Paweł Sekuła: Czarnobyl osłabił gospodarczo i propagandowo Związek Sowiecki

– Biorąc pod uwagę cały kontekst, myślę że nie byłoby Czarnobyla bez pierestrojki. To pewne. Z drugiej jednak strony, gdyby nie Czarnobyl to konsekwencje pierestrojki nie byłyby tak dalekosiężne i wielostronne (…) Wiatr z czarnobylskiego reaktora zaczął dąć w żagle pierestrojki i zaprowadził statek z napisem „Pierestrojka” tam, gdzie jego sternik, czyli Michaił Gorbaczow, nie chciał. Ona – mówią wprost – wyrwała się spod kontroli – mówi w rozmowie z Licznikiem Geigera dr Paweł Sekuła z Katedry Ukrainoznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Autor publikacji pt. „Czarnobyl. Społeczno-gospodarcze, polityczne i kulturowe konsekwencje katastrofy jądrowej dla Ukrainy” stwierdza, że Czarnobyl uświadomił mieszkańcom republik sowieckich ich status kolonialny, że tak naprawdę oni o niczym nie decydują, a o wszystkim decydowała Moskwa. Dodaje, że dla niego osobiście Strefa Alienacji jest przede wszystkim miejscem tragedii i „tam, gdzie oczekiwalibyśmy raczej powagi, pojawia się turystyczna beztroska.”

Tomasz Róg: Zacznę od pytania podstawowego, bo każdy mój rozmówca ma różne doświadczenia związane z nazwą Czarnobyl. Co dla Pana Doktora oznacza to słowo?

Dr Paweł Sekuła: W moim przypadku Czarnobyl narodził się z pasji, a ta pasja pojawiła się jeszcze w dzieciństwie. Jak pan wie, w latach 90. ubiegłego wieku organizowano dla dzieci poszkodowanych w rezultacie katastrofy wycieczki i kolonie w różnych państwach świata – od Kuby po Gruzję.

Do Polski też przyjeżdżali. Czytałem kiedyś artykuł z tygodnika “Przekrój” o kolonii w Kamiannej koło Nowego Sącza połączonej z kuracją propolisowo-miodową.

Wziąłem udział w podobnym wyjeździe. Chodziło o to, by te dzieci z Białorusi i Ukrainy nie były same, izolowane, tylko aby integrowały się z dziećmi z Polski. To był mój pierwszy kontakt z Czarnobylem. Wtedy wiedziałem tylko, że są to dzieci z okolic Czarnobyla, że one chorują i rzeczywiście tak było. Bardzo wiele z nich miało problemy ze wzrokiem. Jak się później dowiedziałem, jest to jeden z objawów oddziaływania promieniowania jonizującego. Już w życiu dorosłym wróciłem do tej tematyki na studiach ukrainoznawczych.

A skąd pojawiła się idea takiego kierunku studiów?

Na początku wybrałem studia historyczne. Po ich ukończeniu zdecydowałem się na studia ukrainoznawcze. Podczas pierwszych studiów zainteresowałem się polskimi Kresami Wschodnimi w historii, kulturze i świadomości Polaków. Gdzieś poprzez tę tematykę zainteresowałem się również historią Ukrainy, a później przyszedł czas na Czarnobyl. Zaczęły się pierwsze wyjazdy na Ukrainę, m.in. do Sławutycza. Organizowaliśmy studenckie sympozja naukowe o katastrofie. Jednak ciężko jest mi wskazać moment, w którym zaangażowałem się mocno w ten temat.

Jednak pomysł na pracę naukową, że musi ona dotyczyć Czarnobyla, przyszedł dość łatwo?

Tak. To oczywiście krystalizowało się w procesie studiów doktoranckich. To był proces. Dla mnie Czarnobyl będzie przede wszystkim miejscem tragedii. Dopiero gdzieś później są te inne aspekty. Nie tylko ze względu na te pierwsze wrażenia, ale też ze względu na fakty, o których się dowiedziałem w trakcie badań.

Jest Pan Doktor autorem książki “Czarnobyl. Społeczno-gospodarcze, polityczne i kulturowe konsekwencje katastrofy jądrowej dla Ukrainy”. To bardzo szerokie pojęcie…

To prawda, zbyt szerokie jak na jedną publikację – w tym sensie, że nie można wyczerpać tematu. Dlatego obecnie pracuję nad monografią poświęconą katastrofie wyłącznie w kontekście reakcji społeczeństwa ukraińskiego i niepodległościowych władz Ukrainy na nią.

Dla mnie Czarnobyl będzie przede wszystkim miejscem tragedii. Dopiero gdzieś później są te inne aspekty.

Mówi Pan Doktor, że jest to miejsce tragedii. Która konsekwencja tej awarii miała największy wpływ na późniejszą historię Ukrainy, Europy czy też świata?

Mówi się, że w miarę likwidowania, czy też raczej minimalizowania skutków ekologicznych i gospodarczych katastrofy jednocześnie następuje proces pogłębiania jej skutków psychologicznych. Dla mnie jako historyka i kulturoznawcy szczególnie ważny był wymiar społeczny Czarnobyla w procesie uświadamiania narodowościowego Ukraińców pod koniec lat 80. Zresztą o tym jest jeden z rozdziałów mojej książki. Czarnobyl był impulsem do powstania różnych organizacji – początkowo to były organizacje ekologiczne, tzw. “zielonych”. Było to jednak coś innego niż powstałe kilka dekad wcześniej ruchy ekologiczne na Zachodzie, które wyrosły ze środowiska amerykańskiej kontrkultury. Co istotne i nie jest to żadną tajemnicą, wiele z tych organizacji ekologicznych było jeśli nie zakładanych to współfinansowanych przez Związek Sowiecki. Cechą charakterystyczna wielu z nich była pewna lewicowość. Ruchy te krytykowały społeczeństwa zachodnie, ich kulturę, rozbuchany konsumpcjonizm, dewastowanie środowiska naturalnego i tak dalej. Tymczasem w byłych republikach Związku Sowieckiego – na Białorusi i Ukrainie – te ruchy ekologiczne miały zupełnie inne priorytety. Były to ruchy w dużej mierze niepodległościowe. Oczywiście nie od razu mogły one eksponować swoje hasła i ujawnić prawdziwe cele. Początkowo chowały się za hasłami pierestrojki, bo tylko tak mogły legalnie istnieć, przeprowadzać demonstracje, przypominać o kolejnych rocznicach wybuchu w Czarnobylu itd. Trudno im też było krytykować społeczeństwo sowieckie za rozbuchany konsumpcjonizm w momencie, kiedy życie dotkniętych pauperyzacją przeciętnych rodzin było na bardzo niskim poziomie. Ruchy ekologiczne to był pierwszy impuls. Później powstawały organizacje jawnie opozycyjne wobec władzy, demokratyczne, społeczne i kulturologiczne. W krajach bałtyckich była to przede wszystkim Łotwa i organizacja Helsinki’86 – ta organizacja jako pierwsza “podważała” wartości, które były promowane w Związku Sowieckim. Później dołączyła Estonia – i przejęła rolę lidera – oraz Litwa. Jeśli chodzi o Ukrainę to w pierwszej kolejności należy wymienić organizację ekologiczną Zielony Świat.

Dla mnie jako historyka i kulturoznawcy szczególnie ważny był wymiar społeczny Czarnobyla w procesie uświadamiania narodowościowego Ukraińców pod koniec lat 80.

A mówiąc o systemie, w którym doszło do awarii w Czarnobylu, to czy ciąg przyczynowo-skutkowy, że to system doprowadził do Czarnobyla, a w konsekwencji Czarnobyl doprowadził do upadku systemu, jest prawdziwy? Czy też może to zbyt duże uogólnienie całej sytuacji?

Wybuch reaktora w Czarnobylu to już okres pierestrojki. Musimy być tego świadomi.

Jednak budowa elektrowni to jeszcze lata 70. i początek lat 80., a co za tym idzie związane z tym okresem myślenie: “To nie ważne, że nie mamy odpowiednich materiałów, ale musimy wypełnić plan, wręcz go wyprzedzić i wybudować jak najszybciej elektrownię jądrową ku chwale ZSRR”.

Pierestrojka, czyli przebudowa, miała to zmienić. Oczywiście ona nie miała wprowadzać kapitalizmu, czy też reform demokratycznych w Związku Sowieckim, ale tak naprawdę tylko uratować system. Biorąc pod uwagę cały kontekst, myślę jednak że nie byłoby Czarnobyla bez pierestrojki. To pewne. Z drugiej jednak strony, gdyby nie Czarnobyl to konsekwencje pierestrojki nie byłyby tak dalekosiężne i wielostronne. Mimo wszystko jestem przekonany, że gdyby katastrofa nie wydarzyła się w europejskiej części ZSRS (przy bardzo niefortunnych dla komunistów warunkach meteorologicznych), to być może bylibyśmy świadkami udanej próby całkowitego zatajenia wypadku przed międzynarodową opinią publiczną (albo przynajmniej większości jej aspektów), jak to miało miejsce w Kysztymie w 1957 roku. Wtedy też była fala pochruszczowowskiej odwilży, destalinizacji, a jednak świat dowiedział się o wypadku dopiero po upływie kilku dekad.

Musieli zmierzyć się z tematem, który w każdym aspekcie ich przerastał.

Tak. Wiatr z czarnobylskiego reaktora zaczął dąć w żagle pierestrojki i zaprowadził statek z napisem “Pierestrojka”, tam gdzie jego sternik, czyli Michaił Gorbaczow, nie chciał. Ona – mówiąc wprost – wyrwała się spod kontroli. Czarnobyl odegrał bardzo ważną rolę na fali pierestrojki, czyli uświadamiania społeczeństwu fatalnej polityki państwa sowieckiego, a właściwie jej braku w kwestiach gospodarczych i ekologicznych. . W tamtym okresie zaczęto mówić nie tylko o Czarnobylu, ale też o innych katastrofach ekologicznych.

Czarnobyl uświadomił mieszkańcom republik sowieckich ich status kolonialny, że tak naprawdę oni o niczym nie decydowali, a o wszystkim decydowała Moskwa. Chodzi tu o różnorakie konsekwencje wynikające z tego statusu kolonialnego, czyli nie tylko dewastacyjną politykę gospodarczą, ale także sowietyzację kultury. To był impuls i pewnie dlatego niektórzy ukraińscy publicyści i naukowcy zaczęli używać pojęcia “ukrainizacji Czarnobyla”. Ten Czarnobyl z takiej ogólnosowieckiej katastrofy stał się sprawą ukraińską, tzn. Ukraińcy bardzo silnie tę katastrofę odbierają jako swoją własną. Swego czasu ukraińska poetka Lina Kostenko pisała, że “na świecie jest wiele katastrof, ale tylko naszą, ukraińską, uważają za globalną”.

Czarnobyl był jednym z elementów, który osłabił gospodarczo i propagandowo Związek Sowiecki. Trudno jednak powiedzieć, że te demokratyczne ruchy i fronty, które powstały, wywalczyły niepodległość. Na to złożyło się kilka wydarzeń. Jeżeli nawet nie zgodzimy się z Serhijem Jekelczukiem, że powstanie niepodległego państwa ukraińskiego było efektem ubocznym rozpadu Związku Sowieckiego, to jak trafnie zauważył ukraiński historyk Jarosław Hrycak – każda z 15 republik sowieckich latem 1991 r. uzyskała niepodległość bez względu na poziom aktywności politycznej. Moim zdaniem prawdziwy sprawdzian dla tych ruchów nadszedł, gdy dane republiki stały się już oficjalnie niepodległymi państwami. A rezultaty tego sprawdzianu, jak Pan wie, były różne.

Czarnobyl z takiej ogólnosowieckiej katastrofy stał się sprawą ukraińską, tzn. Ukraińcy bardzo silnie tę katastrofę odbierają jako swoją własną. Swego czasu ukraińska poetka Lina Kostenko pisała, że “na świecie jest wiele katastrof, ale tylko naszą, ukraińską, uważają za globalną”.

A jak teraz Ukraina radzi sobie z problemem Czarnobyla?

Jest bardzo wiele aspektów. Po pierwsze, bardzo wyraźnie widać postępujący proces kapitalizacji Czarnobyla, czyli traktowanie tego miejsca jako marki, produktu, który można bardzo dobrze sprzedać i zarobić niemałe pieniądze.

Jeśli liczbę 38 tysięcy osób wizytujących Zonę w 2016 r. pomnożymy przez co najmniej kilkadziesiąt dolarów, to robi się z tego spora suma.

Ale nie tylko. Proszę mi podać choćby jedną poważną inwestycję na terytorium Czarnobylskiej Strefy Alienacji, która została zakończona terminowo? Często pojawiają się głosy, że ukraińskim władzom nie zależało też na terminowym ukończeniu słynnej „arki”. Wiele osób traktuje nasunięcie tej konstrukcji na zniszczony reaktor jako prawie zakończony proces likwidacji skutków katastrofy, a tymczasem chyba nie jesteśmy nawet na półmetku. Trzeba jeszcze rozebrać stary sarkofag, zabezpieczyć paliwo z reaktora i wykonać wiele innych przedsięwzięć, więc tak naprawdę to jest tylko jeden z kolejnych etapów. Tak samo jak jednym z etapów było zamknięcie ostatniego czynnego reaktora w grudniu 2000 r.

Czarnobylska elektrownia jądrowa to trochę taki teatr absurdu.

Chodzi o to, że zmieniają się rządy na Ukrainie, przychodzą różne, kolejne rewolucje, zmienia się prezydent, a mechanizmy korupcyjne działają tak samo. Możemy polemizować, jak bardzo zmieniła się mentalność Ukraińców i ich podejście do odpowiedzialności w ciągu 25 lat niepodległości, ale „w Czarnobylu” te zmiany nie są zbyt widoczne. Z przykrością konstatuję, iż obecna ekipa rządowa, podobnie jak prawie wszystkie poprzednie, wykazuje prawdziwie sowieckie podejście do czarnobylskich problemów. W 2014 r. ówczesny premier Ukrainy Arsenij Jaceniuk podczas wizyty w Czarnobylu określił panujące tam porządki mianem sowieckich, jednak przeprowadzone zmiany w najmniejszym stopniu nie poprawiły jakości funkcjonowania zamkniętej strefy. Najlepszym przykładem wszechobecnej korupcji są inwestycje na terenie Strefy Alienacji. Żadna z nich nie została oddana w terminie. Te opóźnienia sięgają od kilku do kilkunastu lat. Powstaje zatem pytanie, w czym tkwi problem? Było kilka skandali związanych z budową poszczególnych obiektów i w zasadzie zawsze chodziło o to samo – aby przedłużyć termin budowy, otrzymać dodatkowe środki z instytucji międzynarodowych i budować dalej. Zresztą w niektóre z tych afer były zamieszane także firmy zachodnie, np. niemiecka firma Nukem. Gwoli badawczej rzetelności wypada dodać, iż w ostatnich kilku latach udało się oddać do eksploatacji przynajmniej kilka ważnych obiektów, oczywiście z opóźnieniem. Z drugiej strony obserwujemy silną komercjalizację pamięci o katastrofie i wycieczki do Czarnobyla są tego najbardziej widocznym wyrazem.

Możemy polemizować, jak bardzo zmieniła się mentalność Ukraińców i ich podejście do odpowiedzialności w ciągu 25 lat niepodległości, ale „w Czarnobylu” te zmiany nie są zbyt widoczne. Z przykrością konstatuję, iż obecna ekipa rządowa, podobnie jak prawie wszystkie poprzednie, wykazuje prawdziwie sowieckie podejście do czarnobylskich problemów.

Właśnie. Jak Pan Doktor się na to zapatruje? Ludzie powinni poznawać historię Czarnobyla w trakcie takich wycieczek, czy też taka wyprawa to zbyt duże ryzyko dla zdrowia i życia?

Nie mam nic przeciwko organizowaniu wycieczek do Czarnobyla, ale nie w takiej formie. Niestety tam, gdzie oczekiwalibyśmy raczej powagi, pojawia się turystyczna beztroska.

Czyli?

To kwestia świadomości i wrażliwości. Trudno zakazywać wycieczek do Czarnobyla, przecież są też wycieczki do nazistowskich obozów koncentracyjnych na terenie Polski. Jest to jednak poznanie historii – ma to cel edukacyjny, więc ja bym też tak widział wycieczki do Czarnobyla. Chciałbym, aby opłaty za wstęp były opłatą za pracę przewodników, a nie były one tylko zarabianiem na tej tragedii, a biorąc pod uwagę, jakie kwoty płacą zachodni turyści, możemy przypuszczać, że tak właśnie jest. Weźmy jeszcze pod uwagę sam fakt, że  potencjalny turysta z dużą ilością gotówki może sobie pozwolić w Strefie na bardzo wiele.

To tylko kwestia ceny.

Myślę, że powinno być tak jak kiedyś, gdy władze ukraińskie pozwoliły na organizowanie wyjazdów do Czarnobyla. Wtedy głównym – oficjalnie zadeklarowanym – powodem takich wypraw były właśnie walory edukacyjne.

Czyli wyjazdy naukowe.

Nie tylko. Wtedy władze ukraińskie głosiły, że takie wyjazdy mają uświadamiać społeczeństwu, co dokładnie stało się w Czarnobylu i jak wielka była to tragedia. Dodatkową wiedzę stanowiły kwestie dotyczące promieniowania jonizującego. Jednak po upływie wielu lat, od momentu, kiedy rozpoczęto komercyjne organizowanie wypraw do Strefy Alienacji, ten walor edukacyjny stał się tylko i wyłącznie listkiem figowym.

Chociaż nomenklatura pozostała, ponieważ oficjalnie o żadnej turystyce w Zonie mówić nie możemy. Używamy słów wizytacja, a o turystach mówimy osoby wizytujące.

To  taka współczesna nowomowa. Jednak są to tylko słowa-wydmuszki. Biorąc pod uwagę stopień komercjalizacji Czarnobyla i patrząc na program wycieczek lub też odwiedzin – jakkolwiek to nazwiemy – to te walory edukacyjne są dopiero na trzecim czy czwartym miejscu. To jest właśnie taki listek figowy.

Dla mnie walorem edukacyjnym jest fakt, że mogę na wyjeździe spotkać przewodnika, który w chwili awarii pracował w elektrowni lub też był likwidatorem. Jednak takich ofert nie ma zbyt dużo. Natomiast gdy spotykam 20-letnią przewodniczkę, która urodziła się już po awarii, jest studentką i to dla niej tylko w miarę dobrze płatna praca, to nie spodziewam się, abym mógł dowiedzieć się czegoś rzeczywistego o tym miejscu.

Ja zawsze powtarzam, że jeżeli już odwiedzać Strefę Alienacji to raczej z przewodnikami rosyjskojęzycznymi, bo wśród nich jest wielu entuzjastów, ludzi z ogromną wiedzą i rzeczywiście jest szansa dowiedzieć się czegoś więcej, nie tylko o samej katastrofie, ale i tematach pokrewnych. Wycieczki anglojęzyczne choć nie chciałbym generalizować w znacznie mniejszym stopniu dotykają sedna sprawy. Najlepsi są przewodnicy, którzy są stamtąd, jak np. Aleksander Sirota. Na marginesie tych rozważań warto zwrócić uwagę, iż do tej pory nie było tam organizowanych wycieczek w języku ukraińskim, proces ukrainizacji, widoczny szczególnie po pomarańczowej rewolucji i wydarzeniach z 2014 roku jakby ominął czarnobylską strefę szerokim łukiem. A gdy mowa o ukrainizacji i desowietyzacji – miasto Czarnobyl jest pewnie jedyną już miejscowością w kraju, której nie dotknął słynny Leninopad, w centrum wciąż dumnie stoi pomnik wodza Rewolucji Październikowej. Moi ukraińscy koledzy żartują, że Prawy Sektor nie miał odwagi tam pojechać.

Możemy nazwać Zonę miejscem pamięci?

Miejsce refleksji. Uważam, że to powinno być na pierwszym miejscu.

Czyli teraz bliżej temu miejscu do Disneylandu?

Zgadzam z Francesco Cataluccio, który napisał o “radioaktywnym” Disneylandzie i że jeżeli kiedyś dojdzie do takiej sytuacji, że te wszystkie budynki w końcu runą, to trzeba będzie wybudować jakieś nowe, aby coś pokazać turystom. Sam las nie jest tak atrakcyjny jak opuszczone domy, mieszkania itd. To wszystko wpisuje się w postępującą kapitalizację Czarnobyla. Mamy markę i mamy produkt, który sprzedajemy. Ten sposób myślenia o katastrofie zaczyna dominować także w podejściu władz ukraińskich do katastrofy w ogóle. Niech dopełnieniem moich słów będzie opinia jednego z ukraińskich parlamentarzystów, który ironicznie stwierdził, że gdy likwidacja skutków katastrofy czarnobylskiej dobiegnie nareszcie do końca, trzeba będzie wymyślić jakąś nową katastrofę, żeby móc zarabiać ogromne pieniądze. Zresztą, oprócz korupcji, dochodzi tam do pewnych sytuacji, które ciężko byłoby sobie wyobrazić, aby one mogły mieć miejsce w innych miejscach pamięci, np. na terenie obozów koncentracyjnych. Pewnie pan słyszał o sesjach z modelkami w wyzywających strojach w Prypeci czy też kręcenie czwartorzędnych horrorów.

Zgadzam z Francesco Cataluccio, który napisał o “radioaktywnym” Disneylandzie i że jeżeli kiedyś dojdzie do takiej sytuacji, że te wszystkie budynki w końcu runą, to trzeba będzie wybudować jakieś nowe, aby coś pokazać turystom. Sam las nie jest tak atrakcyjny jak opuszczone domy, mieszkania itd. To wszystko wpisuje się w postępującą kapitalizację Czarnobyla. Mamy markę i mamy produkt, który sprzedajemy.

Na całe szczęście horroru pt. “Czarnobyl. Reaktor strachu” nie kręcili na terenie Zony, bo ich tam nie wpuszczono.

Myślę o czwartej części “Powrotu żywych trupów”. Nie jestem specjalistą od horrorów, ale takie rzeczy nie licują z miejscem, jakim jest Czarnobyl. Dla mnie to przede wszystkim miejsce tragedii. Pamiętajmy, że nie chodzi tylko o ludność, którą wysiedlono i która do dziś odczuwa różnego rodzaju skutki tej katastrofy. To także likwidatorzy, którzy zostawili tam swoje zdrowie, a niekiedy i życie, biorąc udział w akcji minimalizacji skutków wybuchu. To miejsce wielu ludzkich tragedii, nieszczęść, a komercyjne podejście nie sprzyja uświadamianiu turystów, co tak naprawdę tam się wydarzyło. Przy czym – jeszcze raz podkreślam – wiele zależy od przewodnika. Moim zdaniem należałoby to jakoś uregulować.

Był Pan Doktor w Czarnobylu. Co Pana najbardziej poruszyło lub zastanowiło w tym miejscu?

Kiedy byłem pierwszy raz, to na pewno zdziwił mnie ten cały ruch, który się tam odbywał – ilość wycieczek, autokarów, grup wielonarodowościowych. To miało wręcz charakter pikniku  i chociaż nie zawsze tak bywa, to powstaje pytanie, co ci ludzie naprawdę wynoszą z tej Strefy?

Dużo rzeczy wynoszą…

To też. Ostatnio słyszałem o zatrzymaniu jednej osoby na lotnisku w Boryspolu koło Kijowa, która – jak się okazało – troszeczkę promieniowała. Po chwili wyjaśniło się, że ta osoba była wcześniej (zapewne nielegalnie) na terenie Zony. I znowu wracamy do problemu świadomości i odpowiedzialności. Należy poczekać na publikację kompleksowych badań dotyczących czarnobylskiego turyzmu. Jest wiele przykładów pozytywnych, ale ja na przeciwwagę mogę przytoczyć bardzo wiele przykrych i absolutnie niedopuszczalnych, których byłem świadkiem. Widoczna na miejscu dewastacja budynków, to nie tylko efekt działalności szajek złodziei i nielegalnych stalkerów. Niestety zniszczeń – oczywiście na skalę nieporównywalnie mniejszą – dokonują też legalnie odwiedzający strefę turyści, którzy zabierają do domów różne suweniry, niekiedy dokonując przy okazji małych dewastacji. Mógłbym dokładnie wskazać np. w szpitalu w Prypeci, przynajmniej część tych zniszczeń, które dokonali turyści – w obecności innych uczestników. I to jest najbardziej porażające, że osoby, które to zrobiły wcale się z tym nie kryły, nie dostrzegały w tym niczego złego – przecież i tak wszystko jest tam ruiną, a świadkowie tych zachowań najczęściej nie reagowali. A to jest kradzież, chyba warto o tym przypomnieć niektórym miłośnikom czarnobylskich artefaktów, te przedmioty nie są ich własnością. Podobnie łamanie prawa w Zonie jest podważaniem jego wiarygodności, choć człowiek jest w stanie logicznie usprawiedliwić przed sobą absolutnie każde swoje zachowanie.

Z drugiej strony, są stalkerzy, którzy za wszelką cenę próbują wejść do Zony i za to nie płacić. Stalker Staszek z Krakowa spędził w Strefie aż 33 dni.

W trakcie rozmów z młodymi ludźmi zauważyłem, że dla wielu osób przygoda zaczęła się od słynnej serii gier pt. “S.T.A.L.K.E.R”. Te osoby przyjeżdżają i często porównują kadry z gier z rzeczywistością.

To głównie osoby, których w chwili awarii jeszcze nie było na świecie.

I całkiem możliwe, że nigdy by się nie zainteresowali tym tematem, gdyby nie te gry.

Czyli nawet taka gra niesie ze sobą pewien aspekt edukacyjny. Człowiek zagra w grę, potem być może przeczyta jakiś artykuł o Czarnobylu i dojdzie do wniosku, że chce to miejsce zobaczyć na własne oczy.

I bardzo dobrze. Pod warunkiem, że będzie to ścieżka legalna. Jakiekolwiek byłoby źródło zainteresowania Strefą, to odpowiedzialność spoczywa po stronie ukraińskich instytucji, aby odpowiednio historię Czarnobyla przekazać. W tym momencie – mam takie wrażenie – walka toczy się tylko o to, kto przejmie te olbrzymie środki z turystyki. Wydaje mi się, że jeżeli w najbliższym czasie coś się zmieni, to tylko w obrębie podziału środków – co dla firm, co dla instytucji państwowych. Jednak nie widzę tutaj prób reformy tego miejsca w kierunku miejsca pamięci.

Teraz zapytam o aspekt skutków zdrowotnych. Mam pytanie, bo są dwa światy – świat naukowców, oficjalnych raportów, mówiących o około setce bezpośrednich ofiar śmiertelnych awarii. Są też gremia, które mówią o setkach tysięcy ofiar. Komu wierzyć?

Generalnie są dwa obozy, jeśli dyskutujemy o aspektach medycznych. Pierwszy jest silnie związany z ruchami ekologicznymi typu Greenpeace, itp. Drugi obóz jest związany w sposób bezpośredni lub pośredni z przemysłem jądrowym. Jest też szeroka grupa niezwiązana z żadnym z tych obozów, ale ich ocena Czarnobyla i jego skutków medycznych jest bardzo często zbieżna z oceną energetyki jądrowej. Zazwyczaj jest tak, że te osoby, które są przeciwko energetyce jądrowej mają skłonność do jak największego akcentowania tej wielkiej liczby ofiar katastrofy w Czarnobylu. I na odwrót – osoby, które są za energetyką jądrową podkreślają to, że skutki Czarnobyla zostały wyolbrzymione i tych ofiar jest np. około 120. Ja nie należę do żadnego obozu, nigdy nie byłem członkiem żadnej organizacji ekologicznej, ani nie byłem w grupie związanej z środowiskiem energetyków jądrowych, a moja ocena wydarzeń w Czarnobylu nie ma wpływu na mój stosunek do energetyki jądrowej. Zwracam przy okazji uwagę na pewien istotny aspekt. Mianowicie, bardzo często zaprasza się do mediów różne osoby, które są przedstawiane jako niezależni eksperci, a w istocie są one silnie związane z jednym z tych dwóch obozów. Wydaje mi się, że jest to nadużycie. Czy osoba zaangażowana powinna być jednocześnie niezależnym ekspertem, który ma wydać obiektywną opinię? Doprowadzanie do takich sytuacji jest co najmniej kuriozalne i wątpliwe etycznie.

Jak jest więc pańska opinia, po kwerendzie setek dokumentów i raportów, na temat skutków medycznych awarii w Czarnobylu?

Trzeba odpowiedzieć sobie na bardzo ważne pytanie, co jest tak naprawdę źródłem mitolologizacji Czarnobyla? Czy wyolbrzymianie rozmiarów katastrofy, czy wręcz przeciwnie – owa słynna radiofobia, za pomocą której próbuje się wytłumaczyć prawie każdy wzrost zachorowania wśród ludności poszkodowanej. To jest problem, o którym wielokrotnie słyszałem od lekarzy m.in. z Instytutu Medycyny Radiacyjnej Uniwersytetu Klinicznego w Rydze. Ciężko jest zidentyfikować dany przypadek, jeśli nie była to ostra choroba popromienna. Bardzo trudno jest połączyć dane zachorowanie ze skutkami Czarnobyla, bo promieniowanie nie zostawia po sobie żadnego znaku, jak ma to miejsce np. w przypadku chorób wirusowych czy bakteryjnych. W przypadku Czarnobyla chodzi o skalę zachorowań. Jeśli rówieśnicy likwidatorów mają po dwie, trzy choroby, to oni mają ich np. dziesięć. To są różnego rodzaju choroby układów naczyniowo-sercowego, oddechowego, trawiennego czy nerwowego. Aby zrozumieć medyczne konsekwencje katastrofy w Czarnobylu trzeba wrócić do pierwszych dni, tygodni i wydarzeń, które odbywały się wówczas na terenie Strefy Alienacji. Trzeba poznać ówczesną taktykę państwa sowieckiego, żeby móc zrozumieć medyczne konsekwencje i zarazem wszystkie kontrowersje, które narosły wokół skutków zdrowotnych.

Trzeba odpowiedzieć sobie na bardzo ważne pytanie, co jest tak naprawdę źródłem mitolologizacji Czarnobyla? Czy wyolbrzymianie rozmiarów katastrofy, czy wręcz przeciwnie – owa słynna radiofobia, za pomocą której próbuje się wytłumaczyć prawie każdy wzrost zachorowania wśród ludności poszkodowanej. To jest problem, o którym wielokrotnie słyszałem od lekarzy m.in. z Instytutu Medycyny Radiacyjnej Uniwersytetu Klinicznego w Rydze.

Spotykam się dosyć często ze stwierdzeniem, że to co wiemy o Czarnobylu, to zafałszowany obraz, który zafundowały nam władze sowieckie.

Niedługo po wybuchu w Czarnobylu komisja rządowa ds. wyjaśnienia, a następnie likwidacji skutków katastrofy (to było to samo gremium) zabroniła ujawniania informacji na temat zachorowalności wśród likwidatorów i sposobu ich leczenia. To wszystko zostało utajnione. Rozmawiałem z jednym z likwidatorów, który po powrocie z Czarnobyla leczył się w szpitalu w Rydze. On brał udział w akcji likwidacji skutków od maja do początku lipca 1986 r. Już w niepodległej Łotwie, podczas rozmowy z lekarzami, kiedy oni już mogli swobodnie rozmawiać, okazało się, że zniknęła część jego kartoteki. W czasie, kiedy on się leczył, do szpitala przychodzili panowie ze służb specjalnych i po prostu wyrywali strony z jego kartoteki. To była powszechna praktyka na tamtych terenach.

Był też zakaz wiązania jakiejkolwiek zachorowalności z promieniowaniem jonizującym, w tym z pobytem w Czarnobylu, z wywoływanymi przez promieniowanie chorobami, nawet jeżeli to było oczywiste. Mamy przecież wiele świadectw  likwidatorów, którzy do Czarnobyla przyjeżdżali zupełnie zdrowi, a wyjeżdżali już jako chorzy ludzie lub zapadali na choroby niedługo później. Mobilizacja była bowiem prowadzona w warunkach wojennych. Faktem jest, że do Czarnobyla pojechały osoby, które nigdy nie powinny były się tam znaleźć ze względu na stan zdrowia albo sytuację rodzinną, bo np. ktoś był ojcem trojga dzieci. Trafiały tam też osoby zdrowe i wysportowane. Osobiście znam kilka osób, które np. uprawiały dziesięciobój lub inne wymagające dyscypliny sportowe, a w Czarnobylu lub tuż po wyjeździe z tego miejsca dotykała je plaga różnych chorób. To często była chroniczna słabość – te osoby nie mogły pracować, bo bardzo szybko się męczyły. Okropne bóle głowy – to kolejna charakterystyczna cecha, z którą się spotykam u likwidatorów. Jak więc tych dolegliwości nie wiązać z pobytem w Czarnobylu? Jednak oczywiście oficjalnie nie uwzględniono tych osób jako ofiar Czarnobyla. W ten sposób władze sowieckie zrzucały na osoby poszkodowane odpowiedzialność za doświadczane przez nich cierpienia fizyczne, a podejmowane przez naukowców posłusznych zaleceniom Moskwy próby deprecjonowania wizerunku organizacji zrzeszających ofiary katastrofy przyczyniły się do ukształtowania opinii – później spopularyzowanej także na Zachodzie – o tzw. micie Czarnobyla. Spychano na margines miliony osób poszkodowanych: likwidatorów, przesiedleńców i mieszkańców skażonych rejonów. Kiedy wraz z postępującą erozją komunistycznego systemu coraz częściej zaczęli domagać się oni swoich praw i ujawnienia informacji na temat katastrofy, wówczas władze przy wsparciu naukowych autorytetów ZSRS przystąpiły do zaciekłych ataków na przedstawicieli tej grupy. Niestety na poziomie międzynarodowym Moskwa mogła liczyć na wsparcie swoich wysiłków przez wiele szacownych instytucji na czele z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej, a także (pominąwszy bezpośredni okres po wybuchu w CzEJ) rządy państw zachodnich. Niektórym wydaje się to nieprawdopodobne, bo to był przecież okres zimnej wojny i dwa ideologicznie wrogie obozy, jednak wspólne interesy i powiązania często nie przejmują się ideologią oraz nie znają granic państwowych, a także potrafią dość swobodnie przenikać różnego rodzaju – zdawałoby się – nieprzepuszczalne „żelazne kurtyny”.

Niedługo po wybuchu w Czarnobylu komisja rządowa ds. wyjaśnienia, a następnie likwidacji skutków katastrofy (to było to samo gremium) zabroniła ujawniania informacji na temat zachorowalności wśród likwidatorów i sposobu ich leczenia. To wszystko zostało utajnione.

To nie jedyna kontrowersja.

Powszechną praktyką w Strefie Alienacji było zapisywanie przyjętej dawki promieniowania powyżej 25 rentgenów. Dzisiaj już wiemy i same osoby, które były odpowiedzialne za to zapisywanie, mówią, że dawki zaniżano. Wprowadzono zasadę, że jeśli któryś z podkomendnych przekroczył 25 rentgenów, to był odsyłany, jeżeli granica 25 rentgenów zostałaby przekroczona, to dowódcę spotykały poważne konsekwencje. Tyle teorii. Dochodziło więc do tego, że dowódca, chcąc chronić siebie, nie dopuszczał, aby zapisywano jakieś większe dawki. Z dokumentów i relacji świadków wiemy, że liczba otrzymanych dawek oficjalnie i rzeczywiście znacznie się różniła, a mówimy tu tylko o promieniowaniu gamma. Innego promieniowania w ogóle nie mierzono, bo nie posiadano odpowiednich przyrządów.

Na początku było tak, że nie wszyscy posiadali dozymetry, albo posiadali tzw. „ślepe dozymetry”. Likwidatorzy nie mogli więc sami sobie sprawdzić dawki. Musieli oddać dozymetr po zakończonym dniu pracy. Wtedy inna osoba podłączała do specjalnego pulpitu i zapisywała wynik, jednak nie informowała o  rezultatach odczytu. Na koniec służby w Czarnobylu likwidator otrzymywał zaświadczenie, że otrzymał tyle i tyle dawek promieniowania. Jednak jak pokazały późniejsze badania, np. szkliwa zębów likwidatorów mogące ujawnić zawartość Strontu-90 w organizmie, który wydziela promieniowanie beta, liczba dawek, którą likwidatorzy oficjalnie mieli  zapisaną w książeczkach, a ta liczba, która wyszła na podstawie tylko tych badań, bardzo się różni. Takie badania przeprowadzono m.in. na Łotwie.

Te liczby dawek, które wpisywano likwidatorom, były śmiesznie małe, a to dotyczyło tylko promieniowania zewnętrznego. A co z promieniowaniem wewnętrznym? Jakie oni mieli środki ochrony? Respiratory i maski. Maski były dosyć dobre, chociaż wywoływały podrażnienia na skórze twarzy, a po kilku godzinach one same stawały się źródłem skażenia promieniotwórczego, więc trzeba było ją zmienić. Oczywiście tego nie robiono. Co więcej, niektórzy likwidatorzy nie nosili tych masek, bo było zbyt gorąco. Często też brakowało środków ochrony, dozymetrów, radiometrów, albo były one niesprawne. Znane są też przypadki, że jakaś grupa likwidatorów otrzymywała sprzęt niesprawny lub bez zasilania.

Na przełomie maja i czerwca 1986 r. zdecydowano o przedłużeniu pobytu likwidatorów z dwóch miesięcy do pół roku. Pomijając wszelkie inne konsekwencje, jakie niosła za sobą ta decyzja, wiemy, że nasiliły się przypadki samobójstw wśród likwidatorów  będące rezultatem załamania psychicznego. Radiometryści w Czarnobylu pracowali praktycznie non-stop. Ich przeciążenie fizyczne i psychiczne było ogromne. Gdy przedłużono czas służby w Zonie, wiele osób stanęło przed dylematem – alternatywą dla sześciomiesięcznej służby było szybkie otrzymanie 25 rentgenów i powrót do domu. Teoretycznie. Znów mamy mnóstwo świadectw, że często nie zwalniano likwidatorów, którzy otrzymali swoje 25 rentgenów. Osobiście znam likwidatora, który najpierw pracował na dachu bloku reaktora nr 3 wykonując jedno z najbardziej niebezpiecznych zadań, a później zamiast do domu wysłano go do pracy w Prypeci przy utylizacji promieniotwórczych odpadów. Moja rozmowa z tym człowiekiem będzie jednym z wielu wywiadów, które zamieściłem w powstającej właśnie publikacji na temat udziału łotewskich żołnierzy w minimalizacji skutków katastrofy czarnobylskiej.  Podsumowując, jeżeli przy obecnym stanie badań, bogatych materiałach archiwalnych, świadectwach itd. wciąż są osoby, które upierają się przy zaniżonych sowieckich danych medycznych, to albo są dyletantami w temacie (tylko dlaczego zabierają głos w tej sprawie), albo mógłbym wręcz powiedzieć o ich złej woli.

Jeżeli przy obecnym stanie badań, bogatych materiałach archiwalnych, świadectwach itd. wciąż są osoby, które upierają się przy zaniżonych sowieckich danych medycznych, to albo są dyletantami w temacie (tylko dlaczego zabierają głos w tej sprawie), albo mógłbym wręcz powiedzieć o ich złej woli.

Na sam koniec zapytam jeszcze o jedną sprawę. Przeglądał Pan Doktor mnóstwo dokumentów – biografia książki jest gigantyczna. Czy wśród dokumentów, raportów, jakie Pan zobaczył, był jakiś jeden, który Pana szczególnie zaskoczył i zmienił pańskie postrzeganie tematu Czarnobyla?

Na takie dokumenty trafiałem praktycznie non-stop i dotyczyły one różnych aspektów. Wiemy na przykład jak dużą rolę w ujawnianiu prawdy o katastrofie odegrała ukraińska inteligencja twórcza, która przejęła na siebie trochę rolę dziennikarzy śledczych i zaczęła o tych wszystkich wydarzeniach informować społeczeństwo. Dostęp do informacji był na początku bardzo utrudniony, więc wiele osób z ukraińskiego świata kultury przywdziewało kostium likwidatora i jechało do Strefy Alienacji. Mamy mnóstwo takich przypadków, np. Jurij Szczerbak, Wołodymyr Jaworiwski, Switłana Jowenko itd.

Natomiast dokumenty z archiwów obwodowych wskazują na znaczną rolę instytucji i urzędów na najniższym szczeblu administracyjnym – rejonów, rad wiejskich itd. Miejscowa ludność wzięła sprawy w swoje ręce, nie tylko brała udział w różnego rodzaju protestach czarnobylskich, wiecach itp., ale zgłaszała projekty ustaw, propozycje rozwiązań legislacyjnych itd. Do tej pory społeczeństwo bało się podjąć jakąkolwiek aktywność samodzielnie, jeśli ta aktywność nie była inspirowana od góry.W pewnym momencie nastąpiło przełamanie bierności, wyjście tego społeczeństwa z własną inicjatywą.

Co więcej, i to jest jeden z ciekawszych wątków, władze na poziomie regionalnym zaczęły opowiadać się za protestującymi ludźmi w opozycji do władzy na poziomie obwodów. Zaczął się wyraźny rozłam. Władze regionalne wręcz groziły władzom w Kijowie, że jeżeli te czegoś nie zrobią, to one staną po stronie ludzi i będą protestować razem z nimi, a to będzie mieć fatalne konsekwencje. Później nawet władze obwodowe i centralne w Kijowie zaczynały się różnić w ocenie sytuacji z władzami w Moskwie

Im bliżej do roku 1990, kiedy Ukraina ogłosiła niezależność, ale jeszcze nie niepodległość, tym bardziej te procesy stawały się widoczne. Komuniści bowiem bardzo często zachowywali się koniunkturalnie. Nomenklatura, nie pozbawiona przecież politycznego instynktu, pragnęła przede wszystkim pozostać przy władzy, więc  gdy zobaczyli zmiany i osłabienie wpływów Moskwy, zaczęli przechodzić na drugą stronę barykady, nierzadko posługując się przy tym czarnobylskimi hasłami. Niemniej temat ten wymaga jeszcze pogłębionych badań.

Dostęp do informacji był na początku bardzo utrudniony, więc wiele osób z ukraińskiego świata kultury przywdziewało kostium likwidatora i jechało do Strefy Alienacji. Mamy mnóstwo takich przypadków, np. Jurij Szczerbak, Wołodymyr Jaworiwski, Switłana Jowenko itd.

Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Dziękuję.


Dr Paweł Sekuła – historyk, kulturoznawca. Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Asystent w Katedrze Ukrainoznawstwa na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Jego zainteresowania naukowe koncentrują się wokół najnowszych dziejów Ukrainy i jej stosunków z Federacją Rosyjską. Od kilku lat prowadzi badania na temat różnorodnych konsekwencji katastrofy jądrowej w Czarnobylu.