Waldemar Siwiński: moje wyzwanie to było zebrać informacje i nie dać się oszukać

– Była to przygoda dziennikarska, jeśli mogę takiego słowa użyć, ale też olbrzymia odpowiedzialność. Olbrzymia, dlatego że praca dziennikarza wówczas w tym kraju i przy tym temacie, to był taki pojedynek. (…) Moje wyzwanie to było zebrać informacje i nie dać się oszukać – tak pracę nad pierwszą polską książką poświęconą wydarzeniom z 1986 r. pt. „Czernobyl. Od katastrofy do procesu” wspomina jej autor Waldemar Siwiński. Czy zostanie ona uzupełniona o 35-letnią perspektywę?  Gość specjalny programu „CZARNOBYLive” zaznaczył, że „to jest mój pewien wyrzut sumienia. Mam trzy skrzynie materiałów, cały pokój, bibliotekę, wszystkie książki i mapy. Myślę, że jednak się zmobilizuję”.

Waldemar Siwiński – dziennikarz Polskiej Agencji Prasowej, redaktor „Sztandaru Młodych”, założyciel i redaktor naczelny pierwszego w Polsce czasopisma poświęconego tematyce komputerowej „Bajtek”, członek zarządu Europejskiego Stowarzyszenia Agencji Informacyjnych, prezes Fundacji Edukacyjnej Perspektywy. Jedyny polski dziennikarz obserwujący tzw. proces czarnobylski, wytoczony osobom oskarżonym o przyczynienie się do awarii w elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Autor pierwszej polskiej książki poświęconej czarnobylskiej awarii i jej skutkom, wydanej w 1989 r. pt. „Czernobyl. Od katastrofy do procesu”. Był także naocznym świadkiem 15 grudnia 2000 r. wyłączenia ostatniego reaktora w czarnobylskiej elektrowni jądrowej.

Zobacz nagranie programu „CZARNOBYLive” z 7 czerwca 2020 r.:

Okoliczności powstania książki

Książka Waldemara Siwińskiego pt. „Czernobyl. Od katastrofy do procesu” to pierwszy polski reportaż poświęcony katastrofie z 1986 r. Opisuje on pierwsze chwile po awarii, likwidację jej skutków, a także tzw. proces czarnobylski osób, które zostały uznane przez władze sowieckie za odpowiedzialne za całe zdarzenie.

W jakich okolicznościach powstała idea, aby napisać tę książkę?  Gość programu „CZARNOBYLive” wcześniej opublikował książkę pt. „Ludzie uparci. Spotkania z uczonymi radzieckimi”. Rozmawiał z wieloma wybitnymi naukowcami, był w wielu radzieckich ośrodkach naukowych. – Znałem tę naukę, znałem trochę tych ludzi i fascynowałem się – nie ukrywam – możliwościami nauki i techniki. Jak Czarnobyl wybuchł, to był to dla mnie osobisty szok – dziennikarski i inżynierski. (…) Miałem chęć, żeby tam się dostać i to opisać, żeby zrozumieć, dlaczego coś, co nie powinno się wydarzyć, jednak się wydarzyło. Byłem tak napalony, że musiałem zrobić wszystko, żeby to się udało – zaznaczył.

Udało się to po dziesięciu miesiącach rozmów i negocjacji. Siwińskiemu pomogli w tym wybitni radzieccy naukowcy, którzy uwiarygadniali go, mówiąc, „że nie przyjeżdża wróg, szpieg, czyli ktoś kto chce skompromitować ten system, tylko ktoś, kto jest dobrym dziennikarzem naukowym”. – Była to przygoda dziennikarska, jeśli mogę takiego słowa użyć, ale też olbrzymia odpowiedzialność. Olbrzymia, dlatego że praca dziennikarza wówczas w tym kraju i przy tym temacie, to był taki pojedynek. (…) Moje wyzwanie to było zebrać informacje i nie dać się oszukać. Nie dać się zbyt łatwo podprowadzić pod różne wątki, na których im (Rosjanom – przyp. red.) zależało – powiedział.

Waldemar Siwiński zaznaczył, że za wyjątkiem kilku szczegółów technicznych, które ukrywano, a których proces nie wykrył, książka została napisana wyjątkowo skrupulatnie. – Mogę ją spokojnie przedrukowywać i nie muszę się niczego wstydzić – stwierdził i przytoczył słowa swojego kolegi Władimira Gubariewa z dziennika „Prawda”, który przed rozpoczęciem pracy nad książką poradził mu: „Pisz tylko o tym, co sam zobaczysz i sprawdzisz”.

Obawy o zdrowie

Waldemar Siwiński zapytany o to, czy nie obawiał się podróżować do Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia w obawie o ewentualne skutki zdrowotne, odparł: „Ten element zawsze był obecny. Myślę, że dzisiaj łatwiej mnie państwo zrozumiecie po przygodach z koronawirusem. W pewnym momencie dla wielu osób wyjście z dobrowolnej czy domowej kwarantanny nawet na ulicę czy po zakupy to było przeżycie emocjonalne”.

– Pamiętam, jak pierwszy raz jechaliśmy do Czarnobyla i tam mieliśmy pokaz zakładania maseczek. Teraz wszyscy je nosimy. Tam były solidniejsze maseczki przeciwpyłowe. Najpierw trochę sobie żartowaliśmy, ale potem jednak zakładaliśmy je bardzo solidnie. Nikt nie chciał, żeby jakieś pyły z gorącymi cząstkami się dostały – stwierdził. – Emocje były, ale potem się przywyka. To państwo wiecie po naszych przygodach z pandemią, że w pewnym momencie człowiek przyzwyczaja się do pewnego poziomu niebezpieczeństwa i potem nie zwraca uwagi – zaznaczył Siwiński.

Gość programu „CZARNOBYLive” zwrócił uwagę, na panującą wówczas radiofobię. – To cały czas pojawiało się w rozmowach z ludźmi. To się nazywało radiofobią, nazywało różnymi, innymi słowami, ale zwłaszcza w Kijowie wielu ludzi bardzo mocno to odczuwało, wiele swoich przypadłości, słabości jednoznacznie wiązało z Czarnobylem – powiedział.

Proces czarnobylski

Od 7 do 29 lipca 1987 r. trwał proces osób uznanych za odpowiedzialne za awarię czwartego reaktora. Oskarżono sześć osób, w tym m.in. Wiktora Briuchanowa – dyrektora elektrowni, Nikołaja Fomina – naczelnego inżyniera, Anatolija Diatłowa – zastępcę naczelnego inżyniera ds. bloków III i IV i Borysa Rogożkina – naczelnika zmiany elektrowni.

Proces odbywał się w przerobionym na salę sądową domu kultury w Czarnobylu. Waldemar Siwiński był jednym z około 10 zagranicznych dziennikarzy, którym zezwolono na udział w pierwszym i ostatnim posiedzeniu, tj. podczas odczytania aktu oskarżenia i wyroku.

Akredytowani dziennikarze byli starannie dobrani ze względu na rodzaje mediów. – Jeśli chodzi o dziennikarzy agencyjnych był Reuters. Jeśli chodzi o fotografię agencyjną było AP, czyli Associated Press. Telewizja była japońska – do tej pory wielka kompania NHK. Był dziennikarz z Niemiec, z krajów socjalistycznych był Jugosłowianin i ja. Oczywiście była też duża grupa starannie dobranych dziennikarzy ukraińskich czy radzieckich – powiedział. Dodał, że wszystkich dziennikarzy musiała zaakceptować komisja rządowa, a on sam przebywał tam w charakterze pisarza przygotowującego książkę.

Dodał, że nie wszyscy korespondenci radzieccy przysłuchiwali się całemu procesowi, a powstające informacje były zatwierdzane w Moskwie: „To nie było tak, że dziennikarz siedzi, relacjonuje, pisze i wypuszcza. Dziennikarz był, nawet coś pisał, ale to co szło w świat było oficjalnym komunikatem centrali w Moskwie. Taka była wtedy rola oficjalnych agencji prasowych i informacyjnych.”

Dlaczego proces odbył się w Czarnobylu, gdzie nie było sądu? Zdaniem rozmówcy chodziło o zapanowanie informacyjne nad całym procesem. – Wiadomo, że jak jest katastrofa, to pierwszym zaleceniem dla wszystkich służb jest odcięcie i opanowanie informacyjne – powiedział i dodał, że protestów społecznych raczej nikt się nie spodziewał.

Nie da się ukryć, że proces był pokazowy i chodziło o udowodnienie winy operatorom, a jednocześnie o pominięcie błędów konstrukcyjnych. Siwiński zaznaczył, że tematu błędów w konstrukcji samego reaktora w ogóle nie było. – Radziecki atom mógł być tylko pokojowy i nieść tylko dobro, w związku z tym wsłuchanie się w to, jaka jest podstawa tego procesu, wymagało dużej ekwilibrystyki i wiedzy prawnej – powiedział, zwracając uwagę na to, że oskarżyciele mówili m.in. o zaniechaniach, niefrasobliwości czy niewłaściwym odnoszeniu się do mienia państwowego, czyli o rzeczach, za które nie można było wymierzyć bardzo surowej kary.

Waldemar Siwiński wspominał, że po pierwszym dniu procesu wrócił do Kijowa, by szybko nadać relację dla Polskiej Agencji Prasowej. – To nie było proste, bo trzeba było faksem połączyć się z biurem w Moskwie, a biuro w Moskwie dopiero z Warszawą. Pamiętam, że za 42 razem wreszcie się połączyłem. Technika była taka, jaka była, albo może nie chcieli nam pomóc. To nie jest ważne. Nikt nie wiedział do końca, jak ten proces będzie przebiegał, jacy świadkowie zostaną wezwani i jakie argumenty, czy też jakie dowody rzeczowe zostaną pokazane – powiedział.

Autor książki pt. „Czernobyl. Od katastrofy do procesu” powrócił na salę sądową na odczytanie wyroku – trwało do kilka godzin. Słowa sędziego nagrywał na kasety na dwóch magnetofonach. – To co nagrałem, to było moje i o tym piszę w książce. Potem siedziałem kilka nocy. Nie chodzi o to, że spisywałem i tłumaczyłem, bo to jest proste, ale trzeba było wejść w ten „żargon” czy „bełkot techniczno-prawny” – powiedział.

Siwiński zaznaczył, że uzasadnienie przypominało instrukcję obsługi skomplikowanego urządzenia, w którym znajdują się bardzo techniczne nazwy różnych procesów. – Ja to spisałem i prawie jeden do jeden przedrukowałem w książce, bo uznałem, że taka jest rola dziennikarza, a ocenianie należy do kogoś innego – stwierdził.

Co było najtrudniejsze w tamtej chwili? – Dramatyczne było dla mnie patrzenie na oskarżonych. To było najgorsze. Oni musieli tego wysłuchać i nie mogli się odezwać – wspominał. Dodał, że gdy wychodził z sali sądowej na chwilę zatrzymał się przed ławą oskarżonych: „To były takie przemęczone twarze i puste oczy, już niewyrażające żadnych emocji.”

Znaczące rozmowy

W trakcie pracy nad książką Waldemar Siwiński rozmawiał z wieloma osobami zaangażowanymi w likwidację skutków awarii. W trakcie programu „CZARNOBYLive” wspomniał m.in. o długim spotkaniu z dr Angeliną Guskową ze Szpitala Klinicznego nr 6 w Moskwie, gdzie trafili najciężej poszkodowani pracownicy elektrowni i ratownicy. – Ona opowiadała mi trzy godziny, (..), jak ona ich leczyła, kiedy kto umierał, jak to wyglądało, jak przyjeżdżały żony i jakie było w ogóle wsparcie społeczne – powiedział i dodał: „Te wszystkie opowieści związane z tymi lekarskimi aspektami były oczywiście najbardziej dramatyczne, dlatego że za każdą z tych opowieści stało czyjejś życie. (…) Guskowa o tym mówiła jako lekarz, czyli bardzo fachowo. Ona przecież była tą główną lekarką. (…) Wszyscy mieli do niej zaufanie, ale jednocześnie była kobietą, czyli wszystkie historie, te wszystkie wizyty żon, te emocjonalne aspekty, które tam były, ona odczuwała o wiele mocniej. Pamiętam tę rozmowę bardzo mocno.”

Dziennikarz spotkał się także z Walerym Legasowem – członkiem radzieckiej komisji rządowej ds. eliminacji skutków czarnobylskiej awarii. – Chyba ze dwie godziny rozmawialiśmy u niego w Instytucie Kurczatowa w Moskwie – wspominał. Dodał, że dla Legasowa wydarzenia z Czarnobyla były szokiem poznawczym, gdyż był człowiekiem, „który chciał rozwijać technikę, ale dobrą, bezpieczną”. Jak podkreślił, postać ta została bardzo trafnie ukazana w serialu „Czarnobyl” telewizji HBO.

Siwiński opowiadał także o pobycie w tymczasowym osiedlu dla likwidatorów w miejscowości Zielony Przylądek (ros. Зелёный Мыс). W 1989 r. przywrócono starodawną nazwę – Stracholesie. – To były rozmowy z ludźmi, którzy już dzisiaj nie żyją. Niestety oni wtedy pracowali, jeden robił pomiary, drugi chował (Władimira – przyp. red.) Szaszenoka, (…) inny trzy dni worki z piaskiem ładował, żeby śmigłowce miały co zrzucać. (…) To były przeżycia ludzi, którzy podejrzewali, że długo nie pożyją – powiedział gość programy „CZARNOBYLive”. Jak jednak zaznaczył, jego rozmówcy nie wyobrażali sobie życia poza elektrownią: „To, że spotkaliśmy się rok później w tym osiedlu likwidatorów, to tylko dlatego, że oni tam wrócili. Oni byli patriotami tej elektrowni.”

„Потому что надо”

„Inteligentni ludzie znajdą wyjście z każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji. Mądrzy ludzie nigdy się w takiej sytuacji nie znajdą” – głosił cytat w biurze Jewgienija Ignatienki, dyrektora zjednoczenia „Kombinat”, które walczyło ze skutkami czarnobylskiej awarii.

Jak komentował Siwiński, likwidacja skutków katastrofy odbywała się z ogromnym zaangażowaniem i w poczuciu obowiązku, chęci naprawienia sytuacji. – Jestem pełen najwyższego podziwu dla wysiłku tych wszystkich likwidatorów. To nie byłoby możliwe ani w Stanach, ani w innym kraju o gospodarce rynkowej, żeby w tak krótkim czasie uzyskać takie zaangażowanie tak dużej liczby pracowników – stwierdził. – Oni nie pracowali dla pieniędzy. (…) Oni to robili, bo „надо” (trzeba – przyp. red). I to był taki „долг” (dług – przyp. red.), obowiązek w tym wszystkim – zaznaczył dziennikarz.

Przypomniał także, że jednym z likwidatorów był nawet były prezydent Łotwy Valdis Zatlers. – Łotwa była częścią Związku Radzieckiego i jego po prostu wzięto do wojska jak wszystkich. Przyjechali żołnierze gazikiem i go po prostu wzięli. On mówił, że pierwszy tydzień to spędzili pod gwiazdami. Mówił, że Związek Radziecki był przygotowany do odniesienia zwycięstwa w wojnie jądrowej, ale był absolutnie nieprzygotowany do likwidacji jakichkolwiek skutków tej wojny – powiedział Siwiński.

Wyłączenie ostatniego reaktora

15 grudnia 2000 r. wygaszono trzeci reaktor elektrowni jądrowej w Czarnobylu. W wydarzeniu tym również wziął udział Waldemar Siwiński. Podczas programu „CZARNOBYLive” wspominał tamte chwile.

– To było wielkie polityczne wydarzenie, event, show – stwierdził. Odbyło się ono w dwóch miejscach. Zaproszeni goście i politycy zebrali się w Pałacu Ukraina – olbrzymiej sali kongresowej w Kijowie i dzięki łączności telewizyjnej połączyli się z elektrownią jądrową w Czarnobylu.

W decydującym momencie ówczesny prezydent Ukrainy Leonid Kuczma zwrócił się do dyrektora elektrowni z rozkazem wyłączenia trzeciego bloku. – Ukraińcy chcieli pokazać, że po pierwsze, przestajemy straszyć świat, czyli zamykamy elektrownię jądrową. Po drugie, wychodzimy w ten sposób wobec społeczności światowej, że jesteśmy przeciwko zbrojeniom – powiedział Siwiński, zaznaczając, ze kilka lat wcześniej Ukraina zrezygnowała z arsenału jądrowego.

Zamknięcie elektrowni miało także „umożliwić Ukrainie staranie się o finanse i polepszyć standing polityczny prezydenta Ukrainy. Dlatego zaproszono prezydentów z połowy krajów świata”. Waldemar Siwiński znalazł się w polskiej delegacji z ówczesnym szefem Kancelarii Prezydenta Markiem Siwcem na czele, ponieważ Aleksander Kwaśniewski nie mógł osobiście uczestniczyć w tym wydarzeniu.

Upływ czasu

Waldemar Siwiński w ciągu blisko 35 lat od awarii jeszcze kilkukrotnie odwiedzał Czarnobylską Elektrownię Jądrową. Był tam m.in. wraz z uczestnikami konferencji, którą organizował Jurij Szczerbak, czy też z amerykańskim lekarzem Robertem Gale’m, który w 1986 r. pomagał dr Angelinie Guskowej w moskiewskiej klinice nr 6.

Nasz gość stwierdził, że podczas ostatniej wizyty największe wrażenie zrobiła na nim przyroda. – To jest niesamowite, że ta ludzka cywilizacja jest pozornie taka silna i trwała. Teraz z innej perspektywy to doświadczamy w Prypeci – one zginęła pod zielenią – powiedział.

Post scriptum?

Książka pt. „Czernobyl. Od katastrofy do procesu” ukazała się w 1989 r. Czy jej autora nie korciło, aby uzupełnić ją o czasową, blisko 35-letnią perspektywę, albo może przygotować zupełnie nową publikację? – Mogę powiedzieć tylko tak, że to jest mój pewien wyrzut sumienia. Mam trzy skrzynie materiałów, cały pokój, bibliotekę, wszystkie książki i mapy. Myślę, że jednak się zmobilizuję, choć cały czas coś innego się trafia – zaznaczył i dodał: „Spróbujemy!”.

Zobacz nagranie programu „CZARNOBYLive” z 7 czerwca 2020 r.:

Rozmowę z Waldemarem Siwińskim przeprowadzili: dr inż. Marek Rabiński, Stanisław Adamski, Jacek Domaradzki i Tomasz Róg

Zobacz także:

Valdis Zatlers: kiedy przyjechałem do Zony, zaczął się koszmar