Andrzej Urbański: w Strefie Wykluczenia najważniejsi są ludzie i przyroda

– W tamtym momencie nasz świat runął w gruzach. Oto przyszła niewidzialna siła, która jest w stanie zniszczyć wszystko. Wtedy słowo Czarnobyl nabrało znaczenia i emocji – tak pierwsze dni po awarii w rozmowie z Licznikiem Geigera wspomina Andrzej Urbański, uczestnik już trzynastu wypraw do Strefy Wykluczenia. Autor strony internetowej andrzej56urbanski.blogspot.com podkreśla, że Zona wciągnęła go bez reszty, a najważniejszy jej aspekt to ludzie i bujna przyroda. Przekazuje również kilka rad dla „czarnobylskich turystów”: „Największe niebezpieczeństwo to możliwość urazów mechanicznych. Można bardzo łatwo wpaść w jakąś dziurę, najłatwiej na piątym bloku, a w Prypeci do studzienki, której pokrywę ukradli złomiarze. Promieniowanie nie jest groźne, jeśli znane są zasady postępowania”.

Tomasz Róg: Co dla Pana oznacza nazwa Czarnobyl? Pytam o to specjalnie na początku, ponieważ interesuje mnie pańskie pierwsze skojarzenie związane z tym miejscem.

Andrzej Urbański: Słowo Czarnobyl pojawiło się w moim życiu w 1986 roku. Do awarii nie wiedziałem, że takie miejsce w ogóle istnieje. Samo słowo nie miało żadnego znaczenia. Awaria zmieniła to dramatycznie.

26 kwietnia 1986 r. – ta data zapisała się na stałe w historii ludzkości. Jak Pan wspomina pierwsze chwile, gdy dotarła do Pana informacja o katastrofie reaktora na Ukrainie?

Nie pamiętam dokładnie, ile dni po awarii w Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej im. Włodzimierza Ilicza Lenina taka informacja ostała ogłoszona w Polsce. W kwietniu 1986 roku miałem 30 lat, moje córki – bliźniaczki – Karolina i Katarzyna miały cztery lata, a żona 29 lat. Celowo podaję nasz wiek, bo w tamtym momencie nasz świat runął w gruzach. Oto przyszła niewidzialna siła, która jest w stanie zniszczyć wszystko. Wtedy słowo Czarnobyl nabrało znaczenia i emocji. Te emocje to przede wszystkim złość, strach i bezsilność. Cóż mogliśmy wtedy zrobić? Nasze wyobrażenia podsycały wszystkie katastroficzne filmy typu „Ostatni brzeg”, The Day After” i wiele innych. Wyobrażałem sobie niesamowite rzeczy – śmierć, spustoszenie. Z telewizorów biła groza. Sprzeczne informacje, jakie docierały do społeczeństwa, nie były optymistyczne. Cały świat zamarł i oczekiwał najgorszego. Pracowałem wtedy na Politechnice Białostockiej jako pracownik naukowo-dydaktyczny. Chcieliśmy wypożyczyć sprzęt wykrywania skażeń z uczelnianej jednostki Obrony Cywilnej, ale nie udało nam się.

W dniu awarii moje córki przebywały cały dzień w ogródku działkowym z moimi rodzicami. Było słonecznie, piękna pogoda, o ile dobrze pamiętam, to była sobota. Dopiero jak sobie uświadomiliśmy z żoną, że dzieci tego dnia były cały czas w skażonym powietrzu, ogarnęło nas przerażenie. Spodziewaliśmy się najgorszego.

Pamiętam, jak mój ojciec ze swoim przyjacielem prof. Bieleckim jeździli całą noc po wszystkich znajomych i rozwozili płyn Lugola. Nasze córki wypiły ten płyn i zwymiotowały. Powtórnie nie udało się go podać. Pamiętam poczucie ogromnej bezradności i strach.

W pańskim wywiadzie dla „Kuriera Porannego” przeczytałem takie zdanie, że aż do 2009 r. nie myślał Pan o Czarnobylu. Co było tym impulsem, który doprowadził do tego, że zdecydował się Pan zobaczyć Zonę?

Nie myślałem o Czarnobylu – awaria zeszła na dalszy plan, informacji było coraz mniej. Docierały wiadomości o budowie sarkofagu. Nie sprawdziły się żadne informacje, które budziły grozę. Powoli, w natłoku zdarzeń dnia codziennego, myśl o Czarnobylu umykała. Nie było już histerii. Tak mijały lata.

Czarnobylem zainteresowałem się przypadkiem. Dotarła do mnie informacja o tym, że można pojechać do strefy. Poza tym dostałem od córek w prezencie grę „S.T.AL.K.E.R.”. Grałem w nią dość długo, mam wszystkie części. Zafascynowała mnie strefa przedstawiona w tej grze. Nie dlatego, że spodziewałem się jakiś apokaliptycznych widoków, ale pojawiła się myśl, że może warto tam pojechać. W internecie znalazłem szereg informacji, które jak zwykle bywa, są i wartościowe, i nic nie warte. Pamiętam stronę Eleny Filatowej, która rzekomo zwiedziła strefę, jeżdżąc na motocyklu. Później znalazłem gdzieś informację, że owszem wypożyczyła samochód i motocykl, który był tylko dodatkiem do zdjęć. Jak było naprawdę, trudno ocenić.

Czarnobylem zainteresowałem się przypadkiem. Dotarła do mnie informacja o tym, że można pojechać do strefy. Poza tym dostałem od córek w prezencie grę „S.T.AL.K.E.R.”. Grałem w nią dość długo, mam wszystkie części. Zafascynowała mnie strefa przedstawiona w tej grze.

Od 2009 r. minęło osiem lat. W tym czasie był Pan aż trzynaście razy w Zonie. Jaka jest pańska główna inspiracja do kolejnych odwiedzin tego miejsca?

Nie chciałbym nikogo zanudzać, ale muszę opowiedzieć o genezie pierwszej wyprawy. Czytałem wiele informacji o strefie, awarii. Też trzeba było umieć ocenić ich wartość.

Przez przypadek, chyba w 2008 roku, znalazłem informację, że firma BISPOL z Krakowa organizuje wyjazd do strefy. Decyzja o wyjeździe w zasadzie zapadła od razu. Początkowo moje córki chciały pojechać ze mną, ale zrezygnowały. Przygotowania do wyjazdu trwały wiele miesięcy, kupiłem dozymetr Terra-P w ukraińskiej firmie Ecotest. Kupiłem mundur Bundeswehry, buty wojskowe, całe potrzebne wyposażenie. Informacja, jaką otrzymaliśmy od organizatora wyjazdu, nakazywała wręcz spalenie butów i odzieży po powrocie.

Ta pierwsza wyprawa utkwiła mi w pamięci bardzo dokładnie. Dojazd do Kijowa, z Kijowa wyjazd do strefy ukraińskim autokarem, powrót do Kijowa, powrót do Polski. Wszystko. W zasadzie nic szczególnego, ale ten wyjazd dał mi spełnienie. Oto stanąłem na placu centralnym Prypeci. Był to wyjazd jesienny, przełom września i października. Było już chłodno, deszcz nie padał, ale powietrze było wilgotne.

Wjeżdżaliśmy do Strefy Wykluczenia od południa przez punkt kontrolny w Dytjatkach. Potem minęliśmy Czarnobyl i poprzez punkt kontrolny w Lelowie wjechaliśmy do strefy bezwarunkowego wysiedlenia. Przejeżdżając przez Czerwony Las, doznaliśmy niesamowitych emocji. Rozdzwoniły się nasze dozymetry. Moja Terra-P dzwoniła, sygnalizując poziom promieniowania w okolicach 5 µSv. Czy to dużo? Na Ukrainie granica bezpieczeństwa to 0,3 µSv i tak ustawiony jest próg alarmu w Terra-P. W tamtym czasie Ecotest produkował różne dozymetry. Ja kupiłem najprostszy i okazało się, że przysłano mi wersję eksportową, gdzie próg alarmu był fabrycznie ustawiony na 1 µSv. Oczywiście, można sobie ustawić dowolny poziom alarmu. Teraz zawsze ustawiam 9 µSv, a więc Terra-P nie włącza alarmu z byle powodu.

Prypeć studiowałem na mapach Google. Oglądałem zdjęcia. Żyłem tym miejscem. Podczas pierwszego wyjazdu spędziłem w Prypeci może trzy, może cztery godziny. Byliśmy prowadzeni przez przewodników, tłumaczkę, opiekunkę z jakichś służb. Pokazano nam charakterystyczne miasta: plac centralny z pałacem kultury „Energetyk”, hotelem „Polesie” i tuż za tymi budynkami park miejski. My powiedzielibyśmy „Wesołe Miasteczko”. Oczywiście, charakterystyczny symbol miasta – Diabelski Młyn. Tuż za Diabelski Młynem skręciliśmy w alejkę, która doprowadziła nas do ulicy Sportowej, a ta na wprost Domu Usług pod nazwą „Jubileuszowy”. W tym czasie nie znałem jeszcze nazw ulic, pomimo studiowania map, nie zapamiętałem ich nazw. Teraz już pamiętam. To miejsce jest bardzo popularne. Jest tam niewielki placyk, na którym w tej chwili zatrzymuje się autokar ze zwiedzającymi. Jest to skrzyżowanie kilku ulic Sportowej, Hydroprojektowanej, Łazariewa i Obrońców Stalingradu.

Ulica Sportowa prowadzi do ulicy Lesi Ukrainki – fabrycznej części miasta. Przy tej ulicy zobaczyliśmy dwa niezwykłe miejsca – szkołę nr 3 i basen. Mój zachwyt podczas tego krótkiego spaceru był ogromny. Oto spełniło się. Chodzę po Prypeci. Do niedawna wydawało mi się to nierealne, a teraz proszę, jestem tu. Szkoła nr 3, którą obejrzałem pobieżnie, tylko stołówka z rozsypanymi maskami przeciwgazowymi, korytarz i szybko na basen. Zwiedzanie to odbywało się pośpiesznie. Byliśmy w zasadzie poganiani przez opiekunów. Szybko, szybko. Tego nie wolno, tu nie wolno. Wyjechaliśmy z Prypeci z poczuciem niedosytu. Potem szybko stela Prypeć w rozwidleniu dróg, placyk widokowy przy sarkofagu i miasto Czarnobyl. Sarkofag widziany z placyku widokowego robił ogromne wrażenie. Tutaj też dozymetry pokazały około 5 µSv. W zależności od pogody, bywało tam mniej lub więcej.

Miasto Czarnobyl zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Wydawało mi się miastem równie wymarłym co Prypeć, chociaż co chwilę można było zobaczyć idących ludzi. Pracownicy strefy ubrani byli w mundury. Nie znałem wtedy munduru ukraińskiego, więc całe miasto wydawało się zmilitaryzowane. Nic bardziej mylnego, to po prostu ubrania robocze w ciekawym kamuflażu. Pierwsze, ogromne wrażenie zrobiło rozmieszczenie rur CO, które biegły przez całe miasto przy ulicach, wśród domów, nad powierzchnią ziemi. Na nasze zapytanie przewodnik powiedział, że w strefie nie wolno kopać w ziemi i dlatego rury biegną ponad ziemią. Kłamał, jak się później okazało, w wielu innych sprawach również.

Może przydługo opisałem tę pierwszą wyprawę, ale to za jej sprawą jeżdżę do Czarnobyla. Każda następna wyprawa pozostawia równie wielki niedosyt jak ta pierwsza. Teraz w strefie mam wielu przyjaciół i znajomych. Przyjeżdżam również do nich, żeby spotkać się, porozmawiać. Strefa pokazywana odwiedzającym jest maleńkim wycinkiem tego, co chciałoby się zobaczyć.

A jaki typ „czarnobylskiego” turysty spotyka Pan najczęściej podczas wypraw – to osoby, które chcą pogłębić swoją wiedzę, porównać kadry z gier komputerowych takich jak „S.T.A.L.K.E.R.” czy „Call of Duty” z rzeczywistością, czy po prostu zaspokoić swoją próżność i umieścić zdjęcie z tego miejsca na portalach społecznościowych?

Ludzie, których spotyka się na takich wyprawach, kierują się różnymi motywami. Są tacy, którzy zafascynowani grami chcą skonfrontować swoje wyobrażenie z rzeczywistością. Tacy, którzy mają swoje zadania do wykonania. Są fantastyczni młodzi ludzie, którzy posiadają ogromną wiedzę o strefie, znają dokładnie Prypeć, znają wszystkie miejsca, które powinno się znać. Wiedzą bardzo dużo o awarii.

W marcu 2013 r. pojechaliśmy z Markiem Rabińskim do Kijowa pociągiem. Z Kijowa do strefy pojechaliśmy ze słowacką firmą organizującą takie wyjazdy. W naszej grupie, rosyjskojęzycznej, czy jak kto woli słowiańskiej, byli młodzi Słowacy. Zapamiętałem jednego z nich. Bardzo szybko nazwano go „Zombie”. Nie wiem, czy do końca zdawał sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje. Po przejściu może dwóch kilometrów powiedział przewodniczce, że jest już zmęczony i chce wracać do hotelu, a mieszkaliśmy wtedy w Czarnobylu. Oczywiście, nikt go nie odwiózł, ale my musieliśmy go pilnować, bo wlókł się na końcu jak zombie. Potem siedział w busie i nie chciał nigdzie chodzić.

Wiele osób jedzie do strefy, żeby robić zdjęcia, czy kręcić filmy. Dwa razy w strefie byli bracia Hoffmanowie – słynni YouTuberzy. Bywają też różne przypadki, mniej lub bardziej wesołe. Chciałbym przez to powiedzieć, że generalnie do strefy jadą ludzie świadomi.

Rozumiem, że temat Czarnobyla i odwiedzin Zony nie został jeszcze wyczerpany? Co Pan odnajduje w kolejnych wyprawach, skoro napisał Pan na swojej stronie internetowej andrzej56urbanski.blogspot.com, będącej gigantyczną galerią zdjęć i kompendium wiedzy o Zonie: „Moje podróże są monotematyczne. Jeżdżę od kilku lat do Czarnobyla. Zona wchłonęła mnie bez reszty. Nie mogę wytrzymać dłużej niż kilka miesięcy bez Czarnobyla”?

Moi znajomi dziwią się, że ciągle jeżdżę na Ukrainę, a nie chcę pojechać do Egiptu. No cóż, nie wiem, co miałbym robić w Egipcie, a wiem, co chciałbym robić na Ukrainie. Staram się być przynajmniej raz w roku w strefie. Najpiękniejszy był rok 2013. Byłem wtedy cztery razy w strefie. To się chyba już nigdy nie powtórzy. Sprawy zawodowe, rodzinne powodują, że nie mam zbyt wiele czasu na wyjazdy, ale tak jak powiedziałem, strefa wciągnęła mnie bez reszty. Paweł Mielczarek i Marek Rabiński, czyli strefazero.org, to wspaniali organizatorzy. Paweł dzięki kontaktom w strefie zwiększa co roku ilość miejsc dostępnych do zobaczenia. Tak więc za każdym razem mam możliwość zobaczenia czegoś nowego. Są to czasami drobne elementy strefy, a czasami niesamowite składowiska sprzętu dotychczas niedostępne.

Co Pana najbardziej interesuje w Zonie – technika jądrowa, oszałamiająca przyroda, opuszczone budynki czy też historie ludzi, którzy tam mieszkali bądź mieszkają dalej lub pracują?

W 2013 roku, podczas jesiennej wyprawy, spotkałem w Kijowie dziewczynę, która mieszkała w Prypeci – Oksanę Lenok. Awaria zmieniła jej życie. Może nie tyle zmieniła co zrujnowała. W 1986 roku miała jedenaście lat i życie w raju zmieniło się w piekło. Jej opowieść była bardzo długa. Do awarii jej życie to sielanka. Rodzice dobrze sytuowani jak na tamte czasy zapewniali córce, a potem i synowi wszystko. Ojciec był jednym z wielu dyrektorów firm budujących elektrownię. Ona miała z nim wspaniały kontakt. Miasto było oazą spokoju, rajem dla mieszkańców. Awaria rzuciła ich w obce strony. Dzieci prominentów wywieziono do Zalesia, potem na Krym. Dano im mundury pionierskie. Jesienią ich rodzina dostała mieszkanie w Kijowie na osiedlu już wybudowanym, ale dla innych ludzi, którzy czekali na nie wiele lat. Oksana pamięta, jak weszli do tego mieszkania, które było puste. Mieli do spania z bratem płaszcz ojca, a rodzice spali na stercie gazet. O to mieszkanie trwały spory z ludźmi, którzy mieli je dostać. Oksana nie chciała za bardzo opowiadać o swoich przeżyciach. Widać było jej wzruszenie. Spytaliśmy, czy była ponownie w Prypeci. Powiedziała, że raz po dwudziestu latach pojechała do swojego miasta i żałuje, bo obraz szczęśliwej Prypeci legł w gruzach.

To właśnie ludzie w strefie są najważniejsi. Niewielu ich możemy spotkać. Bywamy czasami u samosiołów, ale odchodzą szybko. Dwie kobiety które mieszkały w strefie – jedna w wiosce Opaczyce, a druga w Paryszewie, już nie żyją. W Paryszewie został mąż Pani Marii – Iwan Semeniuk.

Każdy, kto ocenia skutki awarii, na pierwszym miejscu stawia skutki społeczne. Wysiedlono tysiące ludzi. Ludzie potracili swoje ojcowizny. Wyalienowanie ze społeczeństwa czarnobylców jest faktem wielokrotnie opisywanym. Oksana również o tym wspominała. O ile dobrze pamiętam, Mary Mycio w swojej książce „Piołunowy Las” również o tym wspomina.

Technika jądrowa, którą miałem możliwość zobaczyć w elektrowni, nie rzuca na kolana, a wprost przeciwnie. Rodzi się pytanie, jak to możliwe, że to działało? Każdy, kto miał możliwość wejścia do elektrowni w Czarnobylu, widział plątaninę rur, kabli i nie wiadomo czego. To sprawia wrażenie tymczasowości, a jednak działało.

W mojej ocenie w strefie najważniejsi są ludzie i przyroda. Jeśli chodzi o technikę to wspaniałym świadectwem mądrości człowieka jest Arka – nowy sarkofag. Elektrownia w Czarnobylu miała być największą elektrownią atomową na świecie. Arka jest największą kratownicową konstrukcją na świecie.

Moi znajomi dziwią się, że ciągle jeżdżę na Ukrainę, a nie chcę pojechać do Egiptu. No cóż, nie wiem, co miałbym robić w Egipcie, a wiem, co chciałbym robić na Ukrainie. Staram się być przynajmniej raz w roku w strefie.

Który wyjazd z tych trzynastu dotychczasowych wspomina Pan najmilej? To ten pierwszy z 2009 r.? Znów zacytuję pańską stronę internetową: „Kiedy po raz pierwszy stanąłem na Placu Centralnym w Prypeci poczułem niesamowitą radość i spełnienie. Oto niemożliwe stało się możliwe.”

To niezwykle trudne pytanie, bo każdy wyjazd jest inny. Rzeczywiście pierwszy wyjazd był pod tym względem spełnieniem niemożliwego, a kolejne były radością z możliwości bycia tam właśnie kolejny raz. Mary Mycio w swojej książce, o której już wspomniałem, pisze, że strefa jest darem, musimy tylko umieć ten dar wykorzystać. Zapewne napisała to po lekturze książki braci Strugackich ”Piknik na skraju drogi”. Ale rzeczywiście tak jest, strefa jest darem, bo oto nagle możemy jako ludzkość zbadać wpływ radionuklidów na środowisko. Przecież krajobraz strefy wcale nie różni się od obrazu polskich, a zwłaszcza naszych wschodnich terenów. Wioski wyglądają bardzo podobnie. Czy to na Polesiu, czy Podlasiu. W strefie jest drobny czynnik – promieniowanie. To promieniowanie wcale nie przemieniło strefy w zrujnowane, opustoszałe miejsce. Roślinność jest bardzo bujna, zwierzęta w strefie czują się bezpieczne. Jaki więc wpływ ma promieniowanie na organizmy żywe?

Rozumiem, że do jedzenia na stołówkach pracowniczych w Strefie Wykluczenia już Pan przywykł?

Powiem szczerze, że jadłem tam już tak wiele razy i z tak różnymi skutkami, że sam nie wiem. Bywa, że jednego roku nie czuję żadnych skutków ubocznych, a w następnym nie mogę sobie poradzić z pieczeniem w środku. Dziwne zjawiska. Podobnie reagują inni uczestnicy.

Nie mogę nie zapytać, jak na te wyjazdy zapatruje się pańska rodzina? Odradza za każdym razem, czy już przywykła do tego, że nie jest w stanie zmienić pańskiej decyzji? Pytam bo dla wielu osób Czarnobyl jest synonimem śmierci.

Moja rodzina wspiera mnie w tych wyjazdach. Żona wie, że wyjazd do strefy jest dla mnie zbawienny i nie zabrania mi, a wręcz przeciwnie. Córki moje chciałyby zabrać się ze mną, ale teraz to niemożliwe, bo mają już swoje dzieci i są bardzo zajęte opieką, pracą, rodziną. Może kiedyś?

A sam Pan nie obawia się o swoje zdrowie i bezpieczeństwo? Zona to bowiem wciąż miejsce, w którym możemy natknąć się choćby na tzw. hotspoty, czyli elementy rdzenia czarnobylskiego reaktora.

Odpowiem cytatem: „strach jest”. W strefie największe niebezpieczeństwo to możliwość urazów mechanicznych. Można bardzo łatwo wpaść w jakąś dziurę, najłatwiej na piątym bloku, a w Prypeci do studzienki , której pokrywę ukradli złomiarze. Promieniowanie nie jest groźne, jeśli znane są zasady postępowania.

W strefie jest wiele miejsc z dużym promieniowaniem. Tam nie chodzę. Nie byłem w piwnicy szpitala, bo to akurat jest dosyć groźne i niebezpieczne miejsce. Leżą tam mundury strażaków, którzy gasili pożar w elektrowni i zmarli w ciągu kilku dni. Są ludzie, którzy chodzili w to miejsce. Podobno zasypano już wejście do tej piwnicy. Nie sprawdzałem tego. Drugie, dość niebezpieczne miejsce to schron przeciwatomowy w „Jupiterze”.

Zapewne film Arkadiusza Podniesińskiego „Alone in zone” był dla wielu inspiracją i chętnie zapuszczają się do tego schronu przy wykorzystaniu przeciwchemicznej odzieży ochronnej. Bywa jednak, że to nie pomaga i skażenie spodni utrudnia przejście przez dozymetry na stacji Semihody. Pierwszy, tuż przy wejściu, jest mniej czuły. Te przy wejściu na perony są podobno dwadzieścia razy czulsze. Tak więc, jeśli pierwszy coś wykryje, to już jest niedobrze. Buty można umyć w kałuży lub w toalecie. Gorzej ze spodniami. Zwłaszcza jak nie ma zapasowych.

Rozmawiając o zdrowiu i bezpieczeństwie, chciałbym zapytać o Pana ocenę prawdziwych skutków awarii w czarnobylskiej elektrowni. Wierzy Pan oficjalnym raportom Forum Czarnobylskiego i UNSCEAR? Gdy kilka miesięcy temu zapytałem o to Aleksandra Sirotę, byłego mieszkańca Prypeci, a już od wielu lat „czarnobylskiego” aktywistę i przewodnika po Zonie, powiedział krótko, że nie wierzy tym danym i odesłał mnie do książki swojej mamy, Lubow Siroty, pt. „Syndrom prypecki”. Z tej publikacji możemy dowiedzieć się o całej lawinie chorób i problemów zdrowotnych, które dotknęły mieszańców Prypeci i jego rodzinę.

W mojej ocenie, tak jak już powiedziałem, największe skutki awarii to skutki społeczne. Z informacji, które znalazłem, przygotowując swoje prezentacje na temat awarii można wywnioskować, że statystycznie nie wzrosła zachorowalność na żadne choroby. Nie było mutacji i tych wszystkich niesamowitych informacji o szkodliwości promieniowania. Statystycznie. Czyli możliwość pojedynczych przypadków zawsze istnieje, a najlepiej scedować odpowiedzialność za takie zdarzenie na awarię w Czarnobylu. Oczywiście, niezaprzeczalny jest fakt, że w Związku Radzieckim nie prowadzono żadnych badań wśród likwidatorów. Kto może powiedzieć, ilu żołnierzy biorących udział w likwidacji skutków awarii na dachu bloku IV zmarło przedwcześnie? Kto to badał? Przyjechał żołnierz, kazali – to wszedł na dach, zrobił sobie puklerz i inne osłony z blachy ołowianej, zrzucił resztki grafitu, zszedł z dachu, pojechał do domu. Kiedy zmarł w swojej wiosce za Uralem? Kto to wie?

Pamiętajmy, że w czasach Związku Radzieckiego była blokada informacji, kłamstwo dla celów politycznych było normą.

Od lat utrzymuję kontakty z likwidatorami z różnych stron dawnego związku Radzieckiego. Wiktor Poznik z Kołomyi, który jest działaczem Kołomyjskiej Organizacji Społecznej Inwalidów „Związek Czarnobyl Ukrainy”, w swojej ostatniej książce będącej księgą pamięci zamieścił informację o mnie jako honorowym członku tej organizacji.  Jego rola jest trudna, bo poszukiwanie wsparcia dla likwidatorów nie jest proste. Ukraińcy zostali w pewnym sensie pozostawieni samym sobie z problemem skutków awarii w CZAES. Pomoc państwa w zasadzie nie istnieje, nikogo nic nie obchodzi, zwłaszcza teraz. Krótko mówiąc, nie wierzę w lawinę chorób.

Ludzie, których spotyka się na takich wyprawach, kierują się różnymi motywami. Są tacy, którzy zafascynowani grami chcą skonfrontować swoje wyobrażenie z rzeczywistością. Tacy, którzy mają swoje zadania do wykonania. Są fantastyczni młodzi ludzie, którzy posiadają ogromną wiedzę o strefie, znają dokładnie Prypeć, znają wszystkie miejsca, które powinno się znać. Wiedzą bardzo dużo o awarii.

Korzystając z okazji, chciałbym Pana poprosić o krótki instruktaż dla osób, które decydują się na swoją pierwszą wyprawę do Czarnobyla? O czym te osoby powinny pamiętać, aby taki wyjazd zakończył się szczęśliwie?

Odpowiedź na to pytanie podzielę na grupy:

1. Wyposażenie:

  • Ubranie, to najlepiej mundur wojskowy, jest trwały, trudny do rozdarcia i doskonale ochroni nasze ciało przed różnymi czynnikami, spodnie wpuszczane w buty,
  • W razie potrzeby kurtka, też najlepiej wojskowa,
  • Buty, oczywiście wysokie, najlepiej wojskowe,
  • Apteczka wyposażona standardowo, plastry, opatrunki, środki przeciwbólowe, odkażające, lepiej, żeby się nie przydała,
  • Przybornik do szycia,
  • Plecak najlepiej z pokrowcem przeciwdeszczowym,
  • Do strefy nie wolno wnosić broni, noży, maczet, jednak na pewno jakiś multitool się przyda,
  • Papier toaletowy,
  • Chusteczki higieniczne,
  • Sprzęt fotograficzny, jeśli ktoś ma zamiar robić zdjęcia,
  • Rękawiczki ochronne (mogą być robocze),
  • Jeśli ktoś chce, to może wziąć maseczki przeciwpyłowe,
  • Latarka – koniecznie,
  • Dozymetr nie jest konieczny, jeśli nie chodzi się po niebezpiecznych miejscach.

2. Żywność:

  • Do strefy najlepiej wziąć zapakowaną żywność typu batonik,
  • Woda, służy do przemywania rąk, picia, płukania ust.

3. Zachowanie w strefie:

  • Odpowiedzialność – należy pamiętać przede wszystkim o tym, czy moje zachowanie w strefie nie będzie miało wpływu na grupę. Musimy zawsze pamiętać o tym, że grupy są oceniane przez pracowników strefy. Potem konsekwencje naszego zachowania spadają na organizatorów. Pamiętajmy o tym, że jeśli zdarzy się jakiś wypadek w Prypeci to najbliższa pomoc jest w Czarnobylu. Nie przyjedzie szybko. Trzeba wszystko dokładnie przewidzieć. Jak długo będę wył z bólu, jeśli złamię nogę.
  • Do strefy nie wolno wnosić alkoholu,
  • W strefie nie wolno chodzić z krótkimi rękawami, ręce muszą być zasłonięte. Dotyczy to okresu letniego.
  • W strefie nie należy doprowadzać do skażenia ubrania i butów, bo będą kłopoty na bramce.
  • W Prypeci nie poruszamy się po ulicach, a wprost przeciwnie, przedzieramy się przez zarośla. Po drogach jeździ czasami milicja i można mieć problemy.
  • W Prypeci, jeśli mamy zamiar wejść do budynku, to robimy to zdecydowanie. Wypadają szyby z okien, to jest normalne zjawisko. Wszystko niszczeje.
  • W Prypeci nie hałasujemy, staramy się zachowywać tak, żeby nikt nas nie widział. Przechodząc przez jezdnię, upewniamy się, że nikt nas nie widzi.
  • Jeśli wchodzimy na dach, to również w sposób jak najmniej widoczny. Na dachach jesteśmy doskonale widoczni.
  • W budynkach jest równie niebezpiecznie jak na zewnątrz, trzeba mieć oczy dookoła głowy. Wystające pręty, otwarte szyby wind, załamane podłogi. Mówię to w oparciu o doświadczenie. W miasteczku Czarnobyl 2, w przedszkolu, kolega wpadł do pasa w przegniłą podłogę. Dobrze, że nic mu się nie stało.
  • W strefie przed załatwieniem potrzeb fizjologicznych należy przepłukać wodą ręce, przed spożyciem posiłku, czy piciem wody należy przepłukać wodą usta. To nie żarty.
  • W strefie nie należy dotykać niepotrzebnie żadnych przedmiotów. W strefie żyją zwierzęta, które mogą roznosić choroby.
  • Jeśli organizatorzy organizują wejście na V blok, to jest to najbardziej niebezpieczne miejsce w strefie. Nasza uwaga powinna być na najwyższym poziomie.
  • Radar Duga. Wielu chętnych wchodzi na samą górę anten. Jest to ogromny wysiłek fizyczny. Trzeba o tym pamiętać, że jak się wejdzie, to trzeba będzie też zejść.
  • Latem w strefie można spotkać zwierzęta częściej niż zimą. Bywają żmije, węże czy co to tam pełza po ziemi. Spotkałem je kilka razy. To w nawiązaniu do butów.
  • Nie wchodzimy w miejsca niebezpieczne. Jakie to są miejsca? To już każdy doskonale wie, ale odpowiem pytaniem na pytanie – po co wchodzić do chwytaka?

Jaka pora roku jest najlepsza na taki wyjazd?

W strefie byłem w każdej porze roku. Wiosna jest pełna uroku, strefa budzi się do życia. Lato jest gorące i trudno w strefie przy tych wszystkich ograniczeniach wytrzymać. Potrzeba dużo wody. Jesień to najpiękniejsza pora roku w Prypeci. Prypeć jest wtedy niezwykle kolorowa. Jesienią może być mokro, mogą padać deszcze. Zima jest piękna, ale niezwykle trudna do eksploracji. W Prypeci nikt nie odśnieża. Chodzenie po śniegu spowalnia i dzień jest krótki. To też może być i zaletą, bo można zrobić nocne zdjęcia.

Ja najbardziej lubię jesień.

W strefie największe niebezpieczeństwo to możliwość urazów mechanicznych. Można bardzo łatwo wpaść w jakąś dziurę, najłatwiej na piątym bloku, a w Prypeci do studzienki , której pokrywę ukradli złomiarze. Promieniowanie nie jest groźne, jeśli znane są zasady postępowania.

Inwestujemy w dobre ubranie i buty czy wręcz przeciwnie – zabieramy stare ciuchy, których nie będzie nam żal wyrzucić?

Ja do strefy jeżdżę w tym samym mundurze, w tych samych butach. Najbardziej sprawdziły się nasze wojskowe tzw. „skoczki”. Jeździłem w amerykańskich Bates, ale wytrzymały tylko dwa lata. Skoczki trzymają się. Nigdy nie wyrzuciłem żadnego ubrania. Ten mundur z pierwszej wyprawy czeka na swoją kolej. Polubiłem czarny ACU i na razie tego się trzymam. Dlaczego wybrałem mundur? Bo jest praktyczny, odzież wojskowa jest pod tym względem bezkonkurencyjna.

A czego absolutnie „czarnobylscy turyści” nie powinni na wyjeździe robić, aby nie narazić się na nieprzyjemności ze strony administracji Zony i nie zepsuć wyjazdu swoim współtowarzyszom?

To, co już powiedziałem wcześniej, przede wszystkim odpowiedzialność za siebie i grupę. Nie wolno nikogo narażać na jakiekolwiek nieprzyjemności. Administracja strefy wprowadza ograniczenia. Uczestnicy wypraw muszą się dostosować. W razie jakichkolwiek problemów organizatorzy wypraw muszą tłumaczyć się w Dyrekcji strefy.

Czy pańskim zdaniem zmienianie Strefy Wykluczenia, choćby przez tworzenie tzw. „ustawek” fotograficznych, czyli przenoszenie przedmiotów, aby stworzyć ustawić ciekawszy kadr dla zdjęcia, jest dopuszczalne?

Absolutnie nie. Potępiam takie zachowania. Prypeć to miejsce szczególne i takim musi pozostać. Nie wiem, dlaczego ktoś decyduje się na tworzenie takich ustawek. Wcześniej tego nie było. Teraz, kiedy liczba zwiedzających rośnie z roku na rok, pojawiają się takie dziwne zachowania.

W ubiegłym roku wraz z dr. inż. Markiem Rabińskim, energetykiem jądrowym z Narodowego Centrum Badań Jądrowych, organizatorem wyjazdów naukowych i praktyk studenckich w Zonie; Pawłem Mielczarkiem ze Strefy Zero; Waldemarem Siwińskim, autorem książki pt. „Czarnobyl – od katastrofy do procesu” i prof. dr. hab. Janem Plutą z Wydziału Fizyki Politechniki Warszawskiej, inicjatorem praktyk studenckich w Strefie Wykluczenia, został Pan wyróżniony przez ukraińskie władze medalem „30 lat awarii w Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej”. Co to wyróżnienie dla Pana oznacza?

Sam fakt nagrodzenia mnie okolicznościowym medalem „30 lat awarii w Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej” był ogromnym zaskoczeniem z jednej strony, a nie ukrywam, ogromną radością z drugiej strony. Nie zasługuję na takie wyróżnienie bo nic wielkiego nie robię. Jeżdżę do strefy, robię zdjęcia, piszę o strefie, ale to w porównaniu z Markiem Rabińskim czy Waldemarem Siwińskim jest niczym. Jestem bardzo dumny z faktu, że przyjaciele z Ukrainy, zwłaszcza Siergiej Akulinin przedstawili moją kandydaturę. Uroczystość w Ambasadzie Ukrainy w Polsce była bardzo miła.

Jest to mój pierwszy w życiu medal, choćby i okolicznościowy, ale w Polsce nie zostałem nagrodzony medalem za cokolwiek. Nie chwaląc się, powiem, że pracowałem społecznie przez wiele lat w szkołach moich córek, jak również na rzecz mojej spółdzielni mieszkaniowej. Nie żebym się skarżył, ale zawsze.

Już na koniec zapytam o dwie kwestie. Pierwsza, kiedy planuje Pan kolejną wyprawę do Czarnobyla?

Staram się być w Czarnobylu przynajmniej na wiosnę i na jesieni. W tym roku pozostaje jesień. Tak wyszło, podobnie zresztą było w roku ubiegłym. Zeszłoroczna wyprawa była o tyle ciekawa, że pojechał ze mną mój brat, który mieszka w USA. Specjalnie przyleciał do Polski i pojechaliśmy na Ukrainę. Było to dla niego ogromne przeżycie.

Druga sprawa, czy nie obawia się Pan, że postępująca degradacja Zony, mam tu na myśli coraz gorszy stan budynków w Prypeci, spowoduje, że za kilka lat administracja Strefy Wykluczenia, powie: „Koniec z wyprawami”, nawet mając na uwadze fakt, że oznacza to rezygnację z całkiem niezłego zarobku?

Tak, to jest pewne. Pozostaje tylko pytanie – kiedy?

Prypeć zbudowano wykorzystując wielką płytę. Budynki pod wpływem warunków atmosferycznych, nieogrzewane, niszczeją. Można powiedzieć, że niektóre w zastraszającym tempie. Przykładem może być szkoła nr 1. Dwa zawały powodują wykluczenie tego obiektu ze zwiedzania. Nie ukrywam, że zawsze znajdzie się ktoś, kto tam wejdzie. Ta szkoła pokazuje, jak budowano w tamtym czasie, byle szybciej. Nikt nie zważał na jakość.

Tak więc jadąc do Czarnobyla, spodziewam się, że jest to ostatni wyjazd. Oczywiście sama Prypeć nie jest jedynym miejscem w strefie, które warto zobaczyć. Strefa ukrywa jeszcze wiele miejsc równie interesujących. Dla mnie w strefie najważniejsi są ludzie. Tych jest już coraz mniej. Oby można było zwiedzać strefę jeszcze długo.

Dziękuję serdecznie za rozmowę i życzę kolejnych udanych wypraw.

To ja bardzo dziękuję za możliwość opowiedzenia kilku słów o „Moim Czarnobylu”. Tak nazywam wszystkie moje prezentacje i wystawy fotograficzne, które od czasu do czasu organizuję w Białymstoku.


Andrzej Urbański – inżynier mechanik z Białegostoku. Do Strefy Wykluczenia jeździ regularnie od 2009 r. Jest autorem strony internetowej andrzej56urbanski.blogspot.com, a także wielu wystaw fotograficznych poświęconych Strefie Wykluczenia wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. W 2016 r. został wyróżniony przez władze Ukrainy medalem „30 lat awarii w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej”.