Sebastian Marciak: tworząc mapę Prypeci postawiłem na jakość, nie zależy mi na zysku

– Starałem się stworzyć taką mapę, jaką ja sam bym chciał używać. Taką, która byłaby naprawdę pomocą w Prypeci – zawierała wszystkie niezbędne informacje i była niezawodna. Przy jej tworzeniu wczuwałem się jednocześnie w rolę użytkownika, bo zresztą nim jestem – powiedział w rozmowie z Licznikiem Geigera Sebastian Marciak. Twórca planu miasta Prypeć podkreślił, że aby stworzyć plan, przeszedł każdą uliczką i ścieżką w Prypeci, a także obejrzał z bliska każdą budowlę i obiekt. Zaznaczył, że najnowszym wydaniu, poprawiona została m.in. jakość wydruku, a także pojawiły się nowe miejsca. Jednocześnie dodał, że „nawet zawodowi przewodnicy korzystają z tej mapy” i od kilku z nich usłyszał, „że dzięki niej dowiedzieli się wielu rzeczy, o których wcześniej nie wiedzieli”.

Tomasz Róg: Kilka dni temu do sprzedaży trafiła trzecia edycja planu miasta Prypeć oraz kompleksu Czarnobyl-2. Co nowego możemy zobaczyć na tej mapie?

Sebastian Marciak: W stosunku do poprzedniego wydania z zewnątrz wielkich różnic nie ma. Okładka jest bardzo podobna, lecz pojawia się na niej znak Czarnobyl-2. Oznacza to, że wewnątrz znajduje się oprócz planu Prypeci także plan miasteczka wojskowego Czarnobyl-2, a więc plan byłej jednostki wojskowej, gdzie stoi radar Duga – dosyć istotny obiekt w strefie.

Wydanie trzecie jest kontynuacją formy mapy, jaką obrałem w wydaniu drugim, bo to się sprawdziło. Rozmiar jest identyczny. Mapa po rozłożeniu ma wymiary 97 × 67 cm. Zmienił się materiał podłoża z polietylenu na polipropylen, ale to nie jest zauważalna różnica, choć widoczna jest poprawa jakości druku. Mapa jest równie wytrzymała mechanicznie i tak samo wodoodporna. Zmieniła się skala. Ponownie jak w pierwszym wydaniu jest to 1:4000 a nie 1:5000. Daje to lepszą czytelność kosztem niewielkiego obszaru, mało istotnego z punktu widzenia turysty. Musiałem zrezygnować z elektrowni jądrowej i portu. Zachowałem zaś osiedle Leśne w formie wycinka, bo to bardzo ciekawe miejsce choć bardzo rzadko odwiedzane. Znajduje się tam m.in. prypecka izba wytrzeźwień.

Uszczegółowione są obszary na obrzeżach miasta, czyli na południu fabryka prefabrykatów żelbetowych i przylegająca do niej jednostka wojskowa, z której praktycznie nic nie zostało. Po drugiej stronie linii kolejowej dodałem też wartą zobaczenia stację towarową. Na północnym wschodzie uszczegółowiłem fragment sąsiadującej z Prypecią wsi Nowe Szepielicze. Pojawiły się trzy nowe ulice w tym rejonie oraz wiejskie domy z numeracją. Uzupełniłem trochę treści w samej Prypeci. Doszło kilka brakujących wcześniej obiektów, jak np. ŻEK-1 i ŻEK-4, których szukałem przez ostatnie kilka lat dosłownie budynek po budynku. Ostatniej jesieni udało mi się je odnaleźć a przy okazji znalazłem świetlicę Drużba w pierwszej mikrodzielnicy.

Oprócz uzupełnień i kilku poprawek, bo błędy są nieuniknione, dodałem też kilka nowych oznaczeń. Doszły np. centrale telefoniczne, zegary miejskie, wraki pociągów, magazyny paliw. Uzupełniona została sygnalizacja uliczna.

Rozdzieliłem oznaczenie budowli, które są w złym stanie, od tych już zawalonych. Dotychczas było to oznaczone wspólnym symbolem. Poprawki objęły też część tekstową, która jest bardzo obszerna, bo zajmuje całą odwrotną stronę. Zmiany są na pewno znacznie mniejsze względem drugiego wydania niż względem pierwszego ale są widoczne.

Skąd w ogóle pomysł na stworzenie mapy miejsca, do którego dostęp jest w pewnym stopniu ograniczony?

Mapy towarzyszyły mi od dzieciństwa. W szkole podstawowej kolekcjonowałem plany odwiedzonych miast. Miałem każde wydanie planu mojej rodzinnej Gdyni i dzięki nim znałem każdą ulicę w moim nie tak małym mieście, bo to przecież 12. miasto w Polsce.

Zawsze, gdy dokądś jechałem, miałem nawyk zabierania ze sobą mapy i jej przestudiowania przed podróżą. Nie miałem przez to problemu z poruszaniem się po obcym terenie. Obecnie rolę tę pełnią mapy cyfrowe, ale wtedy nie było jeszcze internetu i nawigacji elektronicznych.

Gdy pierwszy raz pojechałem do strefy, a było to w czerwcu 2009 r., takiej mapy mi brakowało. Nie istniał żaden plan miasta Prypeć, nawet z czasów ZSRR. Znalazłem jakieś szkice w internecie stworzone przez stalkerów. Były bardzo mało dokładne i właściwie ciężko było z nich korzystać. Istniały już też Mapy Google ze zdjęciami satelitarnymi Prypeci, które też nie są zbyt pomocne ze względu na duże zazielenienie.

Po dojechaniu na miejsce okazało się, że jest gorzej niż sobie to wyobrażałem. Byłem zupełnie zdezorientowany. Zamiast miasta była zielona dżungla. Nie potrafiłem określić, gdzie jestem – jedynie po słońcu mogłem ocenić kierunek. Przewodnik woził nas mikrobusem, a ja czułem się jak „Jeżyk we mgle”. Pomyślałem sobie wtedy, że bez dokładnej mapy nie ma możliwości samodzielnego poruszania się po mieście.

Przewodnik woził nas tylko głównymi ulicami, bo reszta była nieprzejezdna i nawet na prospekcie Budowlanych w pobliżu Fudżijamy musieliśmy usuwać powalone drzewo. Lokalizację tego miejsca ustaliłem dopiero po latach na podstawie pamiątkowego zdjęcia.

W czerwcu 2012 r. pojechałem po raz pierwszy ze Strefą Zero. Poznałem wtedy m.in. dr. Marka Rabińskiego, który opracował mapę na użytek uczestników wypraw. Stworzył ją na bazie zdjęć satelitarnych, tzn. na obrazie satelitarnym zaznaczył budynki, ulice, zrobił opisy itp. Na pewno spędził nad tym wiele czasu i z map tych skorzystało wiele osób. Dla mnie to też była znaczna pomoc w orientacji po mieście. Dzięki niej zacząłem się orientować w terenie. Wtedy właśnie pomyślałem, żeby zrobić plan miasta z prawdziwego zdarzenia, który miałby formę dużego arkusza zamiast wydruków A4, byłby czytelniejszy, bez podkładu satelitarnego. Słowem taki plan, którego mi właśnie brakowało. Wiedziałem, że gdy taka mapa powstanie, skorzysta z niej bardzo dużo osób. Turystyka do strefy zaczynała się szybko rozwijać. Zdawałem sobie sprawę, że to naprawdę duże wyzwanie, wymagające bardzo dużo pracy i zaangażowania.

Miejsca, które są ogólnodostępne, odwiedziłem wszystkie. Nie oznacza to oczywiście, że moja stopa dotknęła każdego metra kwadratowego miasta, ale przeszedłem każdą uliczką, każdą ścieżką, obejrzałem z bliska każdą budowlę, każdy obiekt. Byłem wewnątrz każdego budynku użyteczności publicznej, odwiedzając w Prypeci m.in. 15 przedszkoli, 5 szkół, około 30 sklepów, punkty usługowe, gastronomiczne itd.

Jak długo gromadził Pan informacje do pierwszej i dwóch kolejnych edycji? Co było najtrudniejszym do stworzenia elementem planu?

Zbieranie informacji zacząłem już w 2009 roku, kiedy to pierwszy raz wyjechałem do strefy, choć jeszcze wtedy nie myślałem o własnej mapie. W każdym razie materiały te przydały się. Gdy rozpocząłem prace nad mapą, intensywność poszukiwania materiałów też się zwiększyła. Najwięcej jednak materiałów to efekt pracy własnej w terenie. Do wypuszczenia pierwszego wydania na rynek w 2014 r. odbyłem siedem wypraw do strefy, w tym dwie bardzo intensywne, kilkudniowe w samotności, to znaczy jedynie z przewodnikiem Dimą Naumienko z Chernobyl Tour.

Poruszałem się własnym samochodem, więc miałem całkowitą swobodę. Mogłem pojechać wszędzie a zakres pozwolenia był tak szeroki, że nie sposób go było w całości wykorzystać. Te dwa wyjazdy zrobiły mi wielką robotę. Miałem już wtedy opracowaną wstępną wersję, ale wszystko musiałem zweryfikować w terenie. Wtedy też, jesienią 2013 r. po raz pierwszy mogłem dotknąć Dugi i przejść się po Czarnobylu-2. Wcześniej te miejsca były niedostępne dla oficjalnie odwiedzających strefę. Od tych wyjazdów upłynęło jeszcze kilka miesięcy aż mapa pojawiła się w sprzedaży.

Każdy następny wyjazd wnosił trochę nowej treści i trochę poprawek. Z kolejnymi wydaniami było już łatwiej, bo baza była gotowa, ale nie całkiem łatwo. Pierwsze wydanie było w zasadzie polskojęzyczne a szybko okazało się, że jest duże zainteresowanie mapą również poza Polską. Postanowiłem opracować wersję wielojęzykową. Wybór padł na rosyjski, ukraiński, polski i angielski.

Stworzenie mapy wielojęzykowej okazało się właśnie tym najtrudniejszym elementem. Doświadczenie podpowiadało mi, że tu mogą być kłopoty. Problemy były wielorakie, począwszy od konwencji zapisu (transkrypcja, transliteracja, tłumaczenie), przez rozmieszczenie tekstów, jakość tłumaczeń a kończąc na zrozumiałości symboli graficznych. Jeden piktogram musiałem zmienić, bo był zrozumiały tylko w kulturze polskiej. Wielki kłopot to oczywiście przekład w tym również na język polski. Musiałem użyć kilku przypisów, żeby wyjaśnić np. czym jest Teremek, Czeburaszka albo Poczemuczka zresztą przepięknie przetłumaczona przez Gałczyńskich jako Dlaczeguszek. Trzeba było też wyjaśnić znaczenie rosyjskojęzycznych skrótowców, np. jak po angielsku wytłumaczyć znaczenie skrótowca ŻEK, czyli polskiego odpowiednika administracji domów mieszkalnych. Musiałem np. objaśnić, co oznacza w systemie radzieckim szkoła średnia, bo to coś innego niż w naszym znaczeniu. Było jeszcze wiele podobnych problemów wynikających właśnie z różnic kulturowych. To właśnie uważam za jeden z trudniejszych elementów mapy.

Jeśli chodzi o część zasadniczą mapy to wielką trudnością było ustalenie przebiegu ulic. Za pomocą zdjęć satelitarnych oprócz kilku głównych dróg jest to niemożliwe. Wiele uliczek jest mocno zarośnięta i trudno dostępna. Wszystko trzeba było ustalać w terenie oraz na podstawie archiwalnych zdjęć. Również ustalenie numerów adresowych wszystkich budynków nie było łatwe i niestety nie udało się tego zrobić w całości. Na mapie umieściłem też krótkie biogramy patronów ulic. Z tym też wiązała się pewna zagadka, bo przez długi czas nie mogłem ustalić kim był Ogniow, którego imię nosi ulica w pobliżu szpitala. Żadna to znana osoba, nazwisko popularne i nawet prypecianie nie znali odpowiedzi. Przypadkowo odkryłem, że jest on pochowany razem z Łazariewem w Janowie w zbiorowej mogile. Zagadka się wyjaśniła. Ostatnim problemem to ustalenie przeznaczenia niektórych budynków. Wciąż mam kilka białych plam w tym zakresie.

Mapa, której jest Pan autorem, zrobiła prawdziwą furorę wśród wielbicieli Zony i przewodników, i to nie tylko w Polsce. Spodziewał się Pan takiego odbioru swojej pracy?

Nie tyle co spodziewałem się, co oczekiwałem takiego dobrego odbioru. Rzeczywiście mapa trafiła do różnych zakątków świata, choć największe zainteresowanie jest tu w okolicy Czarnobyla, czyli w Europie Wschodniej i Środkowej. Starałem się stworzyć taką mapę, jaką ja sam bym chciał używać. Taką, która byłaby naprawdę pomocą w Prypeci – zawierała wszystkie niezbędne informacje i była niezawodna. Przy jej tworzeniu wczuwałem się jednocześnie w rolę użytkownika, bo zresztą nim jestem.

Pierwsze wydanie nie miało szerokich konsultacji z odbiorcami i musiałem się zdać na własne doświadczenie. Podczas prac nad kolejnymi wydaniami mogłem już uzyskać informację zwrotną od użytkowników. Uważnie wsłuchiwałem się w ich uwagi i sugestie. Tak właśnie powstała „niezniszczalna”, wodoodporna mapa, bo wydanie papierowe zbyt szybko ulegało zniszczeniu w rzeczywistych warunkach jej użytkowania, czyli w Prypeci, gdzie trzeba często ją składać, rozkładać, przedzierać się przez krzaki i czasami chodzić nawet w deszczu. Mamy więc produkt wielorazowego użycia, trudny do zniszczenia przy normalnym użytkowaniu, co nie jest w obecnych czasach popularną praktyką. Ja postawiłem na jakość i wolę, żeby użytkownik był zadowolony niż, żeby był zmuszony do kolejnego zakupu. Nie zależy mi na maksymalizacji zysków, bo to nie jest produkt, który traktuję biznesowo. Z tego nie da się żyć i może to jest powód braku podobnego produktu na rynku. Traktuję to raczej jako hobby i pasję. Może właśnie to jest główny klucz do sukcesu. Drugą przyczyną sukcesu może być to, że nie jestem osobą obcą, spoza zony. Ludzie wiedzą, że znam Prypeć i mi ufają. Nawet zawodowi przewodnicy korzystają z tej mapy i usłyszałem od kilku z nich, że dzięki niej dowiedzieli się wielu rzeczy, o których wcześniej nie wiedzieli.

Jeśli chodzi o część zasadniczą mapy to wielką trudnością było ustalenie przebiegu ulic. Za pomocą zdjęć satelitarnych oprócz kilku głównych dróg jest to niemożliwe. Wiele uliczek jest mocno zarośnięta i trudno dostępna. Wszystko trzeba było ustalać w terenie oraz na podstawie archiwalnych zdjęć. Również ustalenie numerów adresowych wszystkich budynków nie było łatwe i niestety nie udało się tego zrobić w całości.

Oglądając pański plan, mam takie nieodparte wrażenie, jakby Pan był we wszystkich zaznaczonych na nim miejscach. Jak blisko jestem prawdy? Pytam, bo plan z jednej strony jest bardzo czytelny, ale z drugiej wręcz poraża dokładnością prezentowanych informacji.

Bardzo blisko. Miejsca, które są ogólnodostępne, odwiedziłem wszystkie. Nie oznacza to oczywiście, że moja stopa dotknęła każdego metra kwadratowego miasta, ale przeszedłem każdą uliczką, każdą ścieżką, obejrzałem z bliska każdą budowlę, każdy obiekt. Byłem wewnątrz każdego budynku użyteczności publicznej, odwiedzając w Prypeci m.in. 15 przedszkoli, 5 szkół, około 30 sklepów, punkty usługowe, gastronomiczne itd. Indeks mapy zawiera ponad 220 takich obiektów a na mapie są zaznaczone obiekty, które nie są wyszczególnione w indeksie, jak np. podstacje elektryczne, gazowe, hydrofornie, przepompownie ścieków, warsztaty, toalety, szopy, garaże. Wszystkie te obiekty zbadałem z bliska.

Odwiedziłem również wszystkie budynki mieszkalne. Większość bloków bardzo pobieżnie ale wchodząc przynajmniej do każdej klatki. Bardzo mnie interesują spisy lokatorów, których już niewiele zostało, tabliczki adresowe i wszystko co identyfikuje dany budynek. W niektórych blokach odwiedzałem mieszkania. Część zupełnie przypadkowa a część należąca dawniej do tych bardziej znanych osób np. Anatolija Diatłowa, Wiktora Briuchanowa, Nikołaja Fomina, Borysa Rogożkina, Władimira Prawika, Aleksandra Esaułowa, Stanisława Konstantinowa, Siergieja Akulinina, Aleksandra Siroty.

Na mapie są jednak cztery obiekty, na terenie których nie byłem. To stacja uzdatniania wody i baza paliw. Pomimo tego udało się je nanieść na mapę metodami „szpiegowskimi”. Trzecim i czwartym są piwnice Jupitera i szpitala, które uważam za zbyt „brudne”, żeby tam wchodzić. Co do szczegółowości, to ma Pan rację – jej poziom jest naprawdę wysoki i raczej niespotykany w innych wydawnictwach mapowych. Sam się czasami zastanawiam czy nie przesadzam np. dodając do tego wydania takie szczegóły, jak centrale telefoniczne, ale dopóki nie ucierpi na tym czytelność, to może stanowić cenną informację dla użytkowników. Chciałbym, żeby na mapie niczego nie brakowało.

Czy możemy mówić o aspekcie edukacyjnym planu? Czy docierają do Pana głosy od turystów, którym mapa pomogła w podjęciu decyzji o wyjeździe do Zony lub po prostu zwiedzaniu Prypeci?

Na pewno w jakimś zakresie mapa poszerza wiedzę o Prypeci czy nawet o tamtych czasach w ogólności. Do strefy wyjeżdża bardzo dużo osób młodych, które urodziły się już po rozpadzie Związku Radzieckiego lub u jego schyłku. Oni nie bardzo rozumieją, jak wyglądało życie w tamtych czasach a zwłaszcza ZSRR. Mapa im to trochę przybliża, wyjaśnia.

Czy mapa pomogła w podjęciu decyzji o wyjeździe? Wiele osób pojechało pierwszy raz do strefy po zakupie mojej mapy, ale nie chciałbym się tu doszukiwać zależności. Prawdopodobnie pojechaliby nawet wtedy, gdyby mapy nie było. Jedno co mogę powiedzieć na pewno to to, że osoby, które zaopatrzyły się w mapę znacznie efektywniej wykorzystały swój czas w Prypeci i nie czuły się tak jak ja w 2009 r. niczym „Jeżyk we mgle”. A czas w zonie jest przecież bardzo ograniczony. Dodatkowo z powodu lokalnej anomalii czas biegnie tam dwukrotnie szybciej. Z tą anomalią to oczywiście żart, ale wiele osób ma takie odczucie. Bardzo dużo osób dziękowało mi za dostarczenie takiego narzędzia, bo tak można ten plan traktować, które oszczędza czas i pozwala dotrzeć tam, dokąd się zaplanuje. Bardzo spodobał mi się pewien komentarz na Facebooku. Brzmiał on mniej więcej tak: „Po przeanalizowaniu mapy Sebastiana Marciaka i obejrzeniu zdjęć Andrzeja Urbańskiego, podczas wizyty w strefie czułem się jakbym ją doskonale znał.” Takie głosy świadczą o wartości mojej pracy i utwierdzają mnie, że robię to dobrze.

Skoro już o turystach mówimy, a pański produkt jest przeznaczony dla nich. Po co w ogóle ludzie jeżdżą do Czarnobyla?

O, to bardzo szeroki temat. Każdy ma jakiś własny powód, choć powody te lubią się powtarzać. Jedni jeżdżą z ciekawości, zobaczyć miejsce trudno dostępne, tajemnicze, owiane mitami, no i często związane z własną przeszłością, bo przecież katastrofa czarnobylska dotknęła nie tylko Ukraińców.

Bardzo duża grupa to amatorzy urbexu, czyli eksploracji miejskiej. Prypeć jest bardzo ciekawym miejscem do eksploracji. Zajmuje bardzo rozległy teren i wciąż kryje wiele tajemnic. Jeździ się też uprawiać buildering, czyli wspinaczkę miejską. Świetnym obiektem do tego celu jest radar Duga. Można spotkać również coraz więcej amatorów geocachingu. Prypeć to bardzo atrakcyjny teren do szukania skrzynek ze względu na ograniczoną dostępność i mnogość miejsc, gdzie skrzynki można ukryć. Był też okres, że sporo osób jeździło łapać Pokemony ale chyba ta moda już przeminęła. Sporo osób odwiedza strefę pod wpływem gier z serii „S.T.A.L.K.E.R.”. Chcą na własnej skórze poczuć strefę, którą znają z komputera.

Kolejna grupa to artyści. Na przykład malarze z rozpylaczami jeżdżą dekorować mury. Tam graffiti utrzymują się bardzo długo. Na przykład „Chłopiec z bańkami mydlanymi” z wesołego miasteczka przetrwał ponad 10 lat zanim został zastąpiony zwierzyną leśną. Część obrazów stała się już symbolem miasta, tej współczesnej Prypeci. Przyjeżdżają filmowcy, publikujący swoje prace na YouTube. Dużo osób przyjeżdża, aby zrobić jakieś ciekawe zdjęcie. Właściwie to zdjęcia robią prawie wszyscy. Fotografowanie jest również nierozerwalną częścią urbexu.

Przyjeżdża też bez wymaganych pozwoleń niewielka grupa osób chcących przeżyć ciekawą przygodę i wykorzystać swoją wiedzę surwiwalową. Nie brakuje im na pewno mocniejszych wrażeń związanych z ukrywaniem się przed patrolami.

Niektórzy jeżdżą, aby po prostu odpocząć od codziennych bodźców, posłuchać ciszy. Jest jeszcze grupa, która zainteresowana jest promieniowaniem. Jeżdżą np. szukać tzw. hotspotów, czyli punktów o znacznie podwyższonym promieniowaniu. Do tej dyscypliny niezbędne jest posiadanie dozymetru. Znam osobę, która jeździ z całym arsenałem sprzętu pomiarowego, będącą w posiadaniu kilkudziesięciu różnych modeli. Spotkałem również osobę, która pojechała sprawdzić dozymetr własnej konstrukcji w terenie. Znam też ciekawą osobę, która pobiera próbki z różnych miejsc a następnie bada je po powrocie pod kątem składu izotopów. Część osób przyjeżdża tez z uzależnienia, bo strefa potrafi uzależniać. Myślę, że nie wymieniłem nawet połowy powodów, dla których ludzi tutaj ciągnie. Pominąłem tu oczywiście osoby, które przyjeżdżają w czysto zawodowym celu, wydelegowani np. przez stację telewizyjną do zrobienia reportażu.

No i niestety jeździ też grupa osób niepożądanych, ale o nich nie chcę mówić, żeby nie robić reklamy zjawisku.

Jedno co mogę powiedzieć na pewno to to, że osoby, które zaopatrzyły się w mapę znacznie efektywniej wykorzystały swój czas w Prypeci i nie czuły się tak jak ja w 2009 r. niczym „Jeżyk we mgle”. A czas w zonie jest przecież bardzo ograniczony. Dodatkowo z powodu lokalnej anomalii czas biegnie tam dwukrotnie szybciej.

Pan sam był wielokrotnie w Zonie. Jaka jest geneza pańskiej przygody z Czarnobylem i Prypecią?

Na początku tego stulecia bardzo się interesowałem systemami wczesnego ostrzegania ZSRR, systemami łączności dalekiego zasięgu, wojskami kosmicznymi itp. Wśród tych zagadnień przewijał się temat Dugi. W 2005 r. wystartował serwis Mapy Google i wtedy na zdjęciu satelitarnym zobaczyłem ogrom tej konstrukcji. Zapragnąłem zobaczyć to z bliska. Nie wiedziałem wtedy jeszcze jak to zrobić, a zdawałem sobie sprawę, że znajduje się on na terenie zamkniętej strefy. W 2008 r. dowiedziałem się, że turyści jeżdżą do strefy. Postanowiłem zrealizować marzenie i na początku 2009 r. zebrałem grupę znajomych i zacząłem organizować wyjazd. Udało się tam pojechać w czerwcu z 7-osobową grupą. Wtedy odwiedziliśmy Prypeć i kilka innych standardowych miejsc. Radaru co prawda nie zobaczyłem z bliska, bo jedynie z drogi łączącej Czarnobyl z Prypecią, czyli z około 6 km, ale poczułem satysfakcję. Po powrocie do domu poczułem jednak niedosyt. Pragnąłem tam pojechać ponownie, ale nie chciałem, żeby ten wyjazd wyglądał podobnie. Chciałem ten niedosyt zaspokoić a nie wrócić z kolejnym.

W 2012 r. postanowiłem pojechać ze Strefą Zero. Wtedy właśnie poznałem m.in. Pawła Mielczarka, dr. Marka Rabińskiego i Andrzeja Urbańskiego. Okazało się, że wyjazd był zupełnie innej, lepszej jakości niż ten z 2009 r. Zobaczyłem znacznie więcej i więcej się dowiedziałem. To mi się spodobało. Spodobała mi się też Prypeć. No i tak już jeżdżę od ośmiu lat. Też jestem trochę uzależniony.

Obserwuje Pan strefę już od wielu lat. Jak ona się zmienia? Możemy mówić tu tylko o postępującej degradacji technicznej budynków, czy też są jakieś zmiany pozytywne?

Największe zmiany zaszły w ciągu kilku lat od ewakuacji ludności. Zmieniła się zupełnie struktura populacji fauny. Strefę opuściły zwierzęta uzależnione od człowieka. Rzadkością jest ujrzenie bociana, gawrona, wróbla, gołębia. Przybyły za to zwierzęta, którym obecność człowieka przeszkadza. Również jeden gatunek został sztucznie introdukowany – z Askanii Nowej sprowadzono kilka stad koni Przewalskiego. Dalsze zmiany są już powolne. Wytwory ludzkiej technologii sukcesywnie niszczeją zostawione same sobie bez bieżącej konserwacji. Z każdym rokiem te zmiany są zauważalne. Główne ulice w Prypeci zmniejszyły swą szerokość o połowę a mniejsze zupełnie zarosły. Przyroda powoli kolonizuje miejsca zmienione ludzką ręką. Każdego roku roślinność jest bujniejsza. Mamy coraz więcej zieleni. To niby pozytywne zjawisko. Ja jednak wolałbym, aby zarząd strefy panował nad zielenią w Prypeci i na bieżąco usuwał samosiejki. Przyczyniłoby się to również do częściowego odkażenia miasta, gdyż część radionuklidów zabierają ze sobą rośliny. Te osiem kilometrów kwadratowych bez nadmiernej zieleni nikomu by nie zaszkodziło. Nieopanowana roślinność przyczynia się do degradacji budowli oraz uniemożliwia poruszanie się człowieka. Wolałbym, aby stan miasta został zachowany w formie skansenu jako miasto-muzeum. Podobnego zdania jest wiele osób. Znając ukraińskie realia to proces degradacji jest już nieodwracalny, więc Prypeci niedługo nie będzie a szkoda. Można by jedynie spowolnić proces poprzez usunięcie destruktywnej roślinności, ale na to też potrzeba woli zarządu strefy a takiej brak.

O naprawie zniszczonych budynków nie ma już mowy, choć teoretycznie byłoby to możliwe. Przykładowo w Kłominie koło Bornego Sulinowa niedawno wyremontowano zupełnie zniszczony blok – pozostałość po Armii Radzieckiej, która opuściła to miejsce w 1993 r. Teraz jest wynajmowany turystom. Widziałem również w Czechach całe osiedla zniszczonych radzieckich bloków, np. Ralsko, które się remontuje i oddaje na nowo do użytkowania. Da się to zrobić. Elektryczność i woda są w mieście, więc byłoby łatwiej. To wszystko można by zrobić niewielkim kosztem. Wystarczyłoby na początek odremontować Hotel Polesie i oddać go turystom. Wiele prac mogliby wykonać wolontariusze. Do tego potrzebne są jednak duże zmiany w myśleniu władz ukraińskich, a to raczej nie do zrealizowania. Silnie dostrzeganą zmianą w strefie jest nowy sarkofag, który jesienią 2016 r. przykrył IV blok wraz ze starym sarkofagiem. Ta konstrukcja to majstersztyk inżynierii mocno kontrastujący z poziomem technicznym elektrowni. Jest to na pewno pozytywna zmiana, zwłaszcza w wymiarze ekologicznym i bezpieczeństwa radiacyjnego.

Wolałbym, aby stan miasta został zachowany w formie skansenu jako miasto-muzeum. Podobnego zdania jest wiele osób. Znając ukraińskie realia to proces degradacji jest już nieodwracalny, więc Prypeci niedługo nie będzie a szkoda.

Czy z biegiem lat zmieniają się także upodobania turystów – czy też one są stałe, tj. odwiedziny w Czarnobylu, Prypeci i elektrowni?

Jeśli traktować turystę indywidualnie to upodobania osobiste się raczej nie zmieniają. Co najwyżej rozszerzają się na coraz więcej obiektów w strefie w zależności od możliwości, jakie oferuje dana wyprawa. Osoby, które już wcześniej były w strefie, chcą odwiedzać coraz to nowsze miejsca. Pierwsze wyjazdy turystyczne koncentrowały się wokół zwiedzania Czarnobyla, witacza, kilku obiektów Prypeci i pawilonu widokowego przy elektrowni. Z czasem zwiększały się oczekiwania turystów ale też i możliwości w strefie. Dopuszczano dla zwiedzania coraz więcej obiektów jak. np. Dugę, niedokończone bloki V i VI czy możliwość zwiedzenia elektrowni. Pojawił się też nowy obiekt – nowy sarkofag. Również i Prypeć jest dzisiaj szerzej eksplorowana niż kiedyś. Jeśli zaś traktować turystów jako statystyczną populację to widać trochę zmian. Ich główną przyczyną jest rozwój technologii i jej coraz większa dostępność. Na przykład rozwinęła się turystyka związana z geocachingiem czy łapaniem Pokemonów. Coraz częściej możemy też zobaczyć drony z kamerami latające nad strefą.

Który aspekt Strefy Wykluczenia lubi Pan najbardziej? Historię, ludzi, przyrodę czy może technikę i opuszczone budynki?

Najbardziej fascynuje mnie historia zamknięta w budowlach, ruinach, artefaktach. Odkrywanie pierwotnego przeznaczenia obiektów, rekonstruowanie przeszłości, w tym przeszłości człowieka w danym miejscu. Archeologia współczesności. Wiele obiektów na mapie jest już silnie zdegradowana lub przestała istnieć. Przykładem jest jednostka wojskowa 01515, gdzie można jeszcze odnaleźć resztki fundamentów i nic więcej. Coraz więcej zawalonych budynków. W niedalekiej przyszłości takich miejsc w Prypeci będzie przybywać aż nie zostanie już nic. Jednym ze sposobów, żeby zachować pamięć o tym miejscu, jest właśnie mapa.

Pozwolę sobie zapytać także o Pana stronę internetową www.marciak.pl. Przyznam szczerze, że np. nigdzie indziej nie spotkałem tak dokładnego opisu systemu radarowego Duga. A takich perełek jest tam więcej. Rozumiem, że strona jest miejscem dla informacji, których nie udało się umieścić na mapie?

Jak już wcześniej mówiłem, zanim zacząłem jeździć do Czarnobyla to właśnie systemy radarowe były moim konikiem. Dosyć dobrze zgłębiłem ten temat i chciałem trochę informacji opublikować. Moja strona miała przede wszystkim pełnić funkcję fotobloga z moich urbexowych wypraw, na które jeżdżę razem z Tomkiem Gawłem, którego zresztą też poznałem w 2012 r. na wyprawie ze Strefą Zero. Nasze zainteresowania krążą wokół pozostałości po Zimnej Wojnie i po Armii Radzieckiej. Na Ukrainie odwiedziłem wszystkie instalacje wczesnego ostrzegania, m.in. RO-4 w Sewastopolu, RO-5 w Mukaczewie, no i oczywiście Dugi.

Instalacja sewastopolska robi niesamowite wrażenie gdyż wkomponowana jest w przepiękne klify Krymu. Byliśmy też w wielu innych ciekawych miejscach, np. w Skrundzie-1 na Łotwie. Zjeździliśmy też sporo miejsc w byłej NRD ale również Węgry, Czechy, Litwę, Bułgarię. Całą masę zdjęć nadal trzymam w szufladzie, bo brakuje mi czasu, żeby je posegregować, opracować i opublikować. Z uwagi na pracę nad mapą częściej zamieszczałem zdjęcia związane ze strefą niż z innymi miejscami a po publikacji mapy zacząłem traktować moją stronę jako jej uzupełnienie, pokazując zdjęcia ciekawszych miejsc zaznaczonych na planie ze wskazówkami, w którym miejscu się znajdują tak, aby można było łatwo do tych miejsc dotrzeć lub zdecydować czy warto tam iść.

Na koniec zapytam co dla Pana osobiście oznacza Czarnobyl? Jakie jest pańskie skojarzenie związane z nazwą tego ukraińskiego miasteczka?

Zanim zacząłem jeździć do strefy, nazwa Czarnobyl kojarzyła mi się ze smakiem płynu Lugola oraz relacjami telewizyjnymi z zasypywania reaktora i z wypadku śmigłowca, który zaczepił wirnikiem o liny dźwigu. To mi mocno utkwiło w pamięci. Z czasem, gdy zacząłem odwiedzać strefę, skojarzenia się zmieniły. Teraz mam przed oczami raczej współczesne wydarzenia niż historyczne. Setki poznanych osób. Wiele zawiązanych przyjaźni. Miłe chwile związane z wyjazdami. Nawet płyn Lugola zmienił swój smak na smaczną, ukraińską kuchnię.

Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Ja również dziękuję.


Sebastian Marciak – inżynier poligrafii, absolwent Wydziału Geodezji i Kartografii Politechniki Warszawskiej, eksplorator miejski, uczestnik wielu wypraw do Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia, autor planu miasta Prypeci, a także strony internetowej marciak.pl.