Andrzej Strupczewski: Jak przekonać ludzi do atomu? Trzeba zbudować pierwszą elektrownię jądrową

Mit Czarnobyla, jako ogromnej katastrofy jądrowej, jest głęboko zakorzeniony w umysłach wielu ludzi. Jak zmienić ich nastawienie do promieniowania? – To jest bardzo trudne z wielu różnych powodów. Przede wszystkim strach jest dużo silniejszym argumentem niż wszelkie argumenty rzeczowe, bo strach przemawia do uczuć a argumenty do rozumu. (…) Wydaje mi się, że trzeba przede wszystkim zbudować pierwszą elektrownię jądrową i pokazać, że pracuje ona bezpiecznie – mówi prof. Andrzej Strupczewski z Narodowego Centrum Badań Jądrowych w drugiej części rozmowy z Licznikiem Geigera. Podkreślił, że decyzja w sprawie budowy „jądrówki” powinna zapaść w ławach sejmowych a nie poprzez referendum. Dodał także, że polskie władze nie spieszą się z podjęciem decyzji w tej sprawie, bo ze względów na dość długi czas realizacji takiej inwestycji, wynoszący około siedmiu lat, “żaden rząd nie jest ze względów partyjnych zainteresowany, aby budować »jądrówkę«, bo nie buduje dla siebie a dla kogoś innego”.

Tomasz Róg: Załóżmy, że za parę lat uda się przekonać dozór jądrowy, że zasada LNT nie do końca się sprawdza. Teraz jak to należałoby wytłumaczyć Polakom, którzy często mają w sobie głęboko zakorzeniony mit Czarnobyla, Żarnobyla, którzy jak mieszkańcy Gąsek w województwie pomorskim stawiają kapliczkę Matki Boskiej z napisem “Broń od atomu”? Jak dotrzeć do takich osób?

Prof. Andrzej Strupczewski: To jest bardzo trudne z wielu różnych powodów. Przede wszystkim strach jest dużo silniejszym argumentem niż wszelkie argumenty rzeczowe, bo strach przemawia do uczuć a argumenty do rozumu i to jest dużo słabsze.

Kiedyś dr Morris Rosen, dyrektor departamentu energii jądrowej w agencji wiedeńskiej, miał w Wiedniu przemówienie. Mówił o sprawach energetyki jądrowej i o tym jak staramy się zabezpieczyć odpady. Przy okazji, energetyka jądrowa jest tą gałęzią przemysłu, która jako pierwsza wzięła odpowiedzialność za swoje odpady i jako pierwsza pokazała, że można je oddzielić od środowiska człowieka i bezpiecznie przechowywać. Inni zaczęli dopiero po nas. Rosen mówił przez godzinę czy półtorej i zdawało się, że przekonał słuchaczy, ale kiedy skończył, z tyłu sali wstała kobieta i krzyknęła: “I wy słuchacie tego mordercy waszych wnuków? Przecież ona was wszystkich, wasze dzieci i wnuki będzie mordował tym promieniowaniem. Precz!”. I sala ryknęła “Precz!”. Taki był koniec referatu dr. Rosena.

Argument uczuciowy jest więc dużo silniejszy niż argumenty rozumowe, dlatego bardzo trudno jest ludzi przekonywać. Zwykle, jeśli mam okazję rozmawiać z kimś przez godzinę, to mogę go przekonać. Jeśli jednak mam okazję mówić przez dwie minuty, przez kolejne dwie minuty mój przeciwnik, a przez kolejne dwie minuty rozmowę podsumowuje prowadzący audycję radiową, to praktycznie nie mam żadnych szans. W ciągu minuty można postawić sześć ostrych zarzutów – każdy po 10 sekund. Nie sposób przedstawić sześciu ostrych odpowiedzi w tym samym czasie. Debaty na zasadzie parytetu czasowego są więc z góry przegrane dla tego, kto chce odpowiadać. Można tylko opowiadać, że inne rozwiązania są jeszcze gorsze i to się robi, ale to nie jest wystarczające.

Nie mogę się tu powstrzymać, żeby nie przytoczyć sprawy, którą kiedyś mi zarzucono publicznie i w pierwszej chwili byłem bezradny. Wstał człowiek i powiedział: “Obok elektrowni jądrowej w niemieckim Krümmel jest osiem razy więcej białaczek niż wynosi średnia krajowa i to jest wina elektrowni jądrowej”. Nie mogłem nic odpowiedzieć, bo nie znałem sprawy.

Zacząłem szukać odpowiedzi i znalazłem różne informacje na temat tego, jak powstają białaczki. Znalazłem też m.in. cały cykl niemieckich dokumentów. Okazało się, że sprawa białaczek wokół Krümmel jest znana i jest badana przez różne komisje, zarówno na szczeblu lokalnym, jak i centralnym. Kłócono się w nieprzytomny sposób i wymyślano sobie od ostatnich. W końcu minister landu, w którym znajduje się Krümmel, napisał, że po wszystkich badaniach stwierdzono, że nie może to być winą elektrowni jądrowej, bo ona nigdy nie dała żadnych istotnych uwolnień. Szef ekologii z Darmstad napisał, że “ku naszemu zdziwieniu przekonaliśmy się, że to nie elektrownia jądrowa”. Na tym sprawa właściwie się zakończyła.

Wpadła mi jednak w rękę mapka wykonana dla brytyjskiego lotnictwa (RAF-u) z zaznaczonymi celami do zbombardowania w czasie drugiej wojny światowej. Jak się okazało, RAF zbombardował okolice Krümmel. Dlaczego? Była tam jedna z największych w Europie fabryk amunicji, którą założył Alfred Nobel. A amunicja to najróżniejsze, paskudne środki chemiczne, które powodują m.in. białaczkę. Po bombardowaniu te substancje chemiczne rozproszyły się na terenie wokoło fabryki i powodują zagrożenie do dziś. To jest najbardziej prawdopodobne rozwiązanie problemu. Ale jak pan powie komuś z zewnątrz, że koło elektrowni w Krümmel jest osiem razy więcej białaczek ale naukowcy stwierdzili, że to nie wina elektrowni, to pierwsza reakcja tej osoby będzie prawdopodobnie taka: “Wiadomo, przekupili tych naukowców”.

Zwykle, jeśli mam okazję rozmawiać z kimś przez godzinę, to mogę go przekonać. Jeśli jednak mam okazję mówić przez dwie minuty, przez kolejne dwie minuty mój przeciwnik, a przez kolejne dwie minuty rozmowę podsumowuje prowadzący audycję radiową, to praktycznie nie mam żadnych szans. W ciągu minuty można postawić sześć ostrych zarzutów – każdy po 10 sekund. Nie sposób przedstawić sześciu ostrych odpowiedzi w tym samym czasie.

To jak można przekonać ludzi?

Wydaje mi się, że trzeba przede wszystkim zbudować pierwszą elektrownię jądrową i pokazać, że ona pracuje bezpiecznie. Mamy obok siebie Czechów i Słowaków, gdzie pracują elektrownie jądrowe. Co do Czechów to Polacy mają różne zdania – czasami negatywne, czasami pozytywne, ale uznajemy Czechy za rozwinięty technicznie kraj. A gdy spytam Polaka, czy uważa się za głupszego od Słowaka, to najczęściej słyszę odpowiedź: “Jestem równie dobry jak ten Słowak”. A na Słowacji pracują cztery reaktory w elektrowni w Bohunicach, pracuje elektrownia w Mochovcach, budowane są następne reaktory, a więc Słowacy nie boją się, potrafią i wszystko jest dobrze. Jeżeli zbudowalibyśmy elektrownię jądrową w Żarnowcu, która miała być taka sama jak ta w Mochovcach, to byśmy się już nie bali. Słowacy nie boją się tych swoich Mochovców.

Jeśli chodzi o tzw. przestarzałość elektrowni, brak bezpieczeństwa itd., to dla dwóch pierwszych reaktorów w Mochovcach robiłem analizy jako szef misji Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Byłem wtedy wiodącym specjalistą do spraw bezpieczeństwa reaktorów w Europie Środkowej. Zrobiliśmy pełny przegląd na miejscu w samej elektrowni. To było około dwóch tygodni pracy po 12 godzin dziennie.

Napisałem raporty i przekazałem je Słowakom. Słowacy stwierdzili, że według tych raportów będą ulepszali swoje reaktory nr 1 i 2 w Mochovcach. W 2000 r. byłem z kolejną misją w tej elektrowni. Nie były to jakieś zasadnicze uwagi, aby wymienić reaktor. Słowacy wprowadzili te poprawki i te reaktory pracują do dzisiaj. Tak samo mogliśmy wprowadzić te poprawki w polskim Żarnowcu.

Kolejny raz pojechałem do Mochovców na prośbę Austriaków, którzy – jak pan dobrze wie – są antynuklearni. Poprosili mnie, abym sprawdził bezpieczeństwo reaktorów nr 3 i 4. Jeździłem tam przez pięć lat i wraz z Austriakami sprawdzałem kolejne kawałki konstrukcji. Okazało się, że wszystko jest dobrze i bezpiecznie. Reaktory z pewnymi opóźnieniami zaczynają pracę w tym roku. Ich przestój był związany ze zmianami ustrojowymi na Słowacji a nie z problemami z reaktorami.

Kiedy mówimy o tym, że reaktory są budowane tylko przez rządy, bo one chcą mieć broń atomową, a żadna prywatna firma tego się nie podejmie, to Mochovce 3 i 4 są przykładem, że tak nie jest. Buduje je włoska firma Enel, która przecież nie chce mieć broni atomowej na Słowacji. To się Enelowi opłaca – daje pieniądze i buduje. Tak samo jest w Finlandii. Elektrownie jądrowe Loviisa i Olkiluoto budowały firmy prywatne a nie rząd.

A co Pan Profesor sądzi o braku zdecydowania ze strony polskich władz? Raz słyszymy o postawieniu na węgiel. Potem znów słyszymy, że jednak jedna elektrownia jądrowa powinna powstać. Co chwilę poprawiany jest harmonogram prac i już raczej na 2024 r. – jako pierwszy proponowany termin rozpoczęcia pracy pierwszego bloku – nie mamy co liczyć.

Jest kilka powodów. Pierwszym dość ważnym powodem jest to, że elektrownię jądrową buduje się długo. Jeśli dziś zacznie pan budowę fundamentów, to trzeba liczyć, że pierwszy prąd popłynie z niej za co najmniej siedem lat. Jeśli rząd, który został wybrany rok temu, podejmie decyzję o budowie elektrowni, to będzie musiał wydać pieniądze. Jeśli przetrzyma tę kadencję i następne cztery lata, to dopiero na koniec swojej drugiej kadencji zobaczy, że elektrownia jest gotowa do rozruchu. Prądu jednak jeszcze nie będzie. Dopiero kolejny rząd, być może innej partii, będzie mieć prąd i będzie szczęśliwy. Żaden rząd nie jest więc ze względów partyjnych zainteresowany, aby budować “jądrówkę”, bo nie buduje dla siebie a dla kogoś innego. Rzadko kiedy rząd przetrzymuje trzy lub cztery kolejne kadencje. To są wyjątkowe sytuacje.

Po drugie, na budowę elektrowni jądrowej na początku trzeba wyłożyć dużo pieniędzy. Budowa “jądrówki” kosztuje mniej więcej dwa razy więcej niż elektrowni węglowej. Dlaczego? Nie możemy bowiem zrobić tak, że najpierw wybudujemy część elektrowni jądrowej, a dopiero później będziemy dodawać do niej poszczególne urządzenia. Trzeba to zrobić od razu. Efektem jest jednak czysty zakład, który nie emituje niczego złego do środowiska.

Skąd wziąć pieniądze? Fundusze można wypożyczyć z banku, ale potem trzeba spłacać odsetki. Lepiej byłoby mieć własne, zaoszczędzone pieniądze. Jednak w każdym przypadku trzeba te pieniądze na początku dać.

Rząd mówi więc: “Dlaczego mam dawać 4-5 miliardów euro na 1000 MW, skoro ani my, ani nasi następcy nie będą mieć z tego pożytku? A jeszcze nam będzie ciężko, bo przez ten cały czas będziemy musieli mówić społeczeństwu: »Nie macie pieniędzy, bo my podjęliśmy decyzję o budowie elektrowni jądrowej.« To lepiej nie dawać tych pieniędzy.”

Żaden rząd nie jest więc ze względów partyjnych zainteresowany, aby budować “jądrówkę”, bo nie buduje dla siebie a dla kogoś innego. Rzadko kiedy rząd przetrzymuje trzy lub cztery kolejne kadencje. To są wyjątkowe sytuacje.

Wspomniał Pan Profesor o węglu. W przedmowie do książki pt. “Zaufajmy energetyce jądrowej” napisał Pan Profesor, że chce, aby pańskie “wnuki i prawnuki miały czystą i tanią energię elektryczną”. Dr hab. Krzysztof Kozak z Instytutu Fizyki Jądrowej PAN w Krakowie, z którym rozmawiałem kilka miesięcy temu, stwierdził, że “spalanie węgla to barbarzyństwo”. Idąc za tymi słowami wydaje się, że jednak kiedyś do tej energii jądrowej dojść musimy.

Nasz rząd w tej chwili powtarza swoim wyborcom na Śląsku i w Wielkopolsce, gdzie są złoża węgla kamiennego i brunatnego, że zapewni im pracę do 2050 roku. Jednak w Polsce jest skończona ilość węgla. Wraz z upływem czasu schodzimy coraz głębiej pod ziemię. Najpierw 1000 metrów, potem 1200 m, a może i 2000 m. To oznacza dłuższe czasy potrzebne na zjazd na szychtę na dół. To oznacza większe temperatury. To oznacza większe niebezpieczeństwo zawału, a więc wreszcie większe zagrożenie życia górników. Wydobycie węgla jest więc coraz droższe.

Już w tej chwili borykamy się z tym, że węgiel rosyjski jest tańszy niż nasz własny. Jeśli więc będziemy schodzić coraz głębiej, to ten nasz węgiel będzie jeszcze droższy. Kto zmusi nasze elektrownie, aby kupowały drogi polski węgiel, skoro mogą kupić tani węgiel rosyjski? Jakiś czas można zmuszać, ale to rozwiązanie na krótką metę. Normalne jest to, że ludzie wolą kupować taniej. Twierdzenia, że węgla nam starczy na dowolnie długo, są więc tylko na wpół prawdziwe. Starczyć – może starczy, ale będzie drogi.

Po drugie, węgiel zanieczyszcza. Nie ma na to rady. Możemy go co prawda oczyszczać, ale i tak jego spalanie będzie powodowało emisję dwutlenku siarki, tlenku azotu, pyłów, w tym rakotwórczego benzo(a)pirenu.

A czy w debacie na temat smogu duszącego polskie miasta nie za rzadko mówi się o budowie elektrowni jądrowej? W moim rodzinnym Krakowie mówi się głównie o wymianie pieców w budynkach mieszkalnych.

Kraków jest dość daleko od dużych elektrowni węglowej. Ta w Jaworznie jest najbliżej. Rzeczywiście głównym źródłem skażenia atmosfery w naszych aglomeracjach jest spalanie węgla i plastiku w piecach domowych. Z tych pieców przez komin wychodzi wszystko. Nikt przecież nie zakłada filtrów. Niby nie można spalać plastiku, ale w praktyce jest inaczej. Sam brałem udział w kilku akcjach roznoszenia ulotek, tłumaczących ludziom, że spalanie plastiku powoduje raka itd. To nic nie pomogło. Ludzie dalej spalają plastik. Jest więc zasadnym zastąpienie domowego pieca węglowego piecem gazowym.

Natomiast w skali całego kraju elektrownie węglowe powodują bardzo poważne skutki. Na początku lat 90. ubiegłego wieku w krajach europejskich – nie tylko w Unii Europejskiej, ale także w Norwegii czy Szwajcarii, przeprowadzono ocenę zewnętrznych skutków wytwarzania energii. Chodziło o to, aby ocenić, jakie źródła energii są najgroźniejsze dla człowieka, a jakie są najlepsze. Na początku akcję popierali Zieloni, którzy liczyli, że nareszcie dokopią “jądrówce”. Jednak bardzo szybko się okazało, że “jądrówka” jest jednym z najlepszych, najbardziej przyjaznych dla człowieka źródeł obok elektrowni wiatrowych i hydroelektrowni.

W przypadku hydroelektrowni trudność jest taka, że wody można mieć pewną, określoną ilość. W Norwegii i Szwecji nie buduje się już więcej takich elektrowni, bo nie ma gdzie. Wszystkie rzeki są tam zagospodarowane. Jeśli chodzi o wiatr, to trudność polega na wykorzystaniu wiatru tylko przez pewną część czasu. Jaka to jest część czasu? W najlepszych lokalizacjach w Polsce to jest 24 proc. wykorzystania mocy znamionowej. W najlepszych lokalizacjach w USA to wykorzystanie sięga 38 proc., a w Wielkiej Brytanii – 32 proc. Średnia dla Polski jest tak naprawdę taka sama jak dla Niemiec, a tam wynosi ona 19 proc. Czyli przez 1/5 czasu możemy uzyskiwać pełną moc wiatraka. To nie jest rozwiązanie, bo co zrobić przez pozostałe 4/5 czasu?

Czy decyzję o budowie polskiej elektrowni jądrowej powinniśmy podjąć w referendum? Przypomnę wyniki ostatniego, majowego referendum w Szwajcarii. Szwajcarzy powiedzieli “nie” energetyce jądrowej i “tak” odnawialnym źródłom energii.

To trudna sprawa. Moim zdaniem, aby takie referendum przeprowadzić, to trzeba byłoby wytłumaczyć ludziom na czym polega problem, jakie są alternatywy i jakie są ujemne strony każdego rozwiązania, a to zakłada, że będziemy dysponowali czasem i środkami przekazu. Mogę podjąć się tego, że zaprosimy tysiąc osób na salę, damy im kanapki i przez trzy dni będę z nimi dyskutował – odpowiadał na pytania i zarzuty. Po trzech dniach możemy zrobić referendum wśród tych osób. Będą one mniej więcej wiedziały, jakie jest moje stanowisko na ten temat.

Natomiast w rzeczywistych warunkach polskich, zresztą i innych krajów również, wygląda to w ten sposób, że na spotkanie przychodzi przedstawiciel organizacji antynuklearnej i krzyczy: “Elektrownia jądrowa to zgon na raka!”. Naprzeciw niego staje jądrowiec i mówi, że to nie jest prawdą i że elektrownia nie powoduje raka. Wtedy słuchacz mówi: “Co to jest? Może jednak ta »jądrówka« jest niebezpieczna?”.

Co więcej, organizacje antynuklearne potrafią znaleźć i kupić opinie ludzi, którzy mają tytuły naukowe. Przed ośmiu czy dziesięciu lat napisał do mnie profesor z Krakowa z pytaniem, czy zgodzę się być w komitecie organizacyjnym sympozjum, które ma na celu określenie, jaka jest maksymalna liczba elektrowni jądrowych na świecie dopuszczalna z uwagi na wytrzymałość biologiczną Ziemi. Dopisał, że przecież w Czarnobylu umarło 8 milionów ludzi. Napisałem do tego profesora pismo wyjaśniające, dlaczego uważam, że nie umarło 8 milionów ludzi. Załączyłem fragmenty raportów, m.in. UNSCEAR-u. Po pewnym czasie dostałem odpowiedź, że on rezygnuje z tego sympozjum. Przy okazji zobaczyłem, jakim on jest profesorem. Był profesorem rolnictwa, który jako doradcę miał specjalistę z Greenpeace’u. Profesor rolnictwa niewątpliwie jest profesorem i jest autorytetem dla swoich studentów w zakresie roślin, ale nie zna się na promieniowaniu, bo nie musi – to nie jest jego działka.

Co do tego, żeby takie referendum przeprowadzić, to musimy ludziom dać wiedzę, a to jest bardzo trudne. Tę wiedzę trzeba dawać najlepiej już od szkoły podstawowej, tłumacząc, że promieniowanie jest wokół nas. Uważam więc, że referendum nie jest właściwe. Od tego mamy posłów, których wybieramy, aby oni podjęli w naszym imieniu decyzję. Ci posłowie powinni przeczytać odpowiednie informacje. Czy czytają? To już inna sprawa.

Moim zdaniem, aby takie referendum przeprowadzić, to trzeba byłoby wytłumaczyć ludziom na czym polega problem, jakie są alternatywy i jakie są ujemne strony każdego rozwiązania, a to zakłada, że będziemy dysponowali czasem i środkami przekazu.

To może Pan Profesor powinien powtórzyć akcję z 1991 r. i częściej pić wodę wypływającą z elektrowni jądrowych? Wtedy wypił pan szklankę wody z elektrowni Loviisa w Finlandii.

Może powinienem. Dlaczego ją piłem? Wytłumaczę, żebyśmy się rozumieli. Otóż w elektrowni jądrowej jest obieg zewnętrzny, który pobiera wodę z morza lub jeziora, a następnie wyrzuca tę wodę do morza lub jeziora. To tylko pompa, która transportuje wodę ale nie daje ciśnienia, czyli ciśnienie wynosi 1 atmosferę. Ten obieg odbiera ciepło od rurek w skraplaczu pod turbiną. Wewnątrz tych rurek płynie woda z kolejnego obiegu elektrowni jądrowej. Ten obieg powinien być nieskażony, ale nawet jeśli jakieś skażenie jest, to niewątpliwie jego ciśnienie wynosi 1/100 atmosfery. Jeżeli jest jakaś nieszczelność w tych rurkach i jeżeli jest w tym obiegu skażenie, to woda z zewnątrz wpłynie do tych rurek, nigdy na zewnątrz.

Jak mogę udowodnić to ludziom, którzy mnie słuchają? Jeśli zacznę mówić o ciśnieniach i technice skraplania w skraplaczu turbiny, to każdy spojrzy w inną stronę i przełączy kanał telewizyjny. Żeby udowodnić, że ja w to wierzę, to wziąłem szklankę wody z tego obiegu zewnętrznego i ją wypiłem. Wcześniej pokazaliśmy na liczniku Geigera-Müllera, że nie było żadnego promieniowania. Mam teraz 81 lat i jak widać jeszcze zupełnie dobrze się trzymam. Nie jest to chwalenie się, ale promieniowanie mi nie zaszkodziło. A taśmę wideo z tego wydarzenia ma Wiktor Niedzicki, twórca programu “Laboratorium”. Można ją w pewnym momencie wyciągnąć.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

ZOBACZ TAKŻE: Andrzej Strupczewski: skutki awarii w Czarnobylu nie są pomijalne, ale są małe (pierwsza część rozmowy)


Dr inż. Andrzej Strupczewski, prof. nadzwyczajny Narodowego Centrum Badań Jądrowych – wiceprezes Stowarzyszenia Ekologów na Rzecz Energii Nuklearnej SEREN, przewodniczący Komisji Bezpieczeństwa Jądrowego i rzecznik energetyki jądrowej w Narodowym Centrum Badań Jądrowych, ekspert ds. bezpieczeństwa jądrowego Komisji Europejskiej i Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA).

Przez 50 lat pracował w Instytucie Energii Jądrowej, w tym sześć lat w MAEA w Wiedniu. Projektował reaktor badawczy MARIA i kierował jego rozruchem technologicznym, prowadził pionierskie badania cieplno-przepływowe w rdzeniu reaktora EWA. Jako zastępca dyrektora IEA kierował do 1992 r. międzynarodowym programem badań bezpieczeństwa reaktorów, a przez 20 lat, po przerwaniu budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu, prowadził analizy bezpieczeństwa reaktorów energetycznych w różnych krajach. Badał bezpieczeństwo elektrowni jądrowych w Armenii, Bułgarii i Słowacji, prowadził misje MAEA do oceny bezpieczeństwa elektrowni Paks na Węgrzech, Dukovany i Temelin w Czechach, wykonywał analizy EJ Temelin i EJ Mochovce dla rządu Austrii, wykonał ocenę wpływu pomocy Unii Europejskiej na bezpieczeństwo elektrowni jądrowych w Rosji i na Ukrainie z wizjami lokalnymi we wszystkich elektrowniach jądrowych, organizacjach wsparcia technicznego i urzędach dozoru jądrowego tych państw. Był jednym z czterech fachowców międzynarodowych powołanych do oceny najnowszych reaktorów III generacji, proponowanych dla Wielkiej Brytanii, a w ostatnim czasie prowadził ocenę bezpieczeństwa bloków jądrowych w EJ Kozłoduj, w ramach akcji stress testów po Fukushimie. W czasie pracy w MAEA prowadził analizy porównawcze wpływu różnych źródeł energii na środowisko i zdrowie człowieka, współpracował z Komisją Europejską w ramach programu ExternE, mającym określić koszty ponoszone przez społeczeństwo w skutek zgonów, chorób i zniszczenia środowiska, powodowanego przez różne gałęzie energetyki. Wprowadzał także metodykę ExternE w Polsce.

Obecnie prowadzi oceny wpływu energetyki jądrowej na gospodarkę Polski. Jest autorem czterech książek i 250 prac na temat energetyki jądrowej, uzyskał sześć patentów. Był członkiem Komitetu Problemów Energetyki PAN i Komitetu Nauk Radiacyjnych PAN, przedstawicielem Polski w Komitecie Energetyki Jądrowej UNIPEDE i w Komitecie Energetyki Jądrowej ISO. Został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Polonia Restituta, Złotym Krzyżem Zasługi i Oficerskim Krzyżem Polonia Restituta.