Krzysztof Kozak: lekcja z Czarnobyla zwiększyła bezpieczeństwo kraju

– To był moment, gdy zmieniliśmy spojrzenie na pewne rzeczy, które zmieniają życie innych ludzi. To nawet nie była katastrofa w sensie katastrofy przemysłowej, ale katastrofa w sensie patrzenia na losy ludzkie – mówi dr hab. Krzysztof Kozak w rozmowie z Licznikiem Geigera. Kierownik Laboratorium Ekspertyz Radiometrycznych Instytutu Fizyki Jądrowej PAN w Krakowie zaznacza, że nie można bagatelizować tej awarii i mówić, że na pewno żadnych negatywnych skutków dla ludzi w Polsce nie było: „Oczywiście, jeśli mówimy o całej populacji i średnich skażeniach, to dużego problemu w Polsce nie było. Zacytuję naszą noblistkę, Wisławę Szymborską, która mówiła, że »tysiąc i jeden to wciąż jeszcze tysiąc«. Jednak jak ja jestem tym jednym, to obojętne mi jest, czy z resztą jest wszystko w porządku”. Naukowiec zwraca uwagę, że awaria w Czarnobylu doprowadziła do zwiększenia bezpieczeństwa Polski, gdyż po niej powstał system wczesnego wykrywania skażeń promieniotwórczych powietrza.

Tomasz Róg: Czym dla Pana osobiście jest Czarnobyl? Co Panu mówi nazwa tego ukraińskiego miasteczka?

Dr hab. Krzysztof Kozak: Moje pierwsze skojarzenie jest takie, że wydarzyło się coś ważnego i o dużych konsekwencjach. To był moment, gdy zmieniliśmy spojrzenie na pewne rzeczy, które zmieniają życie innych ludzi. To nawet nie była katastrofa w sensie katastrofy przemysłowej, ale katastrofa w sensie patrzenia na losy ludzkie. To jest moje pierwsze skojarzenie.

A co Pan pamięta z tych dni kwietniowych i majowych 1986 roku?

Byłem jeszcze wtedy bardzo młodym fizykiem. Pracowałem w Instytucie Podstaw Inżynierii Środowiska Polskiej Akademii Nauk. Nie zajmowałem się wtedy badaniami radioaktywności, ale pamiętam potężny bałagan informacyjny. Oczywiście byłem wtedy fizykiem, więc mogłem na to patrzeć w miarę merytorycznie. Ten totalny bałagan informacyjny wynikał oczywiście z sytuacji politycznej. Tę informację ze względu na dobro ludzi można było dużo lepiej przekazywać, bo to co może zaszkodzić społeczeństwu to niewiedza, niepewność i strach przed niewiadomym.

Wtedy coś już wiedzieliśmy, jako społeczeństwo, o promieniowaniu, ale ono się w 90 procentach kojarzyło z bombą atomową, czyli się źle kojarzyło. Kojarzyło się z tym, że jakiekolwiek promieniowanie – co jest oczywiście nieprawdą – szkodzi, wręcz zabija. Słuchaliśmy oczywiście radia Wolna Europa i ono coś podawało, ale żeby zdobyć “The New York Times”, to należało być w Nowym Jorku. Nie można było zadzwonić do kolegi z Nowego Jorku czy Ukrainy. Byliśmy skazani na to, co podawała nam prasa, jedyny pierwszy program telewizyjny i rzecznik prasowy rządu, redaktor Jerzy Urban. To było dostępne ogólnie pierwsze źródło informacji. Drugim było radio – radia angielskie i polskojęzyczne. Ale one też niewiele wiedziały, ponieważ do katastrofy doszło w reżimie i to reżim miał te informacje. Były przecieki o poziomach radiacji, które ludzie – jak przy każdym tego typu zdarzeniu – jako coś negatywnego wyolbrzymiają, bo zła plotka roznosi się bardzo łatwo, ale żeby ją wycofać, to już nie jest takie proste. Takie były moje skojarzenia w sensie przekazu informacji. Nie wiadomo było, komu wierzyć i na czym się oprzeć. Wiadomo było tylko, że coś się dzieje i dzieje się coś niedobrego.

Skażenie po awarii w Czarnobylu w Polsce oczywiście było. To jest poza dyskusją. Natomiast – tak jak często mówię – parokrotnie większe skażenia były w okresie próbnych testów jądrowych przeprowadzanych na poligonach na półkuli północnej.

Pracował pan jednak w Polskiej Akademii Nauk. Jak dużo czasu zajęło tej instytucji w miarę całościowe spojrzenie na sytuację?

To bardzo dobre pytanie, ale odpowiedź jest skomplikowana. Polska Akademia Nauk nie jest jedną organizacją, ale rozproszoną siecią instytutów. Ja pracowałem w konkretnym instytucie, który zajmował się środowiskiem i w którym pracowało ok. 20 osób. Nazwa PAN jest w tym momencie myląca.

Zupełnie inna sytuacja z pewnością była w instytutach, które były stricte związane z fizyką. Dotykamy tu obszaru ochrony radiologicznej, a wówczas takich instytucji było w Polsce niewiele. Istniało Centralne Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie, a także instytucje, które zajmowały się w zasadzie pomiarami meteorologicznymi i pomiarami mocy dawek. Umiejscowione były one głównie w sieci instytutów meteorologicznych. To była jedna sieć. Drugą siecią, którą zajmowała się pomiarami, było wojsko.

Informacje do nas, jako do Polskiej Akademii Nauk, de facto nie dochodziły. W naszym IPIŚ PAN, nie mieliśmy odpowiednich narzędzi, aby samodzielnie prowadzić pomiary skażeń. Z opowieści wiem, że instytuty, które dysponowały przyrządami pozwalającymi mierzyć promieniowanie, ad hoc zaczynały coś mierzyć. Pomiarami skażeń promieniotwórczych zajmowało się mało osób, bo my nigdy nie mieliśmy energetyki jądrowej ani broni jądrowej. Nagle ludzie zaczęli wystawiać cały sprzęt pomiarowy, który mieli do dyspozycji – dozymetry, liczniki Geigera-Müllera, detektory promieniowania, ale nie było żadnych procedur a rządzenia w wielu przypadkach nie były dobrze wykalibrowane.

Potem już w Instytucie Fizyki Jądrowej grupa pana docenta Niewiadomskiego i profesora Brody zaczęła prowadzić regularne pomiary skażeń. Powstał jednak potężny problem dotyczący organizacji dostaw próbek. Takie rzeczy, jak zarządzanie kryzysowe, to w ogóle jest problem w sensie organizacyjnym. Nagle trzeba zebrać np. próbki mleka. Brzmi to prosto, ale trzeba zadzwonić do mleczarni, porozmawiać z odpowiednimi osobami i zapewnić transport. Nagle pojawia się 600 litrów mleka a my mamy tylko jeden detektor. Zmierzenie próbki zajmuje pół albo i całą dobę. To więc musi być dobrze zorganizowane.

Kraje, które posiadają energetykę jądrową, mają specjalne służby. Oni są przygotowani, mają całą infrastrukturę. Są procedury pomiarowe, skalibrowane spektrometry i wiadomo co i jak mierzyć. Tutaj to się działo na zasadzie, że ktoś przyniósł trochę mleka. Potem, w ciągu roku, te badania zrobiły się bardziej uporządkowane i zorganizowane.

Ja przyszedłem do Instytutu Fizyki Jądrowej w kwietniu 1989 r., czyli trzy lata po Czarnobylu, i trafiłem do laboratorium (Laboratorium Badań Skażeń Radioaktywnych Środowiska IFJ), które było zorganizowane “poczarnobylsko” i miało się zająć badaniami skażeń promieniotwórczych i pod kierunkiem Mirosławy Jasińskiej rozpoczęliśmy regularne badania.

To była duża akcja zebrania uporządkowanego zbioru próbek. Wybraliśmy lasy, bo one są specyficznym środowiskiem, w którym nie ma dużej ingerencji człowieka. Chodziło nam o migrację i rozkład izotopów, głównie gamma promieniotwórczych. Prowadziliśmy też prace z alfa promieniotwórczym plutonem. Poza pomiarem stężenia idzie też cała duża wiedza, jak zebrać próbki, aby były one reprezentatywne. Fajnie się mówi, żeby zebrać je z lasu, ale laboratorium miało wtedy trzech pracowników. Trudno chodzić po lasach i zbierać te próbki. Chyba do dziś byśmy chodzili. Uruchomiliśmy, więc leśników, którzy przysyłali nam próbki z całej Polski. Były słynne grzyby, jagody, runo leśne i ściółka. Dostawaliśmy całą masę próbek. Mogliśmy, więc prowadzić regularnie badania i wykonać mapę skażeń w Polsce. W efekcie tych badań powstała publikacja, która jest dosyć często cytowana.

Istotne jest też to, że w 1989 r. powstał system wczesnego wykrywania skażeń promieniotwórczych powietrza. Tego nie było w 1986 r. Sieć monitoringu istnieje do dzisiaj i cały czas się rozwija. Ja miałem tę możliwość, że uczestniczyłem w instalacji w IFJ drugiej takiej stacji typu ASS-500 w Polsce. Pierwsza to była stacja w CLOR w Warszawie. Ta stacja do dzisiaj działa i znajduje się w krakowskim Instytucie Fizyki Jądrowej PAN.

Medium, które najszybciej przenosi informację o tym, że gdzieś nastąpiło uwolnienie substancji radioaktywnych jest bowiem powietrze. To wiatr, który unosi cząsteczki i pyły. Zasada działania stacji ASS-500 polega na przepompowywaniu powietrza przez odpowiedni filtr, który zatrzymuje pyły. Następnie filtr ten po sprasowaniu umieszczany jest na detektorze i w efekcie pomiaru uzyskujemy informację o poziomie radioaktywnych skażeń powietrza. Gdyby doszło do awarii jądrowej, to informacja jest od razu. Lekcja z Czarnobyla zwiększyła więc bezpieczeństwo kraju.

To tak samo jak wnioski wyciągane z wypadków lotniczych.

Dokładnie. W 1986 r. tego systemu wczesnego ostrzegania nie było. Do tego była blokada informacyjna, o której się często zapomina. Obecnie żyjemy w czasach, gdzie np. Fukushima była pierwszą awarią, którą można było śledzić online.

Podobnie było z ostatnią wojną w Iraku. Ona także jako pierwsza była wojną online. To zmienia całą perspektywę.

To zmienia perspektywę. Poza tym mamy lepszy dostęp do informacji, bo odpowiedni sprzęt stał się bardziej dostępny. Wszyscy już wiedzą, co to jest licznik Geigera-Müllera i mogą mieć go np. za oknem, a następnie wynik pomiaru wrzucić do internetu. Mamy wtedy niezależny i nieprzefiltrowany obraz sytuacji, zakładając oczywiście, że ten licznik dobrze mierzy. To zupełnie inny dostęp do informacji. Kluczową sprawą jest, w jakim systemie politycznym wydarza się katastrofa, a o tym często się zapomina.

A jakie są wyniki badań, które Pan prowadził?

Badania były prowadzone przez cały zespół laboratorium i efektem była m.in. publikacja pt. “Radioactive contamination of Polish mushrooms”. Wynika z niej, że skażenie po awarii w Czarnobylu w Polsce oczywiście było. To jest poza dyskusją. Natomiast – tak jak często mówię – parokrotnie większe skażenia były w okresie próbnych testów jądrowych przeprowadzanych na poligonach na półkuli północnej. Wtedy nic się nie działo, bo nikt tego nie mierzył, albo nawet ci, którzy mierzyli, o tym nie mówili. Na przykład cez jako izotop, który ma mniej więcej 33 lata połowicznego życia, tj. czas, po którym jego aktywność spada do połowy, zostaje. On jest zdeponowany w glebie, na gruncie, w lasach. Jest akumulowany przez rośliny, czyli np. grzyby, jagody i porosty.

Mapa skażenia cezem jest dość dziwna. Wynika z niej, że największe skażenia w Polsce były dość daleko od wschodniej granicy, bo aż w okolicach Olesna. Także okolice Krakowa miały stosunkowo wysokie skażenia w porównaniu z resztą Polski.

Jakie były te skażenia?              

Te skażenia były duże, bo ich w ogóle nie powinno być, gdyż izotopów sztucznych w środowisku naturalnym nie powinno być. Warto w tym miejscu wspomnieć, że w środowisku od zawsze występują izotopy naturalne. Jeśli porównamy aktywność izotopów naturalnych i izotopów sztucznych, nawet tych po Czarnobylu, to możemy uchwycić skalę porównawczą.

Skażenia były duże głównie w grzybach a szczególnie dużo cezu znaleźliśmy w podgrzybku brunatnym (Xerocomus badius), bo one mają dosyć specyficzną cechę i akumulują cez z uwagi na jego chemiczne podobieństwo do potasu. Grzyb, pobiera potas z gleby, a gdy nie ma potasu, to wyciąga z gleby cez.

Badaliśmy stężenia, czyli ilość rozpadów na sekundę w kilogramie suchej masy próbki. To jest ważne, gdyż nie powinno się porównywać np. świeżych i wysuszonych grzybów, bo jak suszę grzyby, to ich masa maleje, więc stężenie aktywności wzrasta. Te stężenia cezu-137 sięgały 3 tysięcy bekereli na kilogram suchej masy. Były jednak grzyby, które miały 17 tysięcy a nawet 20 tysięcy bekereli na kilogram suchej masy. Miały też duże aktywności cezu-134 – bardzo ciekawego izotopu, bo jego obecność w środowisku mówi o tym, że skażenie powstało w wyniku awarii obiektu jądrowego a nie w wyniku opadu promieniotwórczego z wybuchu bomby jądrowej.

W zebranych próbkach wykryte zostały jeszcze alfa promieniotwórcze izotopy plutonu – 239 i 240 i beta promieniotwórczy stront-90, co świadczy o tym, że na terenie Polski można było znaleźć fragmenty paliwa jądrowego z rdzenia reaktora czarnobylskiego.

Mapa skażenia cezem jest dość dziwna. Wynika z niej, że największe skażenia w Polsce były dość daleko od wschodniej granicy, bo aż w okolicach Olesna. Także okolice Krakowa miały stosunkowo wysokie skażenia w porównaniu z resztą Polski. Związane to było z występowaniem na tych terenach opadów w czasie przechodzenia chmury radioaktywnej.

A ludzie cały czas chodzili i zbierali grzyby…

Gdzieś w podtekście jest, że jest to niebezpieczne. A ja zawsze mówię, że w ogóle życie jest niebezpieczne. Jak oddychamy to się spalamy, a gdyby nie było tlenu…

Czyli z pewnością skażenie poczarnobylskie w Polsce było?

Tak. To jest poza dyskusją.

Jednak prof. Zbigniew Jaworowski mówił, że żadnych negatywnych skutków awarii dla ludzi w Polsce nie było. Po latach twierdził wręcz, że nawet podanie tuż po awarii płynu Lugola polskim dzieciom nie było konieczne. Jak się Pan do tego ustosunkuje?

Jestem w trudnej sytuacji, bo miałem przyjemność znać pana profesora Zbigniewa Jaworowskiego. On był recenzentem mojej pracy doktorskiej, więc nie będę obiektywny. Ja bym jednak tak jak on nie powiedział. Nie można bowiem bagatelizować jakiejkolwiek awarii. Wydaje mi się, że to brak szacunku dla ludzi, którzy wiedzą mniej, a nie każdy ma przecież obowiązek być fizykiem i znać się na dawkach.

W 100 procentach rozumiem jednak jego intencje, tyle tylko, że bardzo łatwo być mądrym po fakcie. To jedna rzecz. Poza tym, wydaje mi się, że jego słowa można interpretować jako przesunięcie wahadła w drugą stronę, a jak uczy świat i ludzkość, najlepsza jest równowaga. Każde emocje niosą bowiem w sobie niebezpieczeństwo niepełnej prawdy.

Oczywiście, jeśli mówimy o całej populacji i średnich skażeniach, to dużego problemu w Polsce nie było. Zacytuję naszą noblistkę, Wisławę Szymborską, która mówiła, że “tysiąc i jeden to wciąż jeszcze tysiąc”. Jednak jak ja jestem tym jednym, to obojętne mi jest, czy z resztą jest wszystko w porządku.

W Polsce można było znaleźć, i to zostało udowodnione u nas w IFJ, hotspoty, czyli fragmenty pochodzące bezpośrednio z rdzenia reaktora. Jakby ktoś miał pecha i taka cząstka osadziła się na jego chałupie czy wręcz w mieszkaniu, a on przy niej spał, to jest to naprawdę niebezpieczne. Jeśli rozsmarujemy to jako średnią, to oczywiście ten jeden przypadek ginie w tej średniej. Natomiast wydaje mi się, że należy patrzeć na jednostkę. Jeżeli miałoby to dotyczyć moich najbliższych, to nigdy bym nie powiedział, że „Czarnobyl“ nic złego nie zrobił. Należy to wyważyć, bo bardzo możliwe, że „Czarnobyl“ nie zrobił nic np. w stosunku do liczby osób, które giną na drogach rocznie. Można powiedzieć, że zabijają też samochody, palenie papierosów czy też nadużywanie alkoholu.

Według mnie profesor Jaworowski chciał powiedzieć, że powinniśmy nabrać dobrego dystansu do oceny sytuacji będącej efektem awarii w Czarnobylu, ale jego słowa można też interpretować źle. Daje to oręż tzw. przeciwnikom atomu. Można mu zarzucić, że mówi nieprawdę, że to promieniowanie w ogóle nie szkodzi.

Jak uczy świat i ludzkość, najlepsza jest równowaga. Każde emocje niosą bowiem w sobie niebezpieczeństwo niepełnej prawdy.

A jakie są – pańskim zdaniem – rzeczywiste skutki awarii? Czy informacje m.in. o zdeformowanych płodach ludzi i zwierząt możemy odłożyć na półkę z bajkami? 30 lat to dużo, a może jednak nie za dużo czasu, aby ocenić skutki tego zdarzenia?

Miałem okazję być na dużej konferencji wiedeńskiej, która odbyła się 10 lat po Czarnobylu. 10 lat to już ten dystans, gdy można mieć już sporo wyników badań, jakąś perspektywę i czas na zweryfikowanie danych. Oczywiście pozostaje pytanie o autorytet, nie tylko w fizyce. Niedawno papież Franciszek powiedział, że Europie brakuje autorytetów. I to jest niewątpliwie prawda. Zawsze można podważyć słowa, mówiąc, że ktoś inny zmierzył coś i jest inaczej.

Badania, które były podstawą do opracowania raportu Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, są w pełni wiarygodne. Wydaje się także, że skutki zdrowotne awarii w Czarnobylu były naprawdę niewielkie, jeżeli mówimy o skutkach dla dużej liczby ludzi. Jeśli mówimy o samej katastrofie, to były już większe katastrofy w historii ludzkości – zarówno przemysłowe, chemiczne, jak i naturalne.

Niestety atom od zawsze kojarzy się i jeszcze długo będzie się kojarzyć z Hiroszimą i Nagasaki. Fizycy jądrowi robią dużo, aby to zmienić, to jednak trudne zadanie. A jak w ogóle ocenić rozmiar katastrofy? Tu wchodzimy trochę w filozofię. Czy jest to liczba zgonów, a może liczba urazów psychicznych w populacji? Jakoś trzeba to oceniać. Jeśli mówimy o liczbie zgonów, to katastrofa w Czarnobylu ginie na tle innych katastrof, np. wybuchu pyłu węglowego w Chinach, czy też awarii w zakładzie chemicznym w Bhopalu w Indiach, gdzie w ciągu paru minut czy godzin zginęło parę tysięcy osób. To może strasznie brzmi, ale w przypadku Czarnobyla rozmawiamy o dziesiątkach bądź setkach ofiar.

Badania, które były podstawą do opracowania raportu Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, są w pełni wiarygodne. Wydaje się także, że skutki zdrowotne awarii w Czarnobylu były naprawdę niewielkie, jeżeli mówimy o skutkach dla dużej liczby ludzi.

Mamy raporty UNSCEAR i Forum Czarnobylskiego. Mówimy o dziesiątkach czy setkach ofiar. Natomiast w wielu innych publikacjach pojawiają się zarzuty, że te raporty zostały sfałszowane. Wedle tych doniesień strona sowiecka chciała ukryć prawdziwe rozmiary awarii, a dawki, które przyjmowali ratownicy w pierwszych dniach po awarii, były znacznie wyższe, a sumę ofiar można liczyć co najmniej w tysiącach. Świat atomistów miał wziąć te dane bez jakiejkolwiek refleksji i wpisać je w swoje raporty. Czy możemy jakoś polemizować z takimi głosami?

To bardzo trudne pytanie, bo to pytanie dotyczące wiarygodności badań. Rosjan ta awaria zaskoczyła, tak jak każdego, bo awarie nie powinny się zdarzać. Domy nie powinny się zawalać, windy nie powinny się urywać, samochody nie powinny się psuć, jednak z naszego doświadczenia wiemy, że tak się nie dzieje. Oczywiście rozwój cywilizacyjny polega na tym, że jesteśmy coraz lepiej przygotowani do tego, aby być mniej zaskakiwanymi. Lekcje z dużych katastrof, m.in. Czarnobyla, powodują zwiększenie bezpieczeństwa następnych instalacji, które zbudujemy.

Jeżeli chodzi o wiarygodność badań skażeń w Europie, to ja raczej nie miałbym zastrzeżeń do wyników, które były opracowywane po Czarnobylu. Jeżeli pan pyta o to, co się działo w trakcie awarii – pożar rdzenia ugaszono po około 10 dniach – to bardzo trudno jest powiedzieć, co tam się naprawdę działo w sensie przebiegu akcji ratowniczej. Nie mamy takich informacji. To pytanie jedynie do świadków. Można wierzyć tym świadkom, albo innym. Tych świadków jest sporo, bo powstało parę książek, jak choćby “Krzyk Czarnobyla” i „Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości“ Swietłany Aleksijewicz. Mamy więc relacje osób, które uczestniczyły w gaszeniu reaktora i dekontaminacji.

Wierzę, że wtedy był potężny bałagan. Systemy każdego reżimu nie działają bowiem dobrze w przypadku awarii, a jeśli działają, to działają na swoją korzyść, ale na pewno nie szanują życia ludzkiego. Wierzę w opowieści o ludziach w samych podkoszulkach, którzy zasypywali reaktor i wierzę, że oni nie posiadali dozymetrów. Jestem więc w stanie uwierzyć, że te wyniki dawek były fałszowane. Natomiast trudno jest sfałszować wyniki, jeśli chodzi o skażenia środowiska, bo one po prostu zostają i po pięciu latach też można je sprawdzić.

Jeśli mówimy o dawkach, to jest to trudny problem. Raz, w sensie dozymetrycznym, a dwa, że trzeba byłoby znać pola promieniowania w Czarnobylu. To się jednak da zrobić retrospektywnie i takie badania były prowadzone. Szacuje się, że tzw. likwidatorzy otrzymali dawki rzędu 8-12 grejów. To dawki śmiertelne i ci ludzie umarli z powodu choroby popromiennej. 43 osoby zginęły od razu. Mówi się także o setkach kolejnych, gdzie jest duże prawdopodobieństwo śmierci jako efekt otrzymania dużych dawek promieniowania.

Wspominał pan o tysiącach ofiar i o tym, że być może czas 30 lat od tych wydarzeń to za mało. To pytanie łączy się z fizyką i oddziaływaniem promieniowania na organizm ludzki. Jeżeli mówimy o dawkach rzędu greji, to poza dyskusją jest to efekt deterministyczny. Poniżej dawki 0,5 greja mówimy o pewnym wzroście prawdopodobieństwa zapadalności na nowotwory. Tu już kłania się biologia. My jako ludzkość nie znamy do końca mechanizmu powstawania nowotworów. Znamy czynniki kancerogenne i promieniowanie niewątpliwie jest jednym z nich. Natomiast my żyjemy od zawsze w tym promieniowaniu, które pochodzi ze źródeł naturalnych, ale jego natura i oddziaływanie jest dokładnie takie samo. Każde promieniowanie może uszkodzić komórkę, która może z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem zmutować w kierunku nowotworu. To piekielnie trudne pytanie.

ZOBACZ TAKŻE: Radioaktywność wokół nas – wykład dr. hab. Krzysztofa Kozaka (wideo)

Druga część rozmowy z dr. hab. Krzysztofem Kozakiem za tydzień.


Dr hab. Krzysztof Kozak – fizyk, pracownik Instytutu Fizyki Jądrowej im. Henryka Niewodniczańskiego Polskiej Akademii Nauk w Krakowie, kierownik Laboratorium Ekspertyz Radiometrycznych IFJ PAN. Współautor ponad 170 publikacji z zakresu: spektometrii promieniowania gamma, promieniotwórczości sztucznej i naturalnej, m.in. pomiarów radonu. Członek Executive Committee European Radon Association i Rady Centrum Radonowego – Pozarządowej Międzynarodowej Sieci Naukowej, Towarzystwa Fizycznego, Polskiego Towarzystwa Badań Radiacyjnych, Zespołu Ekspertów ds. Sytuacji Awaryjnych przy Prezydencie Miasta Krakowa, Zespołu do opracowania programu wieloletniego “Atomistyka w służbie wiedzy i społeczeństwa”. Otrzymał Nagrodę Miasta Krakowa w dziedzinie nauki i techniki (1998 r., nagroda zespołowa), a także Srebrny Krzyż Zasługi za osiągnięcia naukowe, przyznany przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej (2007 r.).

Współautorka wywiadu: Anna Duda – absolwentka kulturoznawstwa międzynarodowego oraz zarządzania kulturą na Uniwersytecie Jagiellońskim. Obecnie studentka Wydziałowych Kulturoznawczych Studiów Doktoranckich UJ. Interesuje się zagadnieniami z obszaru antropologii turystyki oraz fotografii, ze szczególnym uwzględnieniem relacji międzykulturowych.