Łukasz Zawadzki: Czarnobyl daje mi mnóstwo energii do życia, w tym miejscu się spełniam

– Chciałem to miejsce zobaczyć, ale mnie w życiu przede wszystkim interesuje wysokość. 108 metrów to już jest pewne wyzwanie – tak o swojej pracy na placu budowy nowego sarkofagu opowiada w rozmowie z Licznikiem Geigera Łukasz Zawadzki, alpinista przemysłowy z Polski. Jak zaznacza, ma dwa motta życiowe. Pierwsze – „Co cię nie zabije, to cię wzmocni” i drugie – „Chcę zbawiać świat”. Dzięki nim nie boi się radiacji w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia. Podkreśla, że w trakcie swojego czteroletniego pobytu w Zonie, najbardziej czuje się dumny z uratowania psa, który utknął na dachu nowej konstrukcji przykrywającej zniszczony reaktor numer 4 czarnobylskiej elektrowni jądrowej.

Tomasz Róg: “Co cię nie zabije, to cię wzmocni” – takie hasło znalazłem na Twoim profilu na Facebooku. Rozumiem, że to jest Twoje motto życiowe i odnosi się do wszystkiego, co robisz? Także tego, co robisz na Ukrainie?

Łukasz Zawadzki: Tak. Czarnobyl dał mi mnóstwo energii do życia. Po prostu w tym miejscu się spełniam.

Jesteś alpinistą przemysłowym. Od ilu lat pracujesz w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia?

To już cztery lata.

Jak się zaczęła Twoja przygoda z alpinizmem przemysłowym? Zacząłeś, ta jak wiele osób, od wspinaczki wysokogórskiej?

Nie. Moja przygoda zaczęła się w drużynie militarnej. Nigdy nie mogłem usiedzieć na miejscu. Założyłem więc z kolegami taką drużynę militarną. Zaczęliśmy od lin i wszystkiego co z nimi związane. Wtedy nie miałem o nich bladego pojęcia. Pierwsze uprzęże robiliśmy z pasów samochodowych i zjeżdżaliśmy na spawanych przez mojego kolegę “ósemkach”. Tak zaczęła się moja przygoda z liniami.

Następnie przez pewien czas pracowałem dla firmy komórkowej Play przy montażu i obsłudze anten w całej Polsce. Później pracowałem jako dźwigowy, a także przy nasuwaniu mostów. Potem życie zaprowadziło mnie do Finlandii i Szwecji. Tam dowiedziałem się o tym, że jest możliwość wyjazdu do pracy do Czarnobyla. Od razu się zdecydowałem. W trakcie rozmów wyszło, że będę robił podwieszane rusztowania. Pracowałem tak przez dwa lata. Później zdarzyła się taka sytuacja, że część alpinistów się zwolniła i były braki kadrowe. Z racji, że mam ukończone szkolenie IRATA (Międzynarodowego Branżowego Stowarzyszenia Przemysłowego Dostępu Linowego – przyp. red.), to dostałem propozycję zmiany pracy. I tak to się zaczęła praca z linami w Czarnobylu.

Dowiedziałem się o tym, że jest możliwość wyjazdu do pracy do Czarnobyla. Od razu się zdecydowałem. W trakcie rozmów wyszło, że będę robił podwieszane rusztowania. Pracowałem tak przez dwa lata.

Mówiłeś, że zawsze chciałeś trafić do Czarnobyla. Masz tu na myśli tylko i wyłącznie aspekt związany z pracą, czy też po prostu chciałeś również zobaczyć miejsce awarii reaktorowej?

Chciałem to miejsce zobaczyć, ale mnie w życiu przede wszystkim interesuje wysokość. 108 metrów to już jest pewne wyzwanie. Pierwsze siedem dni w pracy na Ukrainie spędziłem w Sławutyczu – badania, szkolenia itp. A gdy pojechałem po raz pierwszy do Czarnobyla, to zacząłem się zastanawiać: “Po co ja tutaj przyjechałem? Wszystko jest takie ponure, brzydkie.” Postanowiłem więc skupić się na psach. Te czarnobylskie, bezpańskie psy dały mi mnóstwo szczęścia i miłości.

Mówisz o wysokości. A nie boisz się promieniowania? Pytam, bo dla wielu osób już sama Czarnobylska Strefa Wykluczenia to najmroczniejsze miejsce na ziemi, a Ty pracujesz w jej jądrze, w samym centrum katastrofy.

Takie samo pytanie zadała mi moja partnerka. Ech. Mam takie drugie motto życiowe, które brzmi: “Chcę zbawiać świat”. Ktoś kiedyś zrobił coś dla nas, więc ja teraz robię coś dla kogoś. Nie boję się radiacji, choć sporo alpinistów stąd uciekło.

Gdy pojechałem po raz pierwszy do Czarnobyla, to zacząłem się zastanawiać: “Po co ja tutaj przyjechałem? Wszystko jest takie ponure, brzydkie.” Postanowiłem więc skupić się na psach. Te czarnobylskie, bezpańskie psy dały mi mnóstwo szczęścia i miłości.

A jak wygląda Twój zwykły dzień w pracy? Rozumiem, że mieszkasz w Iwankowie, tak?

Wstaję około godz. 4 rano. Zaczynam dzień od kawy i przeglądnięcia tego, co nowego w internecie – wiadomości, Facebook, Instagram. Do tego słucham RMF FM. W międzyczasie robię sobie jedzenie do pracy. Oczywiście dział ochrony radiologicznej tego zabrania, ale nie lubię jeść tego, co przygotowują na stołówkach. Często boli mnie brzuch, bo tam wszystko jest tłuste. O godz. 6 wychodzę z domu. Około godz. 6.20 wsiadam z kolegami do auta i jedziemy do Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia. Dojeżdżamy na stację kolejową Siemichody – tam się przebieramy i idziemy na plac budowy.

Idziemy na plac arki. Tam zostawiamy telefony, zegarki. Tam też można się napić herbaty. O godz. 9 przyjeżdża autobus do tzw. brudnej zony. Po dotarciu na miejsce wpisujemy w nasze dozymetry przydzielone kody i pobieramy rękawice oraz maski i ubieramy się w tzw. białuchy, czyli białą odzież bawełnianą. Gdy pracujemy nad samym czwartym blokiem reaktora, to musimy dodatkowo wziąć ochraniacze, żółte buty itd. Schodzimy wtedy na tzw. sicz, gdzie odbywają się pomiary skażenia promieniowaniem alfa. Tam trzeba wejść i wyjść, a w ciągu dnia nawet kilka razy się przebrać. Dodam, że miałem nie tak dawno temu taką sytuację, gdy pracowałem w rejonie starego komina wentylacyjnego, że musiałem się trochę poczołgać. Później musiałem się aż osiem razy myć. Cały czas bowiem coś mi wychodziło.

Wracając do dnia pracy. Około godz. 11 jest przerwa obiadowa. Większość idzie na stołówkę, a my odgrzewamy sobie przywiezione jedzenie. Zapachy z naszego kontenera się rozchodzą takie, że od razu wszystkie psy z okolicy koło nas siedzą. Po około 40-minutowej przerwie wracamy do roboty. Pracujemy do około godz. 17.

Pracujesz w tym miejscu już cztery lata. Czy były takie momenty, w których czułeś się dumny z tego co zrobiłeś?

Najbardziej dumny chyba jestem z tej akcji z psem, którego ściągaliśmy z dachu. To takie podsumowanie mojej całej pracy.

Opowiedz o tym.

Gdy po raz pierwszy przyjechałem do Czarnobyla, to wtedy wszystko wydawało mi się takie straszne i obskurne. Zacząłem więc dokarmiać psy. Potem zaczęli je karmić także Turcy, którzy robili poszycie arki ze stali nierdzewnej. A kilka miesięcy temu do pracy przyjechali elektrycy z Polski i oni również zaczęli te psy dokarmiać. Prawdopodobnie było więc tak, że oni poszli z tymi psami do pracy i zamknęli drzwi do arki. Tam są takie dwa specjalne piętra i dopiero się wchodzi do wnętrza konstrukcji. Psy zostały na zewnątrz i zgłupiały. Zaczęły więc się wspinać po zewnętrznej klatce schodowej. Jeden spadł na prawo, drugiego – z lewej strony – ściągnęliśmy.

Najbardziej dumny chyba jestem z tej akcji z psem, którego ściągaliśmy z dachu. To takie podsumowanie mojej całej pracy.

On się na śniegołapie zatrzymał, tak?

Tak. Tylko na tym filmie, który jest w internecie, to jest już trochę źle pokazane. Bo ten pies w rzeczywistości był jeszcze 50 metrów niżej.

A jak się zaczęła akcja ratunkowa?

W każdy czwartek jest dzień BHP, myśmy wychodzili już z pracy, a chłopaki patrzyli na ten dach. Zastanawiałem się: “Co oni w ogóle na tym dachu widzą?”. Była jeszcze wtedy zima i trudno było dostrzec cokolwiek na tym dachu. Oni pogadali, a myśmy pojechali do domu do Iwankowa. Przyjeżdżamy rano, podchodzi do mnie jeden brygadzista i pyta: “I co? Idziecie po tego psa?”. Odpowiadam: “Ale jakiego psa?”. A on na to: “To patrz. Na dachu siedzi pies”.

Z biegu wzięliśmy sprzęt i poszliśmy. Potem ukraińskie gazety pisały różne głupoty, że np. “Turysta Łukasz Zawadzki poprosił pracowników elektrowni, żeby dali mu sprzęt alpinistyczny, aby mógł uratować psa”, albo o tym, że zjeżdżaliśmy na stalowych linach. Wziąć 300 metrów stalowej liny i wyjść z nią na dach, to jest wyzwanie.

Akurat ja wziąłem 200 metrów zwykłej liny, a mój kolega kolejne 100. I tak nam zabrakło, ale daliśmy sobie radę po swojemu. Gdy wyciągałem psa do góry, musiałem poprosić kolegę Grzegorza o pomoc, bo już nie dawałem rady.

Ten pies był w worku?

Tak. Wzięliśmy taki worek na ziemniaki. Wsadziłem tego psa do worka, zawiązałem supeł i na taśmie parcianej przywiązałem go do siebie. Prosiłem kumpla o pomoc, bo ciężko się wychodzi do góry po stali nierdzewnej. Jak tam śnieg nawet delikatnie popruszy to tam jest bardzo ślisko.

Od razu z biura Novarki zadzwonili na plac budowy. Oni bowiem dokładnie wiedzą, kto jest gdzie w danym momencie. Wtedy na dachu nikt nie miał prawa pracować. Gdy zjeżdżałem na linie po psa, to zauważyłem, że ludzie stoją już na dole i na nas czekają. W pewnym momencie nawet pomyślałem, że zjedziemy na drugą stronę arki i im uciekniemy.

Człowiek z ochrony radiologicznej później mówił nam: “Szybko do Francuzów, bo jest chryja”. Ale gdy jechaliśmy do biur Novarki, to zadzwonili tam z elektrowni i powiedzieli, że zrobiliśmy super robotę. Rozeszło się to więc po kościach.

Teraz zapytam o wątek polski. Słyszałem, że jako Polska mamy też taki udział w budowie nowego sarkofagu, polegający na tym, że aż 6 tysięcy ton stali przyjechało z Krakowa. To prawda?

Tak. To prawda. To były wszystkie elementy ocynkowane. Był kiedyś z Pawłem Mielczarkiem na wycieczce w Zonie pewien chłopak. I on opowiadał, że zajmował się m.in. projektowaniem tych elementów.

Arka została nasunięta. To jednak nie oznacza, że prace zostały ukończone. Ile czasu jeszcze spędzisz na Ukrainie?

Nie wiem. Kontrakt mam do końca maja. Potem na pewno będzie malowanie, prace przy uszczelnieniu sarkofagu. Na pewno będzie trzeba pościągać pryzmaty geodezyjne z suwnic. Jest jeszcze trochę roboty.

A skupmy się na chwilę na miejscu, jakim jest Zona. Na swoim profilu na Facebooku czy Instagramie publikujesz wiele zdjęć typowo przyrodniczych. To właśnie zwierzęta i natura Cię poruszają najbardziej w Zonie? 

Ludzie może nie, bo są różni. Ale ja mam kryzys, to uwielbiam się patrzyć na tę przyrodę. Są momenty, kiedy uda mi się sfotografować konie Przewalskiego lub niesamowity wschód słońca. Ktoś później pisze, że to są przerabiane zdjęcia. To nieprawda. Nie umiem przerabiać zdjęć.

A co sądzisz o turystyce w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia? Co przyciąga ludzi do tego miejsca?

Cisza, spokój – to z jednej strony, a z drugiej, ciekawość. Moim zdaniem to przyciąga ludzi do Zony. Jak przyjeżdża Paweł Mielczarek z wycieczką, to ja muszę być na niej choćby przez chwilę. Żeby się odstresować, zobaczyć coś nowego, lub po prostu pojechać w miejsce, w którym byłem już tysiąc razy i posiedzieć sobie przez chwilę w ciszy i spokoju, bez tego całego codziennego zgiełku.

Cisza, spokój – to z jednej strony, a z drugiej, ciekawość. Moim zdaniem to przyciąga ludzi do Zony.

Na koniec. Czego można życzyć alpiniście pracującemu w Czarnobylu na placu budowy nowego sarkofagu?

Zdrowia! Jak będzie zdrowie, to będzie wszystko. Ja z tego założenia wychodzę.

Życzę Ci więc zdrowia i dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

Polacy nagrodzeni za sprowadzenie bezdomnego psa z dachu arki