Oksana Petranyuk: to właśnie my otworzyliśmy drzwi dla wyjazdów artystów do Zony

– Jak widziałam żołnierzy, którzy płakali w momencie, kiedy dla nich grałam, to było niesamowite. To były duże chłopy, “konie”, a kiedy kończysz swój występ, oni przytulają cię nie tak po prostu, ale przytulają cię tak, jakbyś była dla nich wszystkim – matką, siostrą, córką, kochanką. Wszystkim – wspomina aktorka Oksana Petranyuk, która wraz z grupą kijowskiego teatru studyjnego Czerwony Bęben / teatru Zwierciadło od maja do grudnia 1986 r. jeździła do Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia. Jak zaznacza: „My tak wtedy byliśmy wychowani w Związku Radzieckim, że jak ktoś wzywa na pomoc, to trzeba mu pomóc. (…) Nam powiedziano, że tam służą i giną ludzie, i że pracującym na miejscu potrzebny jest jakiś odskok od rzeczywistości, że oni potrzebują choćby maleńkiego okienka normalnego życia.” Dodaje, że jej grupa była pierwszym zespołem, który zaczął jeździć do Zony ze spektaklami i koncertami, a ona sama miała wówczas 20 lat.

Tomasz Róg, Licznik Geigera: Do awarii w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej doszło w 1986 r. Czym się Pani wtedy czasie zajmowała?

Oksana Petranyuk: Byłam po szkole i zaczynałam pracować. Byłam normalną dziewczyną, normalną kobietą, miałam wiatr we włosach. Zaczęłam przychodzić na spotkania do teatru studyjnego, który nazywał się Czerwony Bęben. To nie był państwowy teatr, to była grupa młodych ludzi, która wspólnie spędzała czas. Mój małżonek Witalij i jego brat Włodek stworzyli ten teatr. Witalij był aktorem, muzykiem i kompozytorem, a Włodek był reżyserem.

Stanisław Adamski, Czarnobylcy: To było w Kijowie?

Tak.

Tomasz Róg: A jak się Pani dowiedziała o awarii w Czarnobylu?

Do tego wypadku doszło 26 kwietnia, a nasz dom rodzinny znajdował w Kijowie znajdował się w pobliżu trasy wylotowej na Czarnobyl. Pewnej nocy cała moja rodzina – mama, tata, mój brat i ja – obudziła się z powodu strasznego huku. Zastanawialiśmy się, co się stało. Wtedy myśleliśmy, że może ktoś na nas napadł i będzie wojna – tak działała wtedy sowiecka propaganda. Huk był niesamowity, wyszliśmy więc przed dom i zobaczyliśmy, że drogą jedzie bardzo dużo pojazdów wojskowych i autobusów. Nie wiedzieliśmy o co chodzi, a w radiu i telewizji była cisza. Nikt nic o tym nie mówił.

1 maja nasz teatr miał duży koncert w centralnym parku Kijowa. To było duże święto, przyszło wiele osób. My wydurnialiśmy się na scenie i nikt nic nie mówił. 9 maja było podobnie. Dopiero po 9 maja, gdy te wszystkie święta narodowe minęły, w radiu zaczęli mówić o tym, co się stało. Dopiero wtedy się dowiedzieliśmy. Moja matka natychmiast wysłała mnie nad morze do miasta Gagra w Gruzji. Wróciłam do domu pod koniec maja.

Tomasz Róg: A kto Pani powiedział o powadze sytuacji i zaproponował wyjazd?

Do mnie zadzwonił właśnie brat męża Włodek i zapytał mnie wprost, czy chciałabym tam pojechać. Opowiadał, że jest tam bardzo trudna sytuacja i osoby pracujące na miejscu potrzebują pomocy – psychologicznego i emocjonalnego wsparcia. Prawie natychmiast powstała sztuka pt. „Autografy z ognia”. Włodek napisał do niej scenariusz na podstawie pierwszych materiałów z gazet. Ta nasza opowieść była podzielona na sceny symbolizujące pewne etapy. Najpierw spokój, potem wyjazd do likwidacji skutków awarii, a na końcu oczekiwanie kobiety na powrót ukochanego z Zony. Ja jestem zwykłym człowiekiem, któremu powiedziano, że trzeba to zrobić, więc to zrobiłam. Miałam wtedy 20 lat.

Do mnie zadzwonił właśnie brat męża Włodek i zapytał mnie wprost, czy chciałabym tam pojechać. Opowiadał, że jest tam bardzo trudna sytuacja i osoby pracujące na miejscu potrzebują pomocy – psychologicznego i emocjonalnego wsparcia. Prawie natychmiast powstała sztuka pt. „Autografy z ognia”.

Stanisław Adamski: A kiedy Pani tam po raz pierwszy pojechała?

Ja tam pojechałam po raz pierwszy właśnie pod koniec maja. Wcześniej jeździli tam już mój mąż, wtedy jeszcze narzeczony, i jego brat. Po raz pojechali tam 10 lub 15 maja. Aby wjechać do Zony, musieliśmy mieć specjalne przepustki, na których napisane były nasze imiona i nazwiska, a także informacje o tym, od kiedy do kiedy możemy tam przebywać. Jeździliśmy dużym autobusem, w którym wieźliśmy wszystkie swoje instrumenty, a także scenografię i kostiumy.

W rejonie Czarnobyla było wiele ośrodków wypoczynkowych. Gdy ewakuowano stamtąd ludzi, to w tych miejscach zrobiono obozy wojskowe dla likwidatorów. My kursowaliśmy między tymi punktami i dawaliśmy koncerty. Jeździliśmy tam od piątku do niedzieli. Zawsze na noc musieliśmy wyjechać z Zony i wrócić do Kijowa.

Dodam, że pierwszy raz w tamtym rejonie byłam na miesiąc przed awarią – w marcu. W Prypeci wraz z całym teatrem graliśmy specjalny spektakl na pożegnanie wiosny.

Tomasz Róg: To ja zapytam jeszcze o Pani mamę, która na wieść o katastrofie natychmiast wysłała Panią nad morze do Gruzji. Wraca Pani do Kijowa i tak po prostu oświadcza swojej matce, że wyjeżdża Pani do Czarnobyla?

To była bardzo zła sytuacja. Były niesamowite awantury. Matka, jak tylko dowiedziała się o tym pomyśle, powiedziała, że pojadę do Czarnobyla ale dopiero po jej trupie. Słaniała się na podłodze i krzyczała: „Ja Ciebie nie puszczę!”. Ja wtedy biłam się w piersi i krzyczałam, że to mój obowiązek pojechać i ratować ludzi. Mówiłam: „Mamo, ja przez Ciebie przestąpię i pojadę, bo jestem komsomołką, komunistką!” Tak to wyglądało i zaczęłam po prostu jeździć.

My tak wtedy byliśmy wychowani w Związku Radzieckim, że jak ktoś wzywa na pomoc, to trzeba mu pomóc. Ojczyzna powiedziała, że trzeba pomóc, to trzeba i koniec. Nam powiedziano, że tam służą i giną ludzie, i że pracującym na miejscu potrzebny jest jakiś odskok od rzeczywistości, że oni potrzebują choćby maleńkiego okienka normalnego życia. A ich praca była bardzo ciężka – rano wyjeżdżali do swoich zadań i wieczorem wracali do obozów. Nie mieli żadnych zabaw i rozrywek.

Tomasz Róg: Rozumiem kwestię pomocy, ale nie bała się Pani? Nikt nie tłumaczył, czym jest ta cała radioaktywność?

Nikt nic nie tłumaczył, a ja się nad tym nie zastanawiałam. Byłam młoda i być może głupia. Po prostu powiedzieli nam: „Trzeba!” i koniec.

Stanisław Adamski: Gdy przyjeżdżała Pani do Zony, to jakie emocje kołatały w Pani w sercu?

Kiedy zaczęliśmy tam jeździć, to mnie najbardziej przerażała pustka. Wszystko kwitnie, wszystko rośnie, a tu cisza. Widziałam podwórka, budynki z pootwieranymi oknami i zasłonkami wiejącymi na wietrze, ale nie było nikogo. Tylko cisza. W tych wsiach i miasteczkach nie było ludzi i to przerażało najbardziej. Dopiero gdy dojeżdżaliśmy do obozów wojskowych, wtedy zaczęli się pojawiać jacyś ludzie.

Kiedy zaczęliśmy tam jeździć, to mnie najbardziej przerażała pustka. Wszystko kwitnie, wszystko rośnie, a tu cisza. Widziałam podwórka, budynki z pootwieranymi oknami i zasłonkami wiejącymi na wietrze, ale nie było nikogo.

Tomasz Róg: A jak długo Pani tam jeździła i występowała?

Jeździłam od maja 1986 r. 16 października wzięłam ślub. Wkrótce potem okazało się, że jestem w ciąży. Ostatni raz tam byłam w grudniu.

Tomasz Róg: Gdy okazało się, że jest Pani w ciąży, lekarze kategorycznie zabronili wyjazdów do Zony?

To było tak, że w ogóle jak ja tam jeździłam, to wiele osób mówiło, że zwariowałam. Na początku ciąży nie odczuwałam żadnych dolegliwości, więc jeździłam normalnie. Gdy zaczęłam się dziwnie czuć, to poszłam do lekarza i dopiero wtedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Wtedy przestałam jeździć.

Tomasz Róg: Ale grupa teatralna jeździła dalej?

Tak.

Stanisław Adamski: A kiedy przestali jeździć?

Nie pamiętam dokładnie, ale chyba jeździli do wiosny 1988 r. Powiem Panom jednak więcej. Byliśmy pierwszym zespołem, który zaczął tam jeździć z koncertami. To właśnie my otworzyliśmy drzwi dla wyjazdów artystów do Zony. Pamiętam, że dopiero później zaczęli jeździć tam inni artyści z Ukrainy, ale i z Białorusi czy Rosji.

Byliśmy pierwszym zespołem, który zaczął tam jeździć z koncertami. To właśnie my otworzyliśmy drzwi dla wyjazdów artystów do Zony. Pamiętam, że dopiero później zaczęli jeździć tam inni artyści z Ukrainy, ale i z Białorusi czy Rosji.

Stanisław Adamski: Nawet Ałła Pugaczowa tam dojeżdżała.

To prawda, ale to my byliśmy pierwsi.

Stanisław Adamski: A potrafi Pani oszacować ile mniej więcej artystów tam jeździło?

Niestety nie. Pamiętam tylko, że nasze wyjazdy odbywały się za pośrednictwem peczerskiego komitetu rejonowego partii komunistycznej. Byliśmy przypisani właśnie do tego komitetu, bo w tej części Kijowa była siedziba teatru. Tam był taka pani Gajewaja, która robiła te wyjazdy i nas zapraszała, i z nami jeździła. Później zaczęli jeździć inni.

Tomasz Róg: A jaki program prezentowaliście?

Był spektakl „Autografy z ognia”, był spektakl o Włodzimierzu Wysockim pt. „Gdzie twoje 17 lat?”, był także program ze zbiorem tekstów kabareciarza Arkadija Rajkina. Wszystkie scenariusze pisał Włodek.

Tomasz Róg: A jak liczna była państwa grupa? 

Ja jeździłam cały czas do grudnia, jeździły też inne dziewczyny. Ogólnie to było osiem osób.

Tomasz Róg: A z jakimi sytuacjami jako artyści spotykaliście się państwo w Zonie?

Jak już opowiadałam, jeździliśmy dużym autobusem. Pewnego razu zbierało się na deszcz, więc nie pozwolono nam opuścić autobusu. Mój małżonek śpiewał więc piosenki stojąc na stopniach wejściowych autobusu. Inna historia jest taka, że kiedyś też graliśmy spektakl „Autografy z ognia”. Było po deszczu, a ja miałam na sobie szpilki, która błyskawicznie wbijały się w mokrą ziemię i nie mogłam chodzić. Zdjęłam więc buty i grałam na bosaka, wychodząc do żołnierzy. Po spektaklu była straszna awantura.

Tomasz Róg: Zapytam jeszcze o ciążę. Oczekiwała pani dziecka, pani mąż dalej jeździł do Zony wraz z grupą teatralną. Nie miała pani żadnych obaw o zdrowie córki?  

Miałam je cały czas.

Tomasz Róg: Wiemy, że w tamtym czasie wielu lekarzy odradzało kobietom kontynuowanie ciąży i zalecało przeprowadzenie aborcji.

O aborcji nie było żadnej rozmowy. Jak tylko się dowiedziałam o tym, że jestem w ciąży, to byłam przez cały czas pod nadzorem lekarzy. Praktycznie cały czas byłam w szpitalu, a wychodziłam do domu tylko na kilkudniowe przepustki. Jak tylko urodziła się moja córka Ania, to lekarz stwierdził, że jest ona w dobrej kondycji fizycznej, a jedynie mogę się obawiać o swoje wnuki czy prawnuki. Córka urodziła swoje dzieci w Polsce – chłopca i dziewczynkę. W ich papierach zostało zapisane, że ich babcia była w Czarnobylu, a ich mama jest dzieckiem urodzonym tuż po katastrofie. Za każdym razem, kiedy moja córka chodziła na badania kontrolne USG, sprawdzano dokładnie, czy jej dzieci rozwijają się normalnie.

Jak tylko się dowiedziałam o tym, że jestem w ciąży, to byłam przez cały czas pod nadzorem lekarzy. Praktycznie cały czas byłam w szpitalu, a wychodziłam do domu tylko na kilkudniowe przepustki. Jak tylko urodziła się moja córka Ania, to lekarz stwierdził, że jest ona w dobrej kondycji fizycznej, a jedynie mogę się obawiać o swoje wnuki czy prawnuki.

Tomasz Róg: Na szczęście z córką i wnukami wszystko jest w porządku? 

Tak.

Tomasz Róg: A gdy Pani córka już podrosła i coś już wiedziała o świecie, to dopytywała o Czarnobyl? Nie wyrzucała Wam: “Drodzy rodzice, co Wy najlepszego zrobiliście!?”

Nic podobnego nie mówiła. Zawsze podkreśla, że dobrze zrobiliśmy. Dodam, że ona aż do 18 roku była pod nadzorem lekarza. Na Ukrainie do dzisiaj funkcjonuje taki program medyczny.

Tomasz Róg: A jak Państwa zdrowie?

Mąż nie żyje…. Przez Czarnobyl! Witek nie żyje już pięć lat, a pierwsze symptomy pojawiły się osiem lat temu. Zaczęły go boleć i drętwieć palce u stóp. Jeszcze do tego miał cukrzycę, więc postawiono mu nieprawidłową diagnozę. Lekarze leczyli a nie było żadnego skutku. Poszłam więc do naszego lekarza pierwszego kontaktu – do pani doktor, która bardzo dobrze zna naszą rodzinę. Opowiedziałam o tym, że nie ma żadnej poprawy, więc pani doktor wypisała skierowanie do neurologa. Neurolog natychmiast wypisał skierowanie do Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Choroba bardzo szybko się rozwijała, a na poszczególne badania trzeba było czekać. Lekarze neurolodzy niczego ze swojej specjalizacji nie znaleźli, więc mój mąż został skierowany do lekarzy zajmujących się szpikiem kostnym.

Stanisław Adamski: A podejrzewaliście Państwo, że ta choroba może mieć związek z Czarnobylem? Mówiliście o tym lekarzom?

Tak, to było zaznaczone we wszystkich dokumentach. Specjaliści pobrali szpik i niby wszystko było w porządku, ale już wtedy było za późno. Mąż zmarł 14 lutego 2014 r. Potem przyszła moja choroba – rak. Bardzo dziękuję lekarzom ze szpitala im. Jana Pawła II za to, że zrobili naprawdę wszystko i mnie wyciągnęli z tego.

Tomasz Róg: A jako osoby jeżdżące do Zony z grupą teatralną otrzymaliście Państwo status osób poszkodowanych przez Czarnobyl lub likwidatorów?

Oboje z mężem otrzymaliśmy status likwidatorów. To było w 1987 lub 1988 r.

Tomasz Róg: Z kart historii wiemy, że już w niepodległej Ukrainie rozpoczęłą się kontrola nadanych uprawnień i wielu osobom po prostu odebrano legitymacje likwidatorów.

Tak było i mnie również odebrano tę legitymację. Jednak mój małżonek i jego brat mozolnie zbierali wszystkie dokumenty, zaświadczenia od wojskowych i udowodnili, że ja tam byłam. Ja mając nawet te dwadzieścia kilka lat wyglądałam jak dziecko i jak wchodziłam do urzędów, to wszyscy myśleli, że kłamię. Witek i Włodek chodzili po wszystkich urzędach i udowodnili, że tam jeździłam.

Stanisław Adamski: Rzeczywiście bardzo młodo Pani wygląda na archiwalnych zdjęciach.

Dlatego nikt nie mógł w to uwierzyć, że tam jeździłam. Pamiętam taką historię, że pewno razu Włodek poszedł do urzędu i jakaś baba mu powiedziała: „Pan chce ze swojej żony zrobić likwidatora!”. On odparł: „Po pierwsze, to nie jest moja żona. Po drugie, to żona moja brata i jeździła do Zony. Oto zdjęcia i wszystkie dokumenty”. Odpowiedź pani z urzędu: „Ona wygląda bardzo młodo. Ona nie mogła tam jeździć!”. Witek i Włodek już krzycząc i przeklinając udowodnili, że byłam w Zonie. Później nawet dwa medale dostałam za służbę w Czarnobylu.

Ja mając nawet te dwadzieścia kilka lat wyglądałam jak dziecko i jak wchodziłam do urzędów, to wszyscy myśleli, że kłamię. (…) „Ona wygląda bardzo młodo. Ona nie mogła tam jeździć!”. Witek i Włodek już krzycząc i przeklinając udowodnili, że byłam w Zonie. Później nawet dwa medale dostałam za służbę w Czarnobylu.

Tomasz Róg: A jak zrodził się pomysł przyjazdu do Krakowa?

Po raz pierwszy przyjechaliśmy na zaproszenie Miriam Aleksandrowicz. Ona jest przyjaciółką teatru Zwierciadło.

Tomasz Róg: A ja dodam, że także jedną z najbardziej znanych osób w Polsce, która zajmuje się dubbingiem.

Miriam Aleksandrowicz zaprosiła nas w 1989 r. Wówczas na „rozpoznanie terenu” przyjechaliśmy w trójkę Włodek, Witek i ja. Miriam zaprowadziła nas do teatru Bagatela, a tam Włodek umówił się na spotkanie z Tadeuszem Kwintą.

Tomasz Róg: Znanym krakowskim aktorem…

A wtedy dyrektorem artystycznym Bagateli. On zainteresował się naszym spektaklem „Moskwa – Pietuszki” Wieniedikta Jerofiejewa. Zainteresował się nami również Piotr Skrzynecki i zaprosił cały nasz zespół – teatr już wtedy nazywał się Zwierciadło – do Piwnicy Pod Baranami na gościnne występy. Gdy przyjechaliśmy do Krakowa wraz z całym teatrem, to już nie chcieliśmy stąd wyjeżdżać. W dzień graliśmy pod wieżą ratuszową na Rynku Głównym, a wieczorem w restauracji Artura Wrońskiego na ul. św. Anny dawaliśmy koncerty kabaretowe, które nazywały się „Rosyjski samowar”. Zaprosiła nas do siebie także Teresa Adamczyk z restauracji Ariel na Kazimierzu, gdzie później pracowaliśmy przez osiem lat. Zadomowiliśmy się. Wszyscy członkowie teatru przywieźli do Polski swoje żony. Po pewnym czasie brat mojego męża wrócił do Kijowa i tam prowadzi do dziś teatr Zwierciadło. Mój mąż prowadził krakowską filię tego teatru.

Tomasz Róg: Córkę, która urodziła się na Ukrainie, również sprowadziliście do Polski?

Tak. Jak się sprowadziliśmy, to córka miała sześć lat. Na początku mieszkaliśmy w domu studenckim Żaczek. Ona wtedy bawiła się z dziećmi dyrektora tego domu i już po miesiącu znała język polski. Córka obecnie mieszka w Warszawie. Mój syn urodził się już w Polsce i mieszka ze mną w Krakowie.

Stanisław Adamski: A tak z ciekawości się dopytam. Czy Pani syn również miał status osoby poszkodowanej po awarii w Czarnobylu?

Tak. Posiadał ten status na Ukrainie do osiągnięcia 18 roku życia. Dodam, że chociaż on jest obywatelem Ukrainy, to przez 22 lata swojego życia, był tam tylko pięć razy. Jak był malutki i tam jeździliśmy, to on zawsze po tygodniu krzyczał: „Mamo, chcę do domu! Chcę do Polski!”. On tu w Krakowie chodził do przedszkola, do szkoły podstawowej, do gimnazjum i liceum. Tu jest jego dom.

Tomasz Róg: Wiem, żę to może być trudne pytanie, ale gdyby miała Pani popatrzeć na te wszystkie lata i swoją historię, to z czym kojarzy się Pani nazwa Czarnobyl?

Czuję ból. Nawet napisałam to na Facebooku, że nie zostaje złość, nie zostaje rozpacz, ale po prostu ogromny ból, bo przecież można było to zrobić inaczej. Władze milczały i tak naprawdę nikt nie wiedział, o co z tym wszystkim chodzi. To jakby walczyć z wrogiem, którego nie widać. My tam przyjeżdżaliśmy i się wydurnialiśmy, i nam też nikt nic nie mówił. Jest znak „Uwaga, radiacja!”, a my obok robimy zdjęcia, wiszą jabłka na drzewach, a my je jemy. Dlaczego jakiś wojskowy nie podszedł i nie uderzył mnie po rękach: „Co Ty robisz dziewczyno!? Przestań to jeść!”. Ale nic takiego nie było, a my o tym nie myśleliśmy.

Przyznam, że jak już córka była na świecie, to się wtedy wraz z mężem wystraszyliśmy. Dodam też, że tylko ja i mój małżonek złapaliśmy te choroby, i tylko Witek zmarł. Często zastanawiam się nad tym, dlaczego inni żyją, a on już nie.

Nie było odpowiedniej informacji. Nie było także odpowiedniego wyposażenia. Weźmy choćby tę historię, kiedy trzech chłopaków musiało otworzyć zawór w wodzie pod reaktorem. Mieli tylko maski i kombinezony. Poszli na śmierć. To sytuacja podobna jak w Afganistanie. Wysyłali chłopaków, by walczyli. Ale czym? W adidasach? Nie było nic. W Czarnobylu dopiero gdy najwyższe władze dowiedziały się o tym, co robią ludzie tam na miejscu, zaczęły odpowiednio informować naród. Dopiero wtedy pojawili się lekarze, przygotowano szpitale i zaczęło działać szybko.

Czuję ból. Nawet napisałam to na Facebooku, że nie zostaje złość, nie zostaje rozpacz, ale po prostu ogromny ból, bo przecież można było to zrobić inaczej. Władze milczały i tak naprawdę nikt nie wiedział, o co z tym wszystkim chodzi. To jakby walczyć z wrogiem, którego nie widać. My tam przyjeżdżaliśmy i się wydurnialiśmy, i nam też nikt nic nie mówił.

Tomasz Róg: A jak Ukraina poradziłą sobie z awarią w Czarnobylu?

Mój sąsiad z Kijowa, który aż do śmierci pracował w Zonie, mówił, że wszystko co nam mówią o Czarnobylu to kłamstwo. Mówił, że władze nas okłamują, bo promieniowanie cały czas tam jest – może nie w takim stopniu, w jakim było w 1986 r., ale cały czas jest, a przez ten czas wszyscy się do niego przyzwyczaili.

Stanisław Adamski: A czy teraz, po tych 33 latach wróciłaby pani do Zony?

Ja bym tam już nigdy nie pojechała. Mam za dużo wspomnień.

Tomasz Róg: A gdyby Pani córka lub syn powiedzieli: „Mamo, chcę tam pojechać”, to co by im Pani odparła?

Powiedziałabym, żeby pojechali i zobaczyli jak to wygląda. Z tego co słyszałam, to Zona zaczyna już jakoś funkcjonować i przyjeżdżają tam ludzie.

Stanisław Adamski. W ubiegłym roku Strefę odwiedziło ponad 60 tysięcy turystów.

Dla mnie Zona nie jest i nie powinna być rozrywką. Jeśli chodzi o osoby, które tam jeżdżą na wycieczki, to uważam, że na wycieczkę można jechać nad morze lub w góry, ale nie do Zony. Co wyniesie osoba, która pojedzie tam tylko na wycieczkę? Tam się za dużo działo i tam za dużo ludzi zginęło. To niemoralne teraz robić coś takiego.

Dla mnie Zona nie jest i nie powinna być rozrywką. Jeśli chodzi o osoby, które tam jeżdżą na wycieczki, to uważam, że na wycieczkę można jechać nad morze lub w góry, ale nie do Zony.

Tomasz Róg: A naukowcy?

Naukowcy jak najbardziej muszą tam cały czas pracować i badać to miejsce. Do dziś nie wiemy wielu rzeczy, które się w nim dzieją. Uważam, że specjaliści muszą to robić, aby ochronić innych ludzi na przyszłość.

Tomasz Róg: W każdej sytuacji człowiek musi się jakoś odnaleźć, a życie ma wiele odcieni – nie tylko tych szarych. Czy ma pani jakieś wspomnienie związane z Czarnobylem, przy którym się pani uśmiecha?  

Tak. Jak widziałam żołnierzy, którzy płakali w momencie, kiedy dla nich grałam, to było niesamowite. To były duże chłopy, „konie”, a kiedy kończysz swój występ, oni przytulają cię nie tak po prostu, ale przytulają cię tak, jakbyś była dla nich wszystkim – matką, siostrą, córką, kochanką. Wszystkim. To był Związek Radziecki i do pracy w Czarnobylu zgonili żołnierzy ze wszystkich republik. Nie było wtedy żadnych podziałów w stylu, że „Ty jesteś Ukraińcem, a ja jestem Rosjaninem”. Wszyscy byli równi. Do dziś pamiętam ich twarze. Co więcej, wtedy wystarczyło powiedzieć: „Ja chcę!”, a oni by odpowiedzieli: „To masz!”. Oni byli szczęśliwi po naszych koncertach i na nas czekali. Od razu dopytywali, kiedy do nich wrócimy. Byliśmy dla nich łącznikiem ze światem zewnętrznym. Wszyscy byliśmy powiązani – oni, my i życie poza Zoną. Przywoziliśmy im stosy gazet i książek, a także różne anegdoty i historie.

Oni byli szczęśliwi po naszych koncertach i na nas czekali. Od razu dopytywali, kiedy do nich wrócimy. Byliśmy dla nich łącznikiem ze światem zewnętrznym. Wszyscy byliśmy powiązani – oni, my i życie poza Zoną.

Tomasz Róg: A teraz, już kończąc naszą rozmowę, czego możemy Pani życzyć? Zdrowia, to jasne! Co jeszcze?

Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia. Często mówię: „Boże, daj mi zdrowie, to ja jeszcze góry przeniosę!’.

Tomasz Róg: Życzymy więc mnóstwo zdrowia.

Stanisław Adamski: I dziękujemy serdecznie za rozmowę.

Dziękuję bardzo.


Rozmowę zarejestrowano w kwietniu 2019 r. w Krakowie. Jej przeprowadzenie było możliwe dzięki współpracy grupy Czarnobylcy i serwisu Licznik Geigera.