Licznik Geigera
35. rocznica katastrofy w Czarnobylu

Andriej Mizko: Czarnobyl był jak wojna

Przelot helikopterów Mi-6 na trasie Czernihów-Boryspol-Czernihów. Fot. С. Вараксін / National Museum Chernobyl

W Muzeum Narodowym „Czarnobyl” w Kijowie znajduje się osobna ekspozycja poświęcona załogom wojskowych helikopterów, które z narażeniem zdrowia i życia przelatywały nad zniszczonym reaktorem. Jednym z bohaterów wystawy jest nawigator Andriej Aleksandrowicz Mizko, który od 5 do 27 maja 1986 r. służył w Zonie. Oto jego wspomnienia przekazane pracownikom muzeum.

Materiał powstał we współpracy z Muzeum Narodowym „Czarnobyl” w Kijowie

Andriej Mizko, Fot. National Museum Chernobyl
Młodość

Andriej Mizko urodził się 15 stycznia 1960 r. w Ferganie w Uzbekistanie w rodzinie wojskowych. Zasadniczą służbę wojskową odbywał od maja 1979 r. do września 1980 r. W latach 1980-1984 studiował w Wyższej Wojskowej Szkole Lotniczej w Woroszyłowgradzie (obecnie Ługańsk).

Pierwsze doniesienia o wypadku

– W 1986 r. byłem porucznikiem i służyłem jako nawigator śmigłowca wielozadaniowego Mi-6 w (332. – przyp. red.) Gwardyjskim Pułku Śmigłowców (jednostka wojskowa nr 55745), który stacjonował w miejscowości Pribyłowo w rejonie wyborskim obwodu leningradzkiego. Nasze lotnisko znajdowało się pobliżu Zatoki Fińskiej, niedaleko granicy z Finlandią – wspominał.

W chwili wybuchu jego eskadra przebywała w specjalnym ośrodku w mieście Sudak na Krymie. Wojskowi lotnicy od 13 do 27 kwietnia przechodzili tam „szkolenie przed wyjazdem do Afganistanu w celu wypełnienia międzynarodowego obowiązku (tak wtedy nazywano udział w działaniach wojennych w tym kraju)”. W dniu wyjazdu żołnierze usłyszeli w telewizji tylko bardzo krótką wiadomość o wypadku w elektrowni jądrowej w Czarnobylu i – jak zaznaczył Mizko – „nikt z nas wtedy nie przywiązywał do tego dużej uwagi.”

Alarm

– Już po powrocie do Pribyłowa – wieczorem, 30 kwietnia – zaalarmowano cały nasz pułk i ogłoszono, że w najbliższym czasie mamy przerzucić się na lotnisko w Czernihowie. Wtedy po raz pierwszy dotarło do nas, że w elektrowni jądrowej zdarzyło się coś poważnego – mówił nawigator. Dodał, że w trakcie przygotowań do misji dotarł do jednostki telegram z rozkazem wysłania nie całego pułku, lecz ośmiu załóg helikopterów Mi-6, które posiadały zezwolenia na latanie z ładunkiem na zewnętrznym zawiesiu. – Wśród załóg wybranych z dwóch eskadr była nasza w składzie – kapitan Piotr Michaiłowicz Fiodorow, drugi pilot Siergiej Nikołajewicz Kuchariec i ja – zaznaczył.

5 maja lotnicy zostali przetransportowani na lotnisko Wyższej Wojskowej Lotniczej Szkoły Pilotów, gdzie przekazano im śmigłowce Mi-6, którymi wcześniej nad elektrownią latały załogi 51. Gwardyjskiego Pułku Śmigłowców z miasta Aleksandria w obwodzie kirowogradzkim na Ukrainie. – Geograficznie ta jednostka była najbliżej centrum wydarzeń, więc jako pierwsi dotarli do strefy i pracowali tam od 27 kwietnia do 3 maja. Nie spotkaliśmy tych chłopaków. Zanim przylecieliśmy, załogi już wyjechały do swoich jednostek. W tym czasie nad reaktorem latali już piloci, którzy przybyli do Czernihowa z różnych okręgów wojskowych Związku Radzieckiego. W Czernihowie spotkałem swoich kolegów ze szkoły wojskowej, którzy przylecieli do strefy z Uzbekistanu, Zabajkala i Białorusi – opowiadał Mizko.

Ołów i loty nad reaktorem

Wkrótce po przylocie do Czernihowa eskadra Mizki otrzymała rozkaz przelotu na lotnisko Boryspol koło Kijowa. Tam czekał już przetransportowany samolotami Ił-65 ładunek ołowiu – był to śrut myśliwski, który był pakowany w 10-kilogramowe worki. Helikoptery Mi-6 szybko przetransportowały ołów do trzech stref załadunkowych, położonych w odległości 12 kilometrów od elektrowni jądrowej.

– Podczas jednego lotu zrzucaliśmy na reaktor czwartego energobloku po jednej tonie ołowiu. To 100 worków po 10 kilogramów. Wsypywano je do wycofanych z eksploatacji spadochronów hamujących samolotów myśliwskich, przywiązywano do specjalnego przewodu o długości 10-15 metrów, a następnie zaczepiano do zewnętrznego zawieszenia śmigłowca. Prace nad zawieszeniem ładunku nadzorowali technicy i mechanicy pokładowi naszych helikopterów – wspominał likwidator.

Samym załadunkiem ołowiu do spadochronów zajmowali się tzw. „Partyzanci”, czyli żołnierze rezerwy. – Musieli pracować w bardzo trudnych warunkach – jestem tego świadkiem. W tamtych chwilach unosiły się tumany pyłu. A głośno nazywane „strefy załadunku” w rzeczywistości były zwykłymi polami bez żadnej osłony, więc ci rezerwiści zdrowo tam „wyłapali” promieniowania. Co więcej, mieszkali w pobliżu w miasteczku namiotowym. My po lotach wracaliśmy do bazy w Czernihowie, gdzie mieliśmy okazję wziąć prysznic, odpocząć w normalnych warunkach, a oni… – opowiadał Mizko w rozmowie z pracownikami Muzeum Narodowego „Czarnobyl” w Kijowie.

– Jak się później dowiedziałem, chłopaki z pułku aleksandryjskiego zrzucali do zniszczonego reaktora dolomit, piasek i jakieś mieszanki, a my tylko ołów. Ponadto trzy załogi naszej grupy (podpułkownika Anatolija Wasiliewicza Kosenki, podpułkownika Borysa Siergiejewicza Kukuszkina i majora Władimira Iwanowicza Michajłowa) zrzucały na reaktor także płynny kauczuk w 600-litrowych polietylenowych pojemnikach. W ten sposób starano się ograniczyć wznoszenie się radioaktywnego pyłu – mówił.

Dodał, że śmigłowce Mi-6 mogły udźwignąć nawet ośmiotonowy ładunek, a na reaktor zrzucano tylko ładunki o wadze do jednej tony. Waga ładunku była ograniczona, by w przypadku chybienia nie uszkodzić konstrukcji sąsiedniego trzeciego energobloku.

Promieniowanie

– Po wykonaniu zadania nad elektrownią jądrową polecieliśmy na lotnisko w pobliżu wioski Malejki między Czernihowem a Czarnobylem, aby dezaktywować helikoptery. Tam najpierw specjaliści – chemicy mierzyli stopień skażenia naszego sprzętu, a następnie traktowali go jakimś roztworem z węży strażackich. Po umyciu wykonali drugi pomiar. Jeżeli poziom skażenia radioaktywnego kadłuba przekraczał 850 milirentgenów na godzinę, wtedy helikopter pozostawiano w Malejkach na dodatkową dezaktywację. Tak też stało się z naszą maszyną. Musieliśmy wracać do Czernihowa innym helikopterem – wspominał Mizko. Dodał, że „szczególnie »brudne« były silniki, bo podczas pracy intensywnie zasysały radioaktywny pył. Ich skażenie liczone było w dziesiątkach rentgenów”.

Mizko zaznaczył, że śmigłowiec Mi-6 to bardzo dobra i niezawodna maszyna. Jednak w przeciwieństwie do helikopterów Mi-8 czy Mi-24 nie posiadała systemu filtrująco-wentylacyjnego, więc radioaktywny pył mógł się bez przeszkód przedostać do wnętrza kokpitu. Zabezpieczeniem przed nim były jedynie maski.

Dodatkowe zabezpieczenie przed promieniowaniem stanowiły cienkie płytki ołowiane, którymi wyłożono podłogę, a także worki z ołowiem na oparciach siedzeń. – To w jakiś sposób ochraniało przed promieniowaniem. A jego poziomy nad zniszczonym reaktorem na początku maja były dość wysokie. Kiedy lecieliśmy pierwszy raz, aby zrzucić ładunek i weszliśmy na kurs bojowy (wysokość – 200 metrów, prędkość – 120 km/h), to przed nami pod kątem 45 stopni leciał śmigłowiec rozpoznawczy Mi-8. A ponieważ utrzymywaliśmy z nim łączność radiową na jednej częstotliwości, to usłyszałem raport do kierownika lotów, że nad reaktorem zmierzono 350 rentgenów. To wszystko na tej samej wysokości 200 metrów – mówił likwidator.

Dozymetry

Mizko opowiadał, że na pokładach helikopterów nie było dozymetrów. – Każdego ranka przed lotem otrzymywaliśmy dozymetry osobiste DKP-50. Ale chyba leżały one gdzieś w magazynach rezerwy, bo w większości nie działały. Po pierwszych lotach nad reaktorem zaczęliśmy sprawdzać ich odczyty – we wszystkich były różne: w jednym 0, w drugim 20, a w trzecim 5. I to pomimo faktu, że podczas lotu wszyscy siedzieliśmy w jednej kabinie w maksymalnej odległości 1-1,5 m od siebie – stwierdził.

Później lotnikom wydano dozymetry osobiste ID-11. Jednak do odczytu pomiaru potrzebny był specjalny czytnik, który znajdował się jedynie na lotnisku. Zdaniem likwidatora taka kontrola była bardzo niewygodna. – W końcu zapisano mi dawkę 11 rentgenów, wyliczoną według liczby lotów nad reaktorem. Wtedy byłem całkiem zadowolony z tej liczby, ponieważ od samego początku ostrzegano nas, że po przekroczeniu dawki 25 rentgenów mogą odsunąć nas od latania, a ja w żadnym razie tego nie chciałem – wciąż planowałem latać i latać – mówił.

22 dni służby

Dni w Zonie nie różniły się od siebie. Lotnicy wstawali codziennie o godz. 4 rano, na stołówkę trafiali o godz. 5.30. Po śniadaniu przechodzili kontrolę medyczną i otrzymywali swoje zadania do wykonania. Loty rozpoczynały się o godz. 8-9 rano. Załogi wracały na czernihowskie lotnisko późnym wieczorem, zwykle po godz. 21.

– Początkowo zapowiedziano nam, że pozostaniemy w strefie przez trzy dni: „Po prostu zbombarduj reaktor i do domu!”. Ale okazało się, że nie trzy lecz 22 dni, ponieważ musieliśmy poczekać na przybycie innych załóg, które miały nas zastąpić – wspominał Mizko.

Po Czarnobylu

Lotnicy po powrocie do bazy w Pribyłowie natychmiast zostali wysłanie do szpitala w mieście Gatczyna w obwodzie leningradzkim. – Tam badano nas przez dwa tygodnie, a następnie dowództwo pułku zapewniło wszystkim po 10 dni urlopu. Po hospitalizacji na pierwszej stronie mojej książeczki zdrowia pojawiła się szeroka ukośna linia i napis „Czarnobyl V-86”. Najwyraźniej było to ostrzeżenie dla innych lekarzy, że miałem już do czynienia z promieniowaniem jonizującym – mówił wojskowy.

We wrześniu 1986 r. eskadra, w której służył Mizko, wyleciała do Afganistanu. Lotnicy przebywali tam aż do lutego 1987 r. Po powrocie Mizko służył w pułku śmigłowcowym w mieście Mogocza na terenie Zabajkalskiego Okręgu Wojskowego. W 1992 r. został nawigatorem bombowca strategicznego Tu-95M w pułku lotnictwa dalekiego zasięgu w mieście Uzyn koło Białej Cerkwi na Ukrainie.

– Potem zostałem przeniesiony do Boryspola na stanowisko nawigatora helikoptera Mi-6. Polatałem jeszcze przez kilka lat. Zakończyłem swoją służbę wojskową jako szef sztabu eskadry śmigłowców. W 1995 r. ze względów zdrowotnych zostałem zwolniony z pracy lotniczej, a w 2000 r. w ogóle z Sił Zbrojnych Ukrainy – opowiadał Mizko.

Czarnobyl jak wojna

Mizko podkreślał, że w 1986 r. likwidatorzy pracowali na granicy ludzkich możliwości i robili wszystko, aby zminimalizować skutki awarii. – Jednocześnie nie myśleliśmy o żadnych korzyściach, nagrodach czy pieniądzach. W tamtym czasie o tym nie dyskutowano. Gdy dyrektor lotów po kolejnym wezwaniu do reaktora powiedział przez radio: „Chłopaki, świetnie!”, to była nasza najwyższa nagroda, emocjonalnie wspierająca w tej trudnej sytuacji – mówił w rozmowie z pracownikami Muzeum Narodowym „Czarnobyl” w Kijowie.

– Teraz, podczas spotkań z młodzieżą, często jestem pytany o to: „Gdzie było bardziej niebezpiecznie – w Czarnobylu czy w Afganistanie?” Pytanie nie jest do końca poprawne, bo trudno porównać sytuację na wojnie i likwidację skutków wypadku radiacyjnego. Ale odpowiedzieć trzeba, więc mówię, że w pewnym sensie łatwiej było w Afganistanie. Tam widzisz, skąd do ciebie strzelają – możesz nabrać wysokości, opuścić ostrzeliwany obszar i odpowiedzieć ogniem na ogień. W Czarnobylu wróg jest niewidzialny. Z Afganistanu wróciłem cały i zdrowy – dobrze. A atom jest niebezpieczny, ponieważ pożera cię latami. Ile już moich przyjaciół i znajomych już od niego umarło! – podkreślił Mizko.

Dodał, że czas przebywania na misji w Czarnobylu lotnikom zaliczono jak czas spędzony na wojnie – jeden dzień liczył się jako trzy. – Moim zdaniem to było bardzo sprawiedliwe, bo to, co wtedy działo się w strefie, pod wieloma względami przypominało wojnę – zaznaczył.

–  A czego uczy nas ta historia? Jeśli ludzie zapomną o zagrożeniu wojną, to ona w każdej chwili może o sobie przypomnieć. Dlatego – moim zdaniem – ludzkość nie powinna zapominać o lekcjach z Czarnobyla, aby nie powtarzać popełnionych wówczas błędów!” – zakończył.

Andriej Mizko w 2001 r. został odznaczony orderem „Za odwagę” trzeciego stopnia. 15 stycznia 2021 r. likwidator skończył 61 lat.

Zobacz zdjęcia:

Materiał powstał we współpracy z Muzeum Narodowym „Czarnobyl” w Kijowie. Zapraszamy na strony internetowe muzeum chornobylmuseum.kiev.ua oraz jego profil na Facebooku.