Walerij Jurko: białoruska Zona to unikalny „rezerwat mimo woli”

– Bóg pozwolił na wypadek w elektrowni jądrowej w Czarnobylu, aby ludzie nauczyli się, jak chronić przyrodę – stwierdził Walerij Wasiljewicz Jurko, ornitolog z Białoruskiej Akademii Nauk i pracownik Poleskiego Państwowego Rezerwatu Radiacyjno-Ekologicznego, który oprowadzał Jacka Domaradzkiego po białoruskiej części Zony. Oto specjalny wywiad dla Licznika Geigera prosto z Białorusi.

Jacek Domaradzki: Czarnobylska Strefa Zamknięta po stronie ukraińskiej to miejsce pamięci, ale także miejsce turystyki ekstremalnej i „niemal zakazane miejsce rozrywki”. Jak Pan zaprezentuje białoruską część Zony?

Walerij Wasiljewicz Jurko: Już ponad 30 lat temu istniała tutaj mozaika pól, łąk i lasów. Większość naturalnych mokradeł, które kiedyś powstały na równinie zalewowej rzeki Prypeć, przepływającej przez to terytorium, została osuszona pod uprawę. Było około stu wiosek i miasteczek, w których mieszkało ponad 22 tys. osób. Wszystko zmieniło się po wypadku w 1986 roku. Mimo że sama elektrownia czarnobylska znajduje się na Ukrainie, to większość chmury radioaktywnej poleciała na pobliską Białoruś. W obu republikach należących do Związku Radzieckiego przesiedlono dziesiątki tysięcy ludzi. Razem z nimi zabrano krowy i konie, a psy i koty wyeliminowano, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się zanieczyszczeń. Tak powstała strefa wykluczenia, do której dziś prawie nikt nie ma dostępu. Ponadto na Białorusi wzniesiono wały i zapory, które blokowały rowy melioracyjne na terenach byłych mokradeł. Z tego powodu woda zanieczyszczona izotopami promieniotwórczymi nie wypływała ze strefy, ale rozlewając się po polach i łąkach stworzyła ogromne, nowe bagna.

Już na początku 1988 roku, czyli zaledwie półtora roku po awarii, powołano Poleski Państwowy Rezerwat Radiacyjno-Ekologiczny, który obecnie zajmuje powierzchnię 2162 km². Utworzono co najmniej cztery bariery ochronne. Po pierwsze – nasza straż ochrony rezerwatu przyrody, po drugie – policja, straż graniczna to trzecia bariera, a czwarta to strach przed promieniowaniem.

Mamy tu tylko pracowników rezerwatu oraz bardzo rzadko, ponieważ konieczne jest pokonanie wielu barier biurokratycznych, gości takich jak Pan. W przypadku tak rozległego terytorium to prawie nic. Jest to zatem doskonały przykład odtworzonego „dzikiego” obszaru, który kiedyś należał do ludzi. Wyniki tego naturalnego eksperymentu są niesamowite.

Obecnie można to przedstawić na dwa sposoby. Do mniej więcej 2000 roku, kiedy turystyka była na obszarze rezerwatu całkowicie zakazana, podobnie zresztą jak w strefie ukraińskiej, było to znacznie lepsze dla przyrody. Gatunki dzikich zwierząt, ptaków  rozwijały się tylko zgodnie z prawami natury bez antropopresji jako takiej. Teraz obserwuję jak, od początku roku 2019, aktywność turystyczna nabiera tempa. I tak na przykład, wzdłuż głównej drogi rezerwatu wcześniej przejeżdżał jeden samochód dziennie, czasami nawet raz na trzy dni. A teraz jedzie tędy nawet 30 samochodów każdego dnia. Obserwuję także, jak wcześniej można było zobaczyć przy drodze łosie, żubry czy dziki. Stały 50 metrów od drogi, można je było bez problemu sfotografować, a nawet nie płosząc, wysiąść z samochodu i obserwować. Przecież nikt tych zwierząt nie przepędził, nie wywiózł stąd, a mimo tego dzisiaj już na drodze nie spotkamy ani jednego zwierzęcia. Co raz rzadziej na przykład widujemy łosie, a także inne gatunki. Wydaje mi się, że turystyka będzie miała negatywny wpływ na zwierzęta i ogólnie na przyrodę na terenie naszego rezerwatu. Paradoksalnie obecność człowieka dla wielu gatunków zwierząt może być bardziej szkodliwa niż skażenie radioaktywne.

Wydaje mi się, że turystyka będzie miała negatywny wpływ na zwierzęta i ogólnie na przyrodę na terenie naszego rezerwatu. Paradoksalnie obecność człowieka dla wielu gatunków zwierząt może być bardziej szkodliwa niż skażenie radioaktywne.

Piotr Nikałajenka, zastępca szefa białoruskiego departamentu ds. likwidacji skutków awarii w elektrowni jądrowej w Czarnobylu, powiedział w ubiegłym roku, że po stronie białoruskiej „nie ma tak emocjonalnego miejsca”, jakim jest wymarłe miasto Prypeć. Co więc interesującego możemy zobaczyć w białoruskiej Zonie?

Niestety nie byłem w wysiedlonym mieście Prypeć, więc ciężko mi będzie odnieść się do ukraińskiej części strefy wykluczenia. Zależy też jakich turystów chcemy przyciągnąć. Jeśli mówimy o tzw. turystyce ekstremalnej, to w tutejszych wysiedlonych wioskach znajdą zniszczone lub częściowo zniszczone budynki, porzucony sprzęt. Dla nich to może być interesujące.

Myślę jednak, że białoruska część strefy, czyli Poleski Państwowy Rezerwat Radiacyjno-Ekologiczny to miejsce najbardziej interesujące dla ludzi nauki, dla naukowców. To tutaj zachowała się przyroda pozbawiona silnej ingerencji człowieka. Przez ponad 30 lat od czarnobylskiej awarii następują samoistne procesy odnawiania się lasów, odnawiają się poleskie bagna i tereny podmokłe, wracają gatunki zwierząt dawno tu nieobserwowane. Natura odzyskuje utracone niegdyś tereny, a nawet więcej, ma się doskonale. W naszej części Zony dla nauki ciągle jest więcej przestrzeni niż po stronie ukraińskiej. Wydaje mi się, że wraz z otwarciem dla masowej turystyki z czasem może zostać stracona ta unikalna różnorodność przyrodnicza. Przyroda bez naszej ingerencji, czy nawet obecności radzi sobie doskonale. Mimo że jest to rekonstrukcja, jest naszą wartością dodaną. Mamy ponad 40 gatunków ssaków, w tym duże drapieżniki: wilki, rysie czy niedźwiedzie. Wszechobecne są bobry, budujące tamy na rzekach i kanałach. Każdego roku obszar poleskich mokradeł powiększa się. Natura odbiera to co kiedyś jej zabraliśmy.

Myślę jednak, że białoruska część strefy, czyli Poleski Państwowy Rezerwat Radiacyjno-Ekologiczny to miejsce najbardziej interesujące dla ludzi nauki, dla naukowców. To tutaj zachowała się przyroda pozbawiona silnej ingerencji człowieka.

Obszar o powierzchni 216 tysięcy hektarów i 96 ewakuowanych miejscowości – tak w liczbach prezentuje się Poleski Państwowy Rezerwat Radiacyjno-Ekologiczny. A w praktyce jaką jego część możemy zobaczyć w trakcie wyprawy? Jak wyglądają ramy dnia „turysty” w białoruskiej Zonie? W jakich godzinach jest ona dostępna i jakimi trasami można podążać?

Nie ma u nas konkretnych wydzielonych tras, jak po stronie ukraińskiej. Może i kiedyś do tego dojdziemy. Na terenie Poleskiego Rezerwatu są dwie główne drogi, ale poruszać się można także po pozostałych szlakach. Można także dowolnie odwiedzać opuszczone wioski. Wcześniej jak przyjeżdżali do mnie koledzy naukowcy, towarzyszyłem im, a oni mówili, gdzie chcą pojechać i co zobaczyć. I jechaliśmy o każdej porze dnia i nocy. Bywało, że trwało to nawet od piątej rano do północy. To nie jest problem. Bezwzględnie nie wolno tylko się zbliżać do granicy państwowej z Ukrainą na odległość mniejszą niż trzy kilometry. To zamknięta strefa graniczna.

Nie ma przepisów zabraniających przebywanie na terenie rezerwatu w określonych godzinach? W Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia na Ukrainie można przebywać wyłącznie od 8.00 rano do 19.00 wieczorem, zabronione jest poruszanie się w nocy.

Dla większości turystów pobyt na terenie rezerwatu będzie ograniczony prawdopodobnie do godzin 8.00-16.30 – to są nasze godziny pracy. Ja mam dzień roboczy od 8.00 do 19.00, ale miejscowi ludzie, zatrudnieni w Poleskim Państwowym Rezerwacie Radiacyjno-Ekologicznym, pracują od 8.00 do 16.30. Dlatego kierownictwo jest zmuszone określić taki czas pobytu dla większości odwiedzających białoruską strefę. Ale jeśli będzie zainteresowanie wśród turystów, a tym bardziej wśród naukowców, prawdopodobnie godziny przebywania tutaj zostaną dostosowane do ewentualnych potrzeb czy indywidualnych życzeń.

Co ciekawe, wcześniej wszystko co wiązało się z pobytem naukowym w Zonie było bezpłatne, ale teraz w związku z rozwojem turystyki, możliwe jest już pobieranie pieniędzy także od naukowców. Dotychczas każdy projekt naukowy na terenie rezerwatu był opłacany ze środków państwowych. Nawet paliwo czy transport samochodami po terenie zamkniętym były bezpłatne dla wyjazdów naukowych.

Słyszałem, że w białoruskiej Zonie występują niemal wszystkie ptaki i zwierzęta z Czerwonej Księgi Białorusi, które są zagrożone wyginięciem w innych rejonach. Jakie są wady otwarcia rezerwatu?

Spośród kręgowców lądowych zawartych w Czerwonej Księdze Republiki Białorusi na terytorium Rezerwatu znaleziono 11 gatunków ssaków, 60 gatunków ptaków, dwa gatunki gadów i jeden gatunek płaza. Wiele z nich znajduje się w Czerwonej Księdze gatunków zagrożonych publikowanej przez Międzynarodową Unię Ochrony Przyrody.

Na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat na terenie Poleskiego Rezerwatu zarejestrowano około 230 gatunków ptaków. Myślę, że ich liczebność jest większa, ponieważ nie wszystkie zakątki rezerwatu są badane. Możliwe, że występuje tutaj nawet 250 gatunków. Z tych obserwowanych i opisanych 230 gatunków około 60 zostało wymienionych w Czerwonej Księdze Białorusi, to ponad 80 proc. wszystkich gatunków zagrożonych. Większość z nich nie tylko migruje, ale występuje stale na terytorium rezerwatu czy ma tutaj miejsca lęgowe.

Przed czarnobylską awarią były na tym terenie pola uprawne z pszenicą lub kukurydzą. Gdy już po roku 1986 pobudowano groble na kanałach melioracyjnych, woda zalała spore obszary, tworząc idealne miejsca dla zwierząt bagiennych, w tym przede wszystkim ptaków.

Po wysiedleniu zniknęły gatunki związane z człowiekiem: bociany białe, gołębie skalne czy wróble. Pojawiła się dzika konkurencja, liczne gatunki sów (puszczyki, pójdźki czy puchacze), dudki, pokrzewki, muchołówki, drozdy śpiewaki i kruki. Na terenie rezerwatu mamy całkiem sporo siedlisk całorocznych bielików (Haliaeetus albicilla). Nawet w tym miejscu, gdzie rozmawiamy, mamy całkiem blisko jedno z gniazd tego rzadkiego gatunku.

Szczególny jest wkład Państwowego Rezerwatu Radiacyjno-Ekologicznego w zakresie ochrony żubra. Jest to jedna z dziewięciu wolno żyjących populacji na terenie Białorusi. Charakteryzuje się wysokim wskaźnikiem reprodukcji. Szacujemy, że populacja tego gatunku wynosi około 160 osobników. Co więcej na terenie białoruskiej strefy, bez interwencji człowieka, wzrasta regularnie liczebność żubrów.

Mamy tutaj do czynienia z sytuacją wyjątkową, tzw. „rezerwatem mimo woli”. Jeśli zrobimy jak na Ukrainie, masowa turystyka i powrót człowieka, to co pozostanie dla natury? Terytorium pozbawione obecności człowieka, a także prawie wszystkich form działalności ludzkiej jest idealnym miejscem do stworzenia największego rezerwatu przyrody, zaprojektowanego do odgrywania konkretnej roli w zachowaniu i zwiększeniu różnorodności biologicznej regionu. Można go również uznać za terytorium potencjalnego przywrócenia, reintrodukcji wcześniej utraconych przedstawicieli rodzimej fauny na Białorusi. Aby zachować co najmniej połowę gatunków flory i fauny w każdym regionie, musimy mieć co najmniej 10 procent obszarów chronionych dowolnego rodzaju.

Terytorium pozbawione obecności człowieka, a także prawie wszystkich form działalności ludzkiej jest idealnym miejscem do stworzenia największego rezerwatu przyrody, zaprojektowanego do odgrywania konkretnej roli w zachowaniu i zwiększeniu różnorodności biologicznej regionu.

Czyli jest Pan przeciwny otwarciu białoruskiej strefy dla masowej turystyki?

Tak, jestem przeciwko. Kwalifikowana, aktywna turystyka, niegenerująca dużego ruchu, nie zaszkodzi, ale masowa będzie katastrofą dla rezerwatu. Nie rozumiem tego parcia do zarabiania za wszelką cenę, jak obserwujemy po stronie ukraińskiej.

Koledzy naukowcy z Zachodu przyjeżdżający tutaj potwierdzają unikalność tego obszaru, nie mającego odpowiednika nie tylko na Białorusi, ale także w Europie. I teraz mielibyśmy to zmienić w ten cały komercyjny bałagan jak na Ukrainie? Chociaż nie mogę nie zgodzić się z administracją rezerwatu, że trzeba także zarabiać pieniądze. Tylko kto na tym wygra? Myślę, że ostatecznie zarówno przyroda, jak i ludzie przegrają. Przyszłością jest może powiększenie jeszcze bardziej obszaru chronionego, bo występuje prosta zależność. Im większe terytorium tym większa różnorodność biologiczna. Mniejszy obszar – mniej różnorodności. To są prawa natury, która jest tutaj gospodarzem. My jesteśmy wyłącznie gośćmi. Najwięcej jednak zależy od antropopresji, od czynnika niepokoju dla wielu gatunków zwierząt.

Kwalifikowana, aktywna turystyka, niegenerująca dużego ruchu, nie zaszkodzi, ale masowa będzie katastrofą dla rezerwatu. Nie rozumiem tego parcia do zarabiania za wszelką cenę, jak obserwujemy po stronie ukraińskiej.

To może pojawi się potrzeba wydzielenia obszarów, gdzie taka ekologiczna turystyka będzie dopuszczona oraz terenów całkowicie zamkniętych, rezerwatów ścisłych?

Prawdopodobnie takie rozwiązanie jest godne uwagi. Tylko musimy pamiętać, by uniknąć sztucznych płotów, ogrodzeń. Po utworzeniu 30-kilometrowej strefy wykluczenia otoczono cały teren solidnym płotem. Chodziło głównie o zapobieganie nielegalnemu przenikaniu ludzi na ten obszar, rabowaniu opuszczonych domów w wysiedlonych wioskach. Potem mówiło się o ograniczaniu migracji skażonych zwierząt poza teren Zony. Ale przecież dzikie zwierzęta nie mogą być trzymane w zamknięciu, wciąż będą szukać różnych przerw w ogrodzeniu. Szczególnie, kiedy rośnie presja człowieka. Sam widziałem, jak biegnący dzik rozerwał drut kolczasty. Na szczęście obecnie, obszaru strefy już się nie grodzi. Dzisiaj, skoro chcemy, by pewne gatunki występowały tu stale, musimy im zapewnić duży obszar, względny spokój i dostępność pożywienia.

Jest Pan zoologiem, ornitologiem. Czym dokładnie zajmuje się Pan na co dzień?

Tak, mam wykształcenie biologiczne. Wykładam zoologię kręgowców na uniwersytecie w Mińsku, a w Poleskim Państwowym Rezerwacie Radiacyjno-Ekologicznym pracuję w dziale naukowym jako ornitolog. W całym rezerwacie mamy około 700 osób, to między innymi strażnicy leśni, ochrona na punktach kontroli wjazdu do strefy, strażacy, pracownicy biurowi oraz dział naukowy. Moja część naukowa zatrudnia 41 osób. Przyjeżdżam do pracy w rezerwacie z Mińska na 15 dni w miesiącu. Dla przyjezdnych funkcjonuje system wachtowy: 15 dni pracy po 10 godzin dziennie. W ten sposób przez dwa tygodnie wypracowujemy cały miesięczny czas pracy. Po dwóch tygodniach pracy mamy dwa tygodnie wolnego.

Jak Pan wspomina kwiecień 1986 r.? Co Pan wówczas robił? Jakie wspomnienia ma Pan z momentem awarii reaktora i pierwszymi dniami po?

W kwietniu 1986 roku byłem na wyprawie w obwodzie lwowskim, była cudowna słoneczna pogoda. Oczywiście nie od razu dowiedzieliśmy się o awarii w Czarnobylu. Pierwsze informacje dotarły chyba trzy dni później. Pamiętam z tamtego czasu takie powszechne zdenerwowanie. Brak informacji. W tamtym czasie mieszkałem w Mińsku, studiowałem na uniwersytecie.

Jak wygląda organizacja wyjazdów do białoruskiej strefy?

Mamy cztery wydziały w naszym oddziale naukowym i każdy z nich na zmianę wysyła swoich pracowników do oprowadzenia wycieczek. Zostajemy wyznaczeni po kolei, oczywiście można odmówić, albo poprosić kogoś o zastępstwo, jeśli ma się akurat jakąś pilną pracę. Zimą mam akurat niewiele pracy jako takiej. Jestem głównie w terenie, obserwuję ptaki, szukam nowych gatunków. Za to wiosną i latem jestem mocno zajęty. Podczas prowadzenia wycieczki nie wykonuję swojej pracy, jest to moje dodatkowe zajęcie ponad obowiązki zawodowe. Za to nikt z nas nie otrzymuje dodatkowego wynagrodzenia.

Dziękuję serdecznie za wywiad i spędzone wspólnie dwa dni na terenie Poleskiego Państwowego Rezerwatu Radiacyjno-Ekologicznego.


Wywiad przeprowadził Jacek Domaradzki.

Specjalne podziękowania dla Jewgienija Fomienki oraz Krystiana Machnika. Wywiad został przeprowadzony na terenie Poleskiego Państwowego Rezerwatu Radiacyjno-Ekologicznego podczas wyprawy zorganizowanej przez grupę napromieniowani.pl.