Licznik Geigera
35. rocznica katastrofy w Czarnobylu

50 lat gonienia atomowego króliczka

Fot. ejzarnowiec.pl

„Pij Lugola, pij na zdrowie,
to się może przydać jeszcze,
bo w Żarnowcu już budują,
skończą za lat dwieście”

Żartuje się, że gdy budowaliśmy pierwszą elektrownię jądrową w PRL, to w zaplanowanym terminie i budżecie powstała tylko jej makieta.

Gdy w 1971 roku rząd ogłosił, że rozpoczyna prace, to wybór dostawcy technologii był oczywiście polityczny, a radzieccy towarzysze odpisali, że są zajęci i wyposażenie mogą dostarczyć w latach 1981-83. Jak się wkrótce okazało, to my byliśmy bardziej zajęci – badania środowiskowe się przeciągały, a nastawienie społeczne nie było jednoznaczne.

W grudniu 1981 roku ogłoszono jednak stan wojenny, co umożliwiło przyśpieszenie prac – już miesiąc później ogłoszono rozpoczęcie budowy. Jednak już w pierwszych latach zaczęła się ona przeciągać równie mocno, co wszystkie poprzednie etapy. Na budowie nie brakowało domorosłych pomysłów racjonalizatorskich, jak kładzenie rur koparkami, ale brakowało materiałów. W końcu zabrakło także pieniędzy. Prace jeszcze bardziej spowolniono, aż w końcu wstrzymano.

Elektrownia Jądrowa „Żarnowiec” miała być zlokalizowana ok. 35 km na północny zachód od Gdyni, na południowo-wschodnim krańcu jeziora Żarnowieckiego, tuż obok budowanej w tym samym czasie elektrowni szczytowo-pompowej „Żarnowiec” o mocy 716 MW, którą zaplanowano jako swoisty „magazyn energii” wytwarzanej przez elektrownię jądrową. Miała zawierać cztery bloki energetyczne, z zaprojektowanymi w ZSRR reaktorami WWER-440 (Водо-Водяной Энергетический Реактор / Wodno-Wodny Reaktor Energetyczny) o mocy 440 MW. Są to lekkowodne reaktory ciśnieniowe, które używają wody zarówno jako chłodziwa jak i moderatora. Jest to rozwiązanie powszechnie stosowane na Zachodzie, o wiele bezpieczniejsze niż reaktory RBMK, w dodatku zawierające normalną obudowę bezpieczeństwa.

Plan budowy zakładał uruchomienie najpierw dwóch reaktorów, a następnie dobudowanie dwóch pozostałych. Oczywiście byłby to obiekt o wiele skromniejszy niż gigant nad Prypecią, dawałby 1600 MW mocy. Trzeba jednak wspomnieć, że w drugiej planowanej polskiej elektrowni jądrowej „Warta” w Klempiczu, miały pracować cztery reaktory WWER-1000 o mocy 1000 MW każdy. To już byłby obiekt o wielkości elektrowni czarnobylskiej w dniu katastrofy. Po katastrofie w Czarnobylu nasiliły się w Polsce protesty przeciwko budowie elektrowni jądrowej w Żarnowcu. Powstało nawet nowe słowo -„Żarnobyl”.

W 1989 roku budowa była poza harmonogramem i poza budżetem, a rząd „Solidarności” przyznał, że nie ma pieniędzy na jej dokończenie. Zamiast tego chciał postawić na energetykę odnawialną i efektywność energetyczną. Na tę pierwszą nie postawił, bo ponownie do władzy doszła opcja „węglowa”, za to przełom w efektywności dokonał się w brutalny sposób sam – przestarzałe, nieefektywne fabryki, wraz z niedostosowaną do nowych realiów gospodarką, upadły.

Po pięćdziesięciu latach niewiele się zmieniło. Już od ponad dekady politycy kolejnych rządów mierzą się z drugą próbą wybudowania elektrowni jądrowej. Z podobnymi skutkami i z podobnych powodów.

12 lat temu, gdy 13 stycznia 2009 roku premier Donald Tusk poinformował, że rząd podjął decyzję o rozpoczęciu polskiego programu energetyki atomowej, a pierwszy blok zacznie dostarczać energię już w 2020 roku, było oczywiste, że to równie realne, jak harmonogramy budowy elektrowni jądrowej z lat 70. i 80. ubiegłego wieku.

Koszty przekraczają już 1 mld zł, a termin uruchomienia elektrowni jest jeszcze odleglejszy niż dekadę temu. Atomowy króliczek znowu nam ucieka. W tym czasie powstała rządowa strategia, która już zdążyła się zdezaktualizować, zaplanowano postępowanie zintegrowane, z którego zdążono już zrezygnować, wybrano australijską firmę do badań lokalizacyjnych, z którą zerwano już umowę z powodu opóźnień, powołano spółkę-córkę oraz dwie spółki-wnuczki do budowy elektrowni i omijania ustawy kominowej, które zdążono już zlikwidować. Przyjęto do spółki PGE EJ, mającej zbudować elektrownię, trzy kolejne państwowe koncerny (Tauron, Eneę i KGHM), które zdążyły już poinformować, że chcą się z niej jednak wypisać. Zdołaliśmy wyszkolić wielu ludzi, stworzyć z części z nich całkiem niezły team w PGE EJ, a następnie niemal wszystkich zwolnić lub pozwolić im odejść, zinwentaryzować polskie firmy zajmujące się budowami elektrowni jądrowych na całym świecie i zmienić część przepisów, aby ułatwić inwestycję. Prawdopodobnie już „niebawem” zakończone zostaną także badania lokalizacyjne, być może kiedyś do czegoś się przydadzą. Większość problemów, z którymi dzisiaj mamy do czynienia, przerabialiśmy już w czasach PRL-u. Dobrze by było, gdybyśmy wyciągnęli lekcję z historii.

Na taką lekcję i świadectwo bezpośredniego uczestnika budowy EJ Żarnowiec zapraszamy już w niedzielę, 17 stycznia o godz. 19:00.

Państwa i naszym gościem będzie mgr inż. Władysław Kiełbasa, absolwent Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej, ekspert w dziedzinie energetyki jądrowej, inżynierii reaktorowej i bezpieczeństwa elektrowni jądrowych, główny autor kluczowych polskich przepisów (rozporządzeń) dotyczących bezpieczeństwa elektrowni jądrowych, ekspert MAEA, oraz uczestnik budowy i przygotowania eksploatacji EJ „Żarnowiec”.

Opracowanie: Jacek Domaradzki

Żarnowiec – bardzo krótka historia