Nikołaj Czużykow: o prawdziwych bohaterach nikt nie pamięta i nie chce pamiętać

O górnikach, „partyzantach”, kierowcach betoniarek i żołnierzach nikt nie pamięta i nie chce pamiętać. – O nich nikt nie pamięta i nie chce pamiętać, ponieważ dla nich oni nie są bohaterami, dla nich nie istnieją. To dla mnie najbardziej obraźliwe, ponieważ tym, którzy wysadzili elektrownię, należy się cześć i sława, a tym, którzy to wszystko likwidowali, tym… Po prostu nikt nie wie, kim oni są. To dla mnie wstyd – mówi w drugiej części rozmowy z Licznikiem Geigera Nikołaj Czużykow, likwidator skutków awarii i wieloletni pracownik naukowy przedsiębiorstwa specjalnego Kompleks. Jak podkreśla, obecnie władze ukraińskie coraz mniejszą uwagę poświęcają ofiarom Czarnobyla: „Emerytury są niewielkie, służba zdrowia nie jest już bezpłatna a większość świadczeń została anulowana.”

Tomasz Róg: Czy czuje się Pan ofiarą Czarnobyla?

Nikołaj Czużykow: Z jednej strony, nie mogę powiedzieć, że czuję się ofiarą Czarnobyla. Dlaczego? Dzięki temu przypadkowi zacząłem mieszkać w stolicy Ukrainy, o czym marzyłem wcześniej, a w tamtym czasie zamieszkanie w stolicy było prawie niemożliwe. Po ewakuacji dostaliśmy mieszkanie w Kijowie. W czasie pracy w Czarnobylu poznałem bardzo ciekawych i mądrych ludzi, a niektórzy z nich zostali moimi przyjaciółmi na całe życie. Za pracę w bardzo niebezpiecznych warunkach płacono ogromną pensję, której nie było nigdzie indziej w ZSRR. Na Ukrainie średnia wypłata wynosiła około 180 rubli, a ja za miesiąc otrzymywałem 1500-1800 rubli. Kiedy tam pracowałem, dostawaliśmy bezpłatne skierowania do sanatoriów. Podróżowałem i niczego sobie nie odmawiałem. Pracowałem rotacyjnie – 15 dni w pracy, 15 dni odpoczynku. Do tego miałem jeszcze 2,5-miesięczny urlop. To było bardzo wygodne. Miałem także możliwość kupić sobie samochód itp. Dla mnie to było wspaniałe życie. Prawda – w tym czasie byłem młody i nawet nie myślałem o szkodliwym wpływie radiacji na moje zdrowie. Jednak nie mogę powiedzieć, że jestem ofiarą Czarnobyla.

A ludzie, którzy uczestniczyli w likwidacji aktywnej fazy awarii, którzy zostali napromieniowani i poważnie zachorowali, oczywiście stali się ofiarami Czarnobyla. Ofiarami Czarnobyla stali się także lokalni mieszkańcy, zwłaszcza ci, którzy żyli we wioskach i opuścili swoje domy. Dla nich to był ogromny stres. Ale im dalej od momentu awarii, tym więcej osób zaczyna uważać się za ofiary Czarnobyla. W takim sensie i ja zaczynam się uważać za taką osobę. Związane jest to z tym, że wraz z wiekiem zaczynają manifestować się skutki ekspozycji na promieniowanie, co ma negatywny wpływ na zdrowie. A państwo coraz mniejszą uwagę poświęca tym ludziom. Emerytury są niewielkie, służba zdrowia nie jest już bezpłatna a większość świadczeń została anulowana.

Dla mnie to było wspaniałe życie. Prawda – w tym czasie byłem młody i nawet nie myślałem o szkodliwym wpływie radiacji na moje zdrowie. Jednak nie mogę powiedzieć, że jestem ofiarą Czarnobyla.

Ale jest też tak, że w każdą rocznicę awarii wszyscy mówią o pierwszych ofiarach awarii, a likwidatorzy – może dlatego, że nie są wymieniani wszyscy z imienia i nazwiska – giną w potoku słów.

To jest bardzo ważny aspekt. Doszło do wypadku i ci wszyscy ludzie, którzy byli w sztabie operacyjnym elektrowni; którzy wyłączali systemy reaktorów; którzy jak mój sąsiad, który pobiegł, bo nikt inny nie chciał a naczelnik na kolanach prosił: „Idźcie, wyłączcie!” i wielu się nie zgadzało, bo rozumieli, co się dzieje. A mój sąsiad się zgodził. I potem nie dostał żadnej nagrody, choć był bohaterem. A można mu było dać nawet cicho, jako minimum, jakiś srebrny medal. A ci ludzie tak jak on wykazali się heroizmem. Potem przyszli żołnierze, którzy dezaktywowali elektrownię i personel zaczął pracować już na czystych stanowiskach. Ale jak tylko jest rocznica, to do elektrowni jedzie prezydent, wszystkim rozdają medale, prezenty. Rozdawano kiedyś nawet samochody. I nikt nie pamięta, co działo się poza terenem elektrowni. A tam było najgorzej – to likwidacja skutków awarii jądrowej poza elektrownią, to także budowa sarkofagu. Tam dalej pracowali górnicy, „partyzanci”. A ile betonu przywieźli kierowcy betoniarek? A ci wszyscy ludzie, którzy likwidowali potem zrudziały las? Ci żołnierze… O nich nikt nie pamięta i nie chce pamiętać, ponieważ dla nich oni nie są bohaterami, dla nich nie istnieją. To dla mnie najbardziej obraźliwe, ponieważ tym, którzy wysadzili elektrownię, należy się cześć i sława, a tym, którzy to wszystko likwidowali, tym… Po prostu nikt nie wie, kim oni są. To dla mnie wstyd.

Ja sam nie potrzebuję dodatkowej czci. Ja swoją cześć wypracowałem swoją pracą, swoim zainteresowaniem, ponieważ ja wszędzie, gdzie pracowałem, byłem zainteresowany. Zdobyłem doświadczenie w trakcie likwidacji i napisałem dwa raporty naukowe. Pierwszy raport dotyczył doświadczeń związanych z zatrzymywaniem wszystkich pyłów przy użyciu środków chemicznych w trakcie likwidacji skutków awarii. To właśnie to, o czym mówiłem – pył się rozprzestrzeniał, trzeba go zatrzymać. Drugi raport dotyczył wykorzystania wszelkich środków technicznych do zbierania pyłów. Dlaczego napisałem te raporty? Aby zrozumieć i wiedzieć, co robić dalej, jeśli doszłoby do kolejnej awarii. Zacząłem od tego, że zacząłem zbierać próbki różnych ziemi.

(…) jak tylko jest rocznica, to do elektrowni jedzie prezydent, wszystkim rozdają medale, prezenty. Rozdawano kiedyś nawet samochody. I nikt nie pamięta, co działo się poza terenem elektrowni. A tam było najgorzej – to likwidacja skutków awarii jądrowej poza elektrownią, to także budowa sarkofagu.

Robił pan to w miejscu, gdzie pracował, tak? W zakładach Jupitera?

Tak. Mieliśmy tam laboratorium. Wiesz, co robiłem? Brałem szalki Petriego – takie szkło laboratoryjne. Wsypywałem tam ziemię i spryskiwałem różnymi koncentratami, wszystkimi dostępnymi środkami chemicznymi. Wykorzystywaliśmy m.in. odpady z fabryk lateksu. Kiedy rozcieńczyło się to wodą, to powstawał polimer, który wysychał i pokrywał wszystko jakby filmem, I wtedy ten pył nie unosił się. Na początku rozpylałem ten środek z opryskiwacza. Potem doszedłem do wniosku, że potrzebny jest samochód. Po pierwsze, on powinien być duży, aby pokonywać wszystkie przeszkody terenowe.

Przywieziono z kamieniołomu ciężarówki BiełAZ. Sam zostałem kierowcą takiego BiełAZa. Nie za długo, ale byłem. Ta ciężarówka była bardzo dobra, ale czasami zakopywała się w piasku. Nam potrzebny był duży samochód o odpowiedniej pojemności. Potrzebny był pojazd, który by ekonomicznie rozpylał to co trzeba. No i tak, po pierwsze, taki pojazd był drogi, a po drugie, należało szybko pokryć ogromne obszary.

Co należało robić, jak tylko doszło do wybuchu? W przypadku szlaków ewakuacji ludności i ruchu służb ratunkowych należało szybko pokryć wszystkie drogi. Po drugie, należało pokryć wszystko wokół elektrowni – w miejscach, gdzie pracują ludzie, aby to nie pyliło. A te pyły to najbardziej niebezpieczne, co dostaje się do płuc. Należy to pokryć. Ponadto, kiedy ty to pokryjesz, to ten radioaktywny pył staje się zabezpieczony przed deszczem. To jest jak guma, która zastyga z tym pyłem. To bardzo dobre rozwiązanie, choćby dlatego, że kiedy będziesz dezaktywować całe terytorium, ty możesz to jeszcze zatrzymać. To jest bardzo ważne.

Pomyślałem, że w każdej elektrowni powinno być kilka takich pojazdów, dlatego też kupiłem pojazd, który był transporterem rakiet SS-20. To taki pojazd, który produkowano na Białorusi – sześcioosiowe podwozie z dwiema kabinami, na którym leżała rakieta. Kupiliśmy samo podwozie. Potem musieliśmy nałożyć odpowiedni zbiornik i pompę. I tak rozpylaliśmy nasz środek – bardzo delikatnie, ekonomicznie i skutecznie. Taki pojazd opracowaliśmy, ale Związek Sowiecki upadł i zabrakło 40 000 rubli na to, aby go wdrożyć do eksploatacji. Pojazd już był, nawet zaczęto sporządzać dokumentację projektową, jednak ZSRR rozpadł się i tyle. I tak nie zrobiłem tego pojazdu.

(…) pojazd opracowaliśmy, ale Związek Sowiecki upadł i zabrakło 40 000 rubli na to, aby go wdrożyć do eksploatacji. Pojazd już był, nawet zaczęto sporządzać dokumentację projektową, jednak ZSRR rozpadł się i tyle.

I to wszystko działo się w Jupiterze? A wiele osób twierdzi, że w tych zakładach przerabiano paliwo jądrowe.

Niczego tam nie przerabiano. Specatom w zakładach Jupitera zajmował się rozwojem nowych technologii i środków technicznych dla likwidacji skutków przyszłych wypadków jądrowych.

A czym tam się zajmowano do chwili awarii?

Przed awarią była tam fabryka, która robiła coś do rakiet, a także magnetofony. U nas w ZSRR już tak było, że ktoś produkował łyżki, widelce i jednocześnie rakiety. W Prypeci wykonywano pewne części do niektórych pocisków. Paliwo jądrowe nie mogło tam fizycznie się znajdować. Paliwo jądrowe było dostarczane z Rosji, a u nas na Ukrainie w ogóle się tym nie zajmowano. Mieliśmy tylko kopalnię uranu w Żółtych Wodach, ale całe paliwo jądrowe robiono w Rosji. Dlatego obecnie jest u nas problem i zaczynamy kupować paliwo gdzieś w Ameryce.

W USA, w Kanadzie…

Tak, ale oni muszą wszystko wykonać pod nasze wymiary… U nas nigdy tego nie robiono.

A kiedy Pan pracował w Czarnobylu, to jakie było najtrudniejsze dla Pana zadanie? Było takie zadanie, o którym Pan myślał, że to będzie bardzo niebezpieczne do wykonania?

Powiem tak – to nie było trudne, ale już niebezpieczne. Niestety ogromna rzesza osób nie rozumiała tego niebezpieczeństwa. My rozumieliśmy, ponieważ pracowaliśmy w laboratorium dezaktywacji i u nas były spektometry, więc mogliśmy określić nawet skład izotopowy. Mieliśmy odpowiednie przyrządy i nigdy bez nich nie wychodziliśmy, więc my to niebezpieczeństwo rozumieliśmy. Ale wiele osób nie rozumiało. Na przykład przyjechał jakiś robotnik lub kierowca… – oni tego nie rozumieli i gdzieś bezsensownie łazili. Już o tym wspomniałem, że niektórych prac nie musiano wykonywać w tym czasie, a zrobić dopiero za kilka lat. Nawet w USA był awaria i dopiero po kilku latach przystąpiono do dezaktywacji. Dlaczego? Ponieważ oni chronili ludzi i dlatego, że u nich człowiek był na pierwszym miejscu. A u nas człowiek był na ostatnim miejscu… „Jeszcze kobiety rodzą”.

A czy to prawda, że dawano ludziom wódkę podczas wykonywania najbezpieczniejszych prac? Aby w ogóle chcieli i lepiej pracowali?

Nie, tak nie było. Kiedyś jechałem razem z głównym księgowym elektrowni w Czarnobylu i rozmawialiśmy. Ogólnie, wcześniej, na przykład w Czelabińsku-65, w przedsiębiorstwach cyklu nuklearnego, oficjalnie rozdawano alkohol. Dawano nie dlatego, abyś stał się „odważny”, jak podczas wojny, ale dlatego, że alkohol jest w pewnym sensie chroni przed radiacją. Był u nas taki profesor Sereda. On prowadził dla nas taki „program edukacyjny”, trening, abyśmy zrozumieli, czym jest radiacja. Mówiono nam wtedy o alkoholu. Kiedy człowiek jest napromieniowany, to kwant promieniowania gamma „przeszywa” cząsteczkę wody, a organizm składa się z 60-70 proc. z wody. Pod wpływem promieniowania jonizującego następuje tak zwana radioliza wody z wytworzeniem wolnych rodników. Związki te charakteryzują się silną aktywnością chemiczną i niszczą komórki organizmu. A wódka i wino zawierają naturalne przeciwutleniacze, które neutralizują wolne rodniki, a tym samym chronią komórki organizmu. Oznacza to, że wódka częściowo chroni przed radiacją, a to z kolei oznacza, że jeśli w twoim organizmie jest alkohol, to w przypadku napromieniowania wyrządzi ci ono mniej szkód. Ale oczywiście we wszystkim musi być umiar.

Dlaczego o to pytam? W filmie dokumentalnym telewizji Discovery „Bitwa o Czarnobyl” jest taki kadr, jak jeden z likwidatorów opowiada o tym, że w jego miejscu pracy dają tyle i tyle wódki, a w innym miejscu znacznie więcej.

Napoje alkoholowe dawali w pierwszych dniach po awarii. Mój sąsiad, który był kierowcą głównego inżyniera elektrowni jądrowej w Czarnobylu Nikołaja Fomina, opowiadał, że przez pierwsze dwa tygodnie wszyscy oficjalnie pili. Wydawano spirytus, przywożono wódkę – wszystko, co chciałeś. Ale u nas jest tak: jeśli wolno ci wypić 50 gramów, to ty wypijesz 500 gramów.

Po około dwóch tygodniach, może trochę później, w Zonie wprowadzono bardzo poważny zakaz picia alkoholu. Jeśli odkryto, że w wozisz wódkę do Strefy, to wyrzucano cię z pracy. Dlatego potem już nikt żadnej wódki nikomu nie dawał. To było kategorycznie zabronione. Ale oczywiście dorośli ludzie nie mogli obejść się bez alkoholu. Dlatego zawsze znajdowali sposoby na nielegalny wwóz wódki. Ja z tym problemu nie miałem. Pracowałem w laboratorium dezaktywacji. U nas było dużo przyrządów dozymetrycznych, spektometrów i wiele innej specjalnej aparatury. Do ich czyszczenia dostawaliśmy przyzwoitą ilość alkoholu etylowego. Dzięki temu nie tylko przecieraliśmy urządzenia spirytusem, ale także piliśmy. Mówię to szczerze. Ale też piliśmy z głową. Być może z tego powodu, że od czasu do czasu używałem w Zonie spirytusu, to jeszcze żyję w miarę normalnym życiem.

Dodam, że kiedy pisałem swoją dysertację, to gromadziłem wiele informacji. Jedna z nich dotyczy mojej mamy, która pracowała w przedsiębiorstwie transportowym elektrowni, a poza tym pędziła samogon. Kierowcy ją znali. Dwaj kierowcy, którzy pracowali w pogotowiu ratunkowym, przyjechali do niej a ona im sprzedała litr bimbru, który oni następnie wypili. Gdy doszło do awarii w elektrowni, w pogotowiu były dwie ekipy. To była jedna z ekip. Oni podjeżdżali pod sam blok i zabierali poszkodowanych strażaków, i tam zostali bardzo poważnie napromieniowani. I tak, ci, którzy jeździli i nie pili, umarli. Nie pożyli długo. A ci – żyli długo. To były dwie osoby. Oczywiście trzeba mieć więcej statystyk, ale była taka sytuacja.

ZOBACZ TAKŻE: Nikołaj Czużykow: w czasach ZSRR człowiek był zawsze na ostatnim miejscu (pierwsza część rozmowy)


Nikołaj Czużykow – inżynier, geodeta, projektant, pracownik naukowy przedsiębiorstwa specjalnego Kompleks, które swoją siedzibę miało w prypeckich zakładach Jupiter. Przez kilka lat od stycznia 1987 r. pracował przy likwidacji skutków awarii.