Licznik Geigera
35. rocznica katastrofy w Czarnobylu

Olga Juszczenko z Łubianki. Część I

Olga Juszczenko ze wsi Łubianka. Fot. Karol Kopańko

Strefa wykluczenia ma różne oblicza. Oto początek stalkerskiej opowieści Stanisława Adamskiego o spotkaniu z samosiołką Olgą Juszczenko ze wsi Łubianka i ich długoletniej znajomości.

Lipiec 2017

Był ciepły, bezchmurny dzień. Nie było upałów, ot przyjemna pogoda na wędrówkę w krótkich spodniach i t-shircie. Zeszłej nocy dotarliśmy do Łubianki, więc nie pozostawało nam nic innego jak zwiedzanie, szczególnie po odkryciu, że większa część wioski przetrwała pożar z 2015 roku odkrywając przed nami perełki poleskiej architektury.

Dochodziła już godzina 19, jednak lato rządzące się swoimi prawami nie zapowiadało jeszcze zachodu słońca, który miał zapewnić nam bezpieczną, dalszą wędrówkę do centrum Zony – Prypeci. Idąc w dół ulicy 1 maja, a właściwie przedzierając się przez zarośla, które dawno ją pochłonęły minęliśmy pomnik sowieckiego bohatera. Po zrobieniu kilku zdjęć weszliśmy do pobliskiego sklepu, żeby dowiedzieć się, że – poza piecem typu “koza” oraz walającymi się w rogu paletami – niczego interesującego w środku już dawno nie ma. Ostatni posiłek jedliśmy rano, dlatego po krótkim spacerze po wsi, mijając charakterystyczny krzyż ucieszyliśmy się na widok dość ładnie zachowanego płotu, z równie dobrze zachowaną, znajdującą się za nim chatą – zwiastun studni. Na płocie wisiała zalaminowana, biała kartka, na której wydrukowane było:

“Ja tu mieszkam, nie niszczcie mojego gospodarstwa.
Olga Juszczenko”

Zdębiałem – napis był mi dobrze znajomy. Podekscytowany odezwałem się do towarzysza:

–  Karol, widzisz to? To tutaj mieszka Baba Olga! Ta samosiołka. Polacy powiesili jej tę kartkę w zeszłym roku. W sumie można wejść i zobaczyć czy ją zastaniemy.

Otworzyliśmy niewielką bramkę i weszliśmy na podwórko. Po naszej lewej stronie stała świetnie zachowana ceglana chata z niebieskimi okiennicami, po prawej zaś studnia i maleńki, owocowy sad, na którego drzewach rozwieszone były sznurki na pranie. Komary cięły w odkryte ręce nawet mimo regularnego spryskiwania kończyn sprejem na owady. Ruszyliśmy ostrożnie w głąb gospodarstwa i mijając kilka szop przykrytych strzechą dotarliśmy do ogrodzenia.

– Ziemniaki – powiedział wyższy ode mnie Karol.
– Ziemniaki – potwierdziłem stając na palcach – czyli dalej tu mieszka.

Nie znajdując jednak śladu życia uznaliśmy, że nie ma co się ociągać i skoro już mamy obok siebie studnię – warto z niej skorzystać. Cofnęliśmy się kilkanaście metrów. Otworzyłem pokrywę drewnianego daszku przykrywającego źródło, ściągnąłem wiadro z gwoździka i rzuciłem w otchłań. Przeleciało kilkanaście metrów i odbijając się donośnie od betonowych kręgów wylądowało w wodzie. Pozostało tylko pokręcić kilkanaście razy korbą i zimny płyn był nasz. Połowa zawartości wiadra tradycyjnie wylądowała na ziemi podczas nieudanych prób przelania wody do maleńkiej szyjki butelki, jednak po kilku próbach zapas orzeźwiającego płynu powędrował do naszych plecaków.

– To co, wracamy? – rzekłem do towarzysza po wyjściu na szutrową dróżkę przed chatą.
– Poczekaj, tam ktoś stoi na drodze – odpowiedział Karol.
– Gdzie?… A rzeczywiście…
– Co robimy?

Nie będąc przygotowanym na taką sytuację, po prostu zeszliśmy z drogi i stojąc w zaroślach postanowiliśmy poczekać na rozwój wydarzeń. A ten pozytywnie nas zaskoczył.

Z daleka dobiegł do nas czyjś śpiew. Wychyliliśmy się zza krzaków i przyjrzeliśmy dokładniej sylwetce intruza. Starsza, przygarbiona kobiecina ciągnęła za sobą wózek, raz po raz się zatrzymując, by zerwać rosnące na poboczu zioła i dorzucić je na niemałą stertę leżących już na wózku przedmiotów.

Domyślając się, że może to być właśnie właścicielka gospodarstwa, z którego przed kilkoma minutami pożyczyliśmy wodę podeszliśmy bliżej. Tak, teraz nie mieliśmy już wątpliwości – to baba Olga z trudem ciągnąca wózek z drewnem, które niezabezpieczone żadnym sznurkiem raz po raz spadało na ziemię.

– Zdrastwujtje – powiedzieliśmy na przywitanie.
– Zdrastwuj, co tutaj robicie?  – odpowiedziała nam ubrana w czerwone spodnie i beżową kurtkę kobiecina.
– Zobaczyliśmy tabliczkę na waszym domu, nasz znajomy z Polski ją tutaj zawiesił, też przyjechaliśmy z Polski. Pomożemy wam to całe drewno zawieźć do chatki.
– A wy tutaj przyjechaliście do pracy, czy na delegację? – zapytała Olga.
– Po prostu tak zobaczyć strefę, pofotografować – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– A gdzie będziecie spać? – zainteresowała się kobieta.
– Damy sobie radę, dużo tutaj ciekawych chat.

Ustabilizowaliśmy ładunek, a Karol w jednej ręce trzymając kamerkę, w drugiej zaś sznurek wózka ruszył w stronę ceglanej chaty. Moim zadaniem było asekurowanie zawartości przyczepki tak, żeby jak najrzadziej trzeba było podnosić z ziemi pojedyncze deski. Baba Olga, w chroniącej przed słońcem, babcinej, białej chuście na głowie szła za nami, co chwilę pytając, czy nie jest nam za ciężko. Przy akompaniamencie stwierdzeń typu: “Ja głupia, nabrałam tyle drewna, że sama bym tego do domu nie dociągnęła” w końcu dotarliśmy do jej chatki.

Babcia usiadła na ławie pod oknem swojego domu i widząc nasze zainteresowanie siatką z grzybami, którą trzymała ciągle w ręce zaczęła nam opowiadać:

– A to są lisiczki, a to pidosynowiki… – wymieniała, biorąc do ręki kolejne grzyby.
– O, u nas też niektórzy – wtrącił Karol – nazywają je lisiczkami.
– Tak, tak, to te żółte – dodała Olga, wyjmując z siatki kurkę.
– A powiedzcie  – zapytałem nieśmiało – wy tutaj prądu nie macie?
– Nie, jak ludzie się stąd wyprowadzili, to wszystkie linie od razu ściągnięto.
– A tu żyje jeszcze ktoś poza wami? – zapytaliśmy.
– Nie, żył taki dziadek, jego żona umarła, a on sam poszedł w tym roku po grzyby do lasu i umarł.
– Po grzyby i umarł?! – Karol zapytał z zaskoczeniem.
– No tak – odpowiedziała samosiołka podekscytowana możliwością opowiedzenia kolejnej historii – szukali go potem i nie znaleźli. Jeden policjant poszedł samemu i znalazł. Przyszedł później do mnie i mówi: “Znalazłem dziadka” i okazało się, że Sadowski. No, ale mówię mu – ciągnęła Olga – że przecież jego córka żyje na Trojeszczynie w Kijowie, ale co z tego jak nie mam ani numeru, ani nie wiem, gdzie dokładnie żyje. No i tak sobie pewnie dalej tam leży… A on poszedł po takie właśnie grzyby – powiedziała, wyciągając z siatki jedną kurkę i pokazując nam ją z bliska – i umarł.
– A teraz jego rodzina wie o tym? – dopytywał wciąż Karol.
– No tak, wie – odpowiedziała.
– I on leży tutaj, na cmentarzu w Łubiance? – ciągnąłem temat.
– Nie, on dalej tam w lesie leży, nie zabrali go – rzuciła obojętnie kobieta.
– Nie zabrali go???!! – mój towarzysz aż krzyknął z wrażenia.
– No tak, tak sobie leży, taki syn i taka córka… – odrzekła smutnym głosem.
– A ile to było lat temu? – Karol nie dawał za wygraną.
– A z pół roku już.

Postanowiliśmy zmienić temat:

– A wam tutaj nie nudno samej? – zaczął Karol.
– A ja ciągle mam jakieś zajęcie, wiec nie nudno.
– Dużo ludzi tu przychodzi? – zapytałem swoim łamanym ukraińskim.
– A na groby, na Paschę jak się pozjeżdżało – odpowiedziała podekscytowana wspomnieniami – to pełny cmentarz ludzi był!
– Tutaj na tym cmentarzu?
– Tak, przyjeżdżają rodziców odwiedzić, zmarłych.
– A u Was – dopytywał mój towarzysz – jest rodzina gdzieś w Kijowie?
– Jest, syn żonaty, wnuk 18 lat, skończył 10. klasę i gdzieś poszedł się uczyć.

Karol podszedł z kamerą do siatki z grzybami i skomentował:

– Duże te grzyby nazbierała pani.
– A duże, są też małe.
– Nikogo nie ma, no to nie ma komu zbierać. Nie dziwne, że są duże – dodałem.
– No trzeba je do wody wrzucić, namoczyć, żeby piasek odszedł.
– A my teraz nocą będziemy szli do Prypeci – rzucił Karol znowu zmieniając temat.
– A ja tam żyłam wcześniej, do awarii – odpowiedziała z nostalgią babcia – a potem kto pracował w elektrowni, to nas wysiedlali do Kijowa. A innych na Nikołajew, kto gdzie chciał tam ich wysiedlali. Po całej Ukrainie.

Popsikałem się sprejem na komary. Baba Olga to zauważyła i skomentowała w swoim stylu, mówiąc mi, że oczywiście – można się psikać, ale przecież wystarczy zrobić tak – i pacnęła dłonią w swoje przedramię udając, że zabija komara.

Robiło się coraz ciemniej, więc choć gościnna atmosfera nam się udzieliła, niestety trzeba było wyruszać dalej.

A ja też niedługo wyjeżdżam do Kijowa, kupię co trzeba i od razu tutaj wracam – przerwała ciszę kobieta.
– A tutaj fajnie musi się chyba żyć – stwierdził Karol.
– A tak, cichutko, spokojnie.
– No dobra, to życzymy wam dobrego wieczoru. Do widzenia – odpowiedział po rosyjsku idąc powoli w stronę furtki.
– Do pobaczenia – dodałem, siląc się na najpiękniejszy ukraiński, jaki potrafiłem wypowiedzieć.
– Zamknę za wami – wyrwała się za nami baba Olga.

Nie chcąc, żeby się męczyła powiedziałem, że nie trzeba i jeszcze raz się żegnając wyszliśmy na szutrową drogę.

– I to była właśnie pani Olga, bardzo przyjemnie. Jedyna mieszkająca tutaj pani. Rozwala głowę, no nie? Fakt, że w promieniu wielu kilometrów nie ma zupełnie nic, a tutaj nagle mieszka jedna osoba – zapytał w swoim irytującym mnie wtedy stylu do ciągle nagrywającej kamery Karol.
– No, nie sprawdziły się te informacje, że tutaj mieszkają samosioły niechętne stalkerom, którzy lubią donosić na nich policji – dodałem, żeby nie psuć znajomemu dobrego nagrania.
– E, no coś ty, baba Olga by nas nie podkablowała!
– No, szczególnie, że ona sama tu mieszka półlegalnie – zażartowałem, nie wiedząc jeszcze, że legalność jej mieszkania w Łubiance jest uregulowana prawnie.
– Myślę, że ona nawet nie do końca rozumiała – stwierdził Karol – w jakim my tutaj jesteśmy charakterze.
– Ona tu wszystko może! – skwitowałem i ruszyliśmy w dalszą drogę ku centrum Zony.

Więcej stalkerskich opowieści na stronie internetowej opowiescistalkera.blogspot.com.