskiej były utajnione. Dopiero po dwóch tygodniach z zanieczyszczonego obszaru zaczęto ewakuować ludzi i to tylko z najbardziej skażonych miejsc. Wysiedlono około 10-12 tysięcy ludzi. Choć to prawdziwa liczba, to powinna być ona znacznie wyższa.

A czy w ogóle da się porównać awarię w Czarnobylu z katastrofą kysztymską?

Tego nie da się porównać. Oczywiście katastrofa czarnobylska jest znacznie większa, ale one miały zupełnie różne charaktery i skalę. W zakładach Majak doszło do jednorazowego uwolnienia ciekłych substancji radioaktywnych do środowiska naturalnego podczas wybuchu zbiornika z chemicznymi odpadami radioaktywnymi.

W Czarnobylu doszło do wybuchu cieplnego. To nie był wybuch jądrowy. Po eksplozji reaktor płonął z różną intensywnością i wyrzucał z siebie substancje promieniotwórcze przez dwa tygodnie. W sercu reaktora, w pewnych okresach, temperatura była tak wysoka, że płonęło i topiło się wszystko – metal, beton, grafit i paliwo jądrowe. W związku z tym siła ciągu była taka, że substancje radioaktywne docierały do wysokości 1,5 kilometra. W kokpitach helikopterów, które wlatywały w ten strumień, dozymetry wskazywały od 300 do 400 rentgenów na godzinę. Proszę sobie tylko wyobrazić, jakie dawki promieniowania otrzymali piloci. Te cząstki radioaktywne, dopóki nie zatrzymano procesu spalania w zniszczonym reaktorze, były roznoszone po całym świecie, bo kierunek wiatru stale się zmieniał.

Kiedyś byłem na konferencji związanej z konsekwencjami awarii w Czarnobylu. Amerykanie pokazali tam komputerową symulację dotyczącą rozprzestrzeniania się skażenia radioaktywnego po całym świecie. Obecnie można podobne symulacje znaleźć w internecie. Na ekranie pokazywano najpierw godziny, a następne dni od chwili awarii, a różnymi kolorami, w zależności od poziomu radioaktywności, zaznaczano rozprzestrzenianie się pióropuszy skażenia po całym świecie. Pierwsza chmura poszła na Zachód przez Białoruś, kraje bałtyckie, a potem do Skandynawii i doleciała do Półwyspu Kolskiego. Szwedzi i Finowie jako pierwsi wykryli skażenie radioaktywne w środowisku i podnieśli alarm.

Oczywiście najbardziej skażone były terytoria Ukrainy, Białorusi i części Rosji. Jednak drobne cząstki w małych ilościach wraz z prądami powietrza rozprzestrzeniały się na inne kraje europejskie – przez Polskę do Niemiec, Belgii, Danii, Holandii, północnej Francji, Włoch i dalej. W zależności od tego, jak przemieszczały się masy powietrza w czasie, kiedy płonął rektor, małe cząstki radioaktywne z różną intensywnością rozprzestrzeniały się po całym świecie.

Dlatego, jeśli porównamy tragedię w Czarnobylu i Kysztymie, to ich skala się znacząco różni. Przede wszystkim chodzi tu o obszar zanieczyszczenia. Kysztym to około 23 tysięcy metrów kwadratowych, a Czarnobyl to setki tysięcy kilometrów kwadratowych.

Ilość substancji radioaktywnych uwolnionych do naturalnego środowiska według oficjalnych danych różni się dziewiętnastokrotnie. Podczas katastrofy kysztymskiej wyrzuconych zostało 20 milionów kiurów substancji radioaktywnych, a w Czarnobylu było to 380 milionów kiurów.

W reaktorze czwartego bloku znajdowało się 180-190 ton paliwa jądrowego. Według oficjalnych danych zawartych w raporcie MAEA, które przedstawił ZSRR, ilość uwolnionego paliwa wyniosła 3,5 proc. Jednak ilość substancji promieniotwórczych uwolnionych w czasie awarii w Czarnobylu, która została zadeklarowana w raporcie dla MAEA, pozostawia bardzo wiele pytań.

Dlaczego?

Po pierwsze, w czasie przygotowywania oficjalnego raportu MAEA, nie było możliwe technicznie określenie ze stuprocentową pewnością faktycznej ilości uwolnionego paliwa. Wynika to z ogromnych radioaktywnych pól wewnątrz reaktora i niemożliwości dokładnej oceny położenia roztopionego paliwa jądrowego.

W reaktorze czwartego bloku znajdowało się 180-190 ton paliwa jądrowego. Według oficjalnych danych zawartych w raporcie MAEA, które przedstawił ZSRR, ilość uwolnionego paliwa wyniosła 3,5 proc. Jednak ilość substancji promieniotwórczych uwolnionych w czasie awarii w Czarnobylu, która została zadeklarowana w raporcie dla MAEA, pozostawia bardzo wiele pytań.

Po drugie, w tym czasie nie było możliwe uzyskanie nie tylko pełnych, ale i nawet szacunkowych danych dotyczących ilościowego zanieczyszczenia terytoriów. Dlatego wartość 3,5 proc. została wzięta nie wiadomo skąd i nie została wyjaśniona. Według różnych niezależnych ekspertów, ilość paliwa jądrowego wyrzuconego z reaktora wynosi od 5 do 30 proc.

Ja i specjaliści, z którymi współpracowałem, skłaniamy się do wartości 30 proc. i to nie jest gołosłowne stwierdzenie. Wraz ze specjalistami z jednego z moskiewskich instytutów badawczych uczestniczyłem w pracach nad określeniem ilości substancji radioaktywnych uwolnionych do środowiska po awarii. W tym czasie wyniki takich badań nie były szeroko ujawniane. Jednak technologia tych badań była bardzo oryginalna i opierała się na absolutnie prostej, zrozumiałej dla każdego logice.

Badany obszar o promieniu 50 kilometrów podzieliliśmy na kręgi o tej samej odległości od elektrowni. W wioskach, które się tam znajdowały, wycinaliśmy kwadratowe kawałki drewna z niemalowanych ławek cmentarnych lub innych poziomych powierzchni drewnianych. W miejscu pobrania materiału do badania obowiązkowo mierzyliśmy przy gruncie poziomy promieniowania gamma i beta.

Naszym zadaniem było określenie składu zanieczyszczenia i jego ilość na powierzchni naszych próbek. Do tego, aby określić charakter zanieczyszczenia, wykonywaliśmy radiografię wybranych kawałków drewna. Radiografia polega na wzięciu kliszy, przygotowanej ze specjalnych materiałów, która jest wrażliwa na promieniowanie radioaktywne, którą następnie nakłada się na pewien czas na źródło promieniowania. Źródłem promieniowania w naszym przypadku był kawałek drewna z radioaktywnymi zanieczyszczeniami, które zostały wyrzucone z czwartego reaktora. Następnie ta klisza jest wywoływana i pojawia się obraz z widmem i charakterem skażenia. Charakter skażenia próbek na zdjęciach był różny – to były jasne punkty, jak również rozwinięte wzory drewnianej struktury powierzchni próbek.

Punkciki to cząsteczki paliwa reaktorowego, które posiadają profesjonalną nazwę – gorące cząstki. Rysunki strukturalne drzewa wykazały obecność radioaktywnych cząstek, które wytrąciły się w postaci kondensatu substancji radioaktywnych, stopionych przy ogromnych temperaturach i wyrzuconych w postaci pary z płonącego reaktora.

Po otrzymaniu dwuwymiarowego obrazu rozkładu radioaktywnych zanieczyszczeń próbek, spaliliśmy te drewniane kawałki – po pomiarze ich powierzchni – w piecu muflowym dla dalszego określenia składu izotopowego w spektrometrze i ilości radioaktywnych substancji na jednostkę badanej powierzchni. W rezultacie otrzymaliśmy dane, które nas interesowały w procesie badawczym – ilość radioaktywnych substancji osadzonych na danym obszarze, skład izotopowy i rodzaj zanieczyszczenia – gorące cząstki lub kondensat. A ponieważ z takich ławeczek my odcięliśmy bardzo wiele próbek… kilkaset, to byliśmy w stanie zasadniczo ocenić z czego składa się skażenie badanego obszaru i uzyskać dość poprawne dane dotyczące ilości wyrzuconego z reaktora paliwa jądrowego na terytorium o promieniu 50 kilometrów wokół elektrowni.

Jak prezentowały się te wyniki?

Otrzymaliśmy bardzo ciekawy obraz. Te izotopy, które były w postaci kondensatu, nie mogły się stopić w temperaturze, o której jest mowa w raporcie MAEA (1600-1800 stopni Celsjusza), a ich stopienie mogło wystąpić tylko w znacznie wyższej temperaturze. A im wyższa temperatura, tym większy ciąg i tym większa intensywność uwalniania substancji radioaktywnych z reaktora. To tak jak w piecu. Jeśli do paleniska włożysz za dużo drewna opałowego, to wtedy płonie wielki ogień, który czasem nawet wylatuje z rury kominowej.

Zatem wyniki naszych badań dowodzą, że temperatura w płonącym reaktorze była w niektórych okresach znacznie wyższa od tej podanej przez komisję w raporcie, co oznacza, że strumień emisji gorących cząstek był znacznie większy niż powinien. To po pierwsze.

Po drugie, mamy praktyczne dowody na to, że na powierzchni badanego obszaru leży określona ilość substancji radioaktywnych. Obliczenia matematyczne, biorąc pod uwagę te badania, i ich interpolacja na wszystkie pozostałe skażone terytoria za pomocą zmierzonych dawek ekspozycji i przy użyciu zebranych próbek pokazały, że ilość paliwa wyrzuconego z reaktora może wynosić 25-30 proc., a nawet więcej, ale nie 3,5 proc., jak stwierdzono w raporcie rządowym dla MAEA. Taki otrzymaliśmy obraz sytuacji. Nawet dzisiaj, po ponad 30 latach od awarii nie jest możliwe właściwe określenie ilości pozostałego tam paliwa.

Dlatego nasza teoria była warta rozważenia i była bardzo logiczna, ale do dziś jej nigdzie oficjalnie nie ogłoszono. Wynika to przede wszystkim z faktu, że głównym zadaniem władz ZSRR było utajnienie i ukrycie rzeczywistych okoliczności wypadku, aby sztucznie zmniejszyć jego wielkość zarówno dla obywateli sowieckich, jak i dla światowej społeczności. A po upływie czasu i po upadku ZSRR to się zatarło i stało nieaktualne.

(…) nasza teoria była warta rozważenia i była bardzo logiczna, ale do dziś jej nigdzie oficjalnie nie ogłoszono. Wynika to przede wszystkim z faktu, że głównym zadaniem władz ZSRR było utajnienie i ukrycie rzeczywistych okoliczności wypadku, aby sztucznie zmniejszyć jego wielkość zarówno dla obywateli sowieckich, jak i dla światowej społeczności.

A jeśli mówimy o ofiarach. Ich liczbę także również zmniejszono?

Tych ofiar, które rzeczywiście się pojawiły i nie dało się ich ukryć, to nie. Natychmiast zginęło dwóch członków załogi elektrowni. Kilkudziesięciu pracowników elektrowni będących na zmianie oraz strażaków, którzy gasili pożar, otrzymało krytyczne dawki promieniowania radioaktywnego i ich zawieziono do szpitala klinicznego nr 6 w Moskwie. Zginęło kilkadziesiąt osób i to oficjalnie zapisano. U około 150 osób oficjalnie zdiagnozowano ostrą chorobę popromienną. Sądząc po tym, ile osób w pierwszych dniach wzięło udział w likwidacji aktywnej fazy awarii i jakie otrzymały one dawki, ta liczba jest wyraźnie zaniżona.

A jak ustalić i czy można to w ogóle zrobić, ile osób łącznie umarło w związku z tą awarią?

Były takie prace, który trzeba było pilnie wykonać. Tam konieczne było poświęcenie zdrowia i życia ludzi. Istniało zagrożenie, że rdzeń reaktora stopi się, a pod nim znajdował się basen, w którym była ogromna ilość wody. Gdyby płonące paliwo stopiło fundament reaktora i – przy temperaturze kilku tysięcy st. C „bulgotnęło” do wody, to woda uległaby rozkładowi – nastąpiłaby hydroliza – do tlenu i wodoru, co doprowadziłoby do potężnej eksplozji. Wybuch dramatycznie zwiększyłby ogrom awarii i zanieczyszczenia środowiska.

Dlatego tak ważnym zadaniem było spuszczenie wody z tego zbiornika. Dokonali tego nurkowie, o których praktycznie nikt nigdy nie słyszał. Weszli do niesamowicie wysokoaktywnej wody i otworzyli zawór. Ci nurkowie zmarli z powodu ostrej choroby popromiennej. Ich śmierć i śmierć podobnych im bohaterów, nie tylko nie zostały uwzględnione w oficjalnych danych ofiar, ale także zostały utajnione.

U około 150 osób oficjalnie zdiagnozowano ostrą chorobę popromienną. Sądząc po tym, ile osób w pierwszych dniach wzięło udział w likwidacji aktywnej fazy awarii i jakie otrzymały one dawki, ta liczba jest wyraźnie zaniżona.

Kolejnym zadaniem było rozpoczęcie chłodzenia reaktora poprzez wykonanie poziomych tuneli, ułożenie tam rur i pompowanie nimi ciekłego azotu. To zdanie wykonywali górnicy. To była bardzo niebezpieczna i heroiczna praca. W kronikach filmowych widać, że oni nie mają masek. Proszę sobie wyobrazić, że tam była wysoka temperatura, to po pierwsze. Po drugie, oni pracowali bardzo szybko, ale znajdując się pod samym rektorem otrzymali ogromne dawki promieniowania. Czy ktoś wie, ilu z nich zmarło? Nie ma oficjalnych danych. Wszystko jest utajnione lub po prostu nie było monitorowane.

Mam jeszcze jeden przykład. Jest taki film o 300-osobowym batalionie ochrony chemicznej. To prawdziwy, dokumentalny film. Dowódca batalionu, który przebywał w szpitalu, opowiadał o tym, że 300 osób z jego batalionu wykonywało najbrudniejszą pracę w elektrowni, jaka tylko była możliwa, tzn., pomagało górnikom wykopać tunel pod reaktorem, a wtedy konieczne było uprzątnięcie radioaktywnych fragmentów z reaktora. Ci ludzie nawet nie otrzymali statusu likwidatorów, ponieważ z powodu biurokracji nie mogli udowodnić, że tam byli.

Dowódca batalionu, który udzielał wywiadu, stwierdził, że już ponad połowa jego ludzi umarła. A jakie dawki otrzymali? Tego nikt nie wie. Nikt nie wie, bo na przykład funkcjonariusze KBG po wykonaniu przez ludzi pracy w najbardziej skażonych miejscach często niszczyli informacje o otrzymanych dawkach promieniowania, aby ukryć prawdziwą skalę wypadku. Na przykład wszyscy żołnierze, którzy brali udział w likwidacji skutków awarii, wszyscy „partyzanci” oficjalnie mogli otrzymać dawkę do 25 rentgenów. Pisano im więc w papierach, że otrzymali przykładowo 24,7 rentgena i odsyłali do domu. A byli przecież żołnierze, którzy wybiegali na dach trzeciego bloku, aby go oczyścić i nie wiadomo, jakie dawki tam otrzymali.

Miałem ojca chrzestnego, który był w dozymetrycznej grupie rozpoznawczej, monitorującej sytuację dozymetryczną na dachu trzeciego bloku i prowadzącej tam tych żołnierzy, których zadaniem było ręczne lub przy pomocy łopat zrzucenie z dachu radioaktywnych kawałków grafitu i paliwa jądrowego, rozrzuconych po eksplozji.

Na dachu trzeciego bloku znajdowały się miejsca, w których leżały kawałki paliwa jądrowego o mocy promieniowania punktowego 12 tysięcy rentgenów na godzinę. Zadaniem tego żołnierza w ołowianym fartuchu było przybiec w dane miejsce, kilka razy ruszyć łopatą i wrócić. Byli tacy, którzy ze strachu błądzili i nie pamiętali, skąd wyszli na ten dach. I co? I ci ludzie otrzymali łączną dawkę mniejszą niż 25 rentgenów? To śmieszne. Tym bardziej, że do czasu wejścia na dach oni często nawet miesiąc lub więcej pracowali w najbardziej skażonych miejscach w rejonie elektrowni.

Nikt nic nie wie o dalszej historii zdrowia i życia tych ludzi, których ściągnięto z całego Związku Sowieckiego. Działo się tak dlatego, że wszystko zostało utajnione, a państwu ten wypracowany “materiał” nie był potrzebny. A w likwidacji skutków awarii uczestniczyło około miliona ludzi.

(…) funkcjonariusze KBG po wykonaniu przez ludzi pracy w najbardziej skażonych miejscach często niszczyli informacje o otrzymanych dawkach promieniowania, aby ukryć prawdziwą skalę wypadku. Na przykład wszyscy żołnierze, którzy brali udział w likwidacji skutków awarii, wszyscy „partyzanci” oficjalnie mogli otrzymać dawkę do 25 rentgenów. Pisano im więc w papierach, że otrzymali przykładowo 24,7 rentgena i odsyłali do domu.

A czy opowiadałem o tym, jak kiedyś znaleźliśmy strój strażaka?

Nie.

Zadzwonili do nas z punktu medycznego w Czarnobylu i mówią: „Są u nas dwaj mężczyźni, którzy dostali poparzeń radiacyjnych kończyn i członków”. My myślimy: „Ale jak to możliwe?” Pytamy: „Gdzie oni byli?” Słyszymy, że byli w Prypeci. Zastanawiamy się: „Ale gdzie tam może być tak niebezpiecznie? Gdyby oni chodzili gdzieś w pobliżu elektrowni, to tak”. Zastanawiamy się, a ja mówię: „Oni mogli być w pomieszczeniach pogotowia ratunkowego, gdzie przywozili strażaków”. Strażacy byli bowiem w ubraniach, w których gasili pożar, i które były zabryzgane gorącą smołą z radioaktywnego dachu. Pojechaliśmy więc do szpitala. Weszliśmy z urządzeniami dozymetrycznymi do budynku pogotowia ratunkowego i znaleźliśmy ubiór strażaka, którego promieniowanie dochodziło do kilku rentgenów na godzinę. Okazało się, że ci mężczyźni znaleźli ten strój, dotykali go rękoma, potem poszli się wysikać i dostali poparzeń. Odcięliśmy fragment tego ubioru, umieściliśmy go w specjalny ołowianym pojemniku, a następnie pojechaliśmy do naszego laboratorium dezaktywacji, znajdującego się w podziemiach zakładów Jupiter. Tam odcięliśmy jeden milimetr kwadratowy materiału i umieściliśmy w spektometrze. W urządzeniu zabrakło skali. Musieliśmy więc podnieść kawałek tkaniny na pewną wysokość od powierzchni czujnika spektometru. Dopiero wtedy mogliśmy zmierzyć jego aktywność i skład izotopowy. Następnie po dokonaniu obliczeń przełożyliśmy dane na powierzchnię całego stroju.

Później, mając już skład izotopowy i znając okres półtrwania, mogliśmy ocenić poziom radioaktywności tego stroju w momencie awarii i określić moc dawki, jaka z niego „biła”. Jak wykazały obliczenia, sam strój strażacki w momencie awarii „świecił” około 800 rentgenów na godzinę. Sam ubiór! Strażak w czasie akcji gaśniczej cały czas był w tym strasznie skażonym stroju, do którego stale przyklejała się smoła z cząstkami paliwa jądrowego z reaktora. Do tego dochodziło promieniowanie odłamków reaktora i elementów paliwowych. Do tego zewnętrznego promieniowania trzeba doliczyć jeszcze to, ile on się jeszcze nałykał radioaktywnego pyłu. W ogóle trudno wyobrazić sobie, jaką całkowitą dawkę promieniowania otrzymał ten strażak. To na pewno była śmiertelna dawka dla człowieka. On mógł otrzymać 500, 1000, a może nawet 2000 rentgenów. Bardzo trudno to ocenić.

Ale ten przykład potwierdza, że ci strażacy zostali wewnętrznie wypchani dużą ilością promieniowania. Kiedy tych strażaków rozebrali i przewieźli samolotem do szpitala klinicznego nr 6 w Moskwie, to siostry, które im służyły i zakładały kroplówki, dostawały na brzuchach tak zwanej jądrowej opalenizny. Opalenizna jądrowa występuje wtedy, kiedy skóra nabiera koloru podobnego do oparzenia słonecznego przy dawkach powyżej 3000 milisiwertów.

Później, kiedy strażacy i pracownicy elektrowni zmarli, to zostali pochowani w Moskwie. W muzeum „Czarnobyl” znajdują się odtajnione dokumenty, mapy, zdjęcia i wspomnienia uczestników tych wydarzeń. A oto, co oni mówili: „Ciała najpierw były owijane w celofan, a następnie umieszczane w drewnianej trumnie. Ta z kolei była zapakowana w celofan, a całość była zalutowana w cynkowej trumnie i zakopana”. Później miejsca pochówku strażaków i pracowników elektrowni zostały także zalane betonem.

Druga część rozmowy z Nikołajem Czużykowem za tydzień.


Nikołaj Czużykow – inżynier, geodeta, projektant, pracownik naukowy przedsiębiorstwa specjalnego Kompleks, które swoją siedzibę miało w prypeckich zakładach Jupiter. Przez kilka lat od stycznia 1987 r. pracował przy likwidacji skutków awarii.