Borys Tynka: mówią na mnie Gagarin – pierwszy w strefie, pierwszy na egzaminie i pierwszy cudzoziemiec, który zdał

– Nie ukrywam, że decydując się na kurs i zdając egzamin bardzo dobrze wiedziałem, że póki co nie mogę pracować w strefie. Niemniej jednak jestem organizatorem wyjazdów na teren Ukrainy, organizuję wyjazdy dla grup polskich turystów do Kijowa, Odessy, a także do Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia – mówi Borys Tynka, przewodnik i pilot wycieczek, autor książek o Ukrainie, a także pierwszy absolwent Uniwersytetu Czarnobylskiego. Gość specjalny programu “CZARNOBYLive” zaznacza, że prędzej czy później nastąpi zmiana jeśli chodzi o możliwość pracy w Zonie dla obcokrajowców, “choćby dlatego, że jeszcze w zeszłym roku Polacy stanowili ogromną grupę turystów odwiedzających strefę”.

Zobacz nagranie programu „CZARNOBYLive” z 19 lipca 2020 r.:

Tomasz Róg: Borysie, skąd w Twoim życiu pojawił się Czarnobyl i pomysł na to, by być przewodnikiem w tym miejscu?

Borys Tynka: Wszystko tak naprawdę zaczęło się od Odessy. To może banalnie brzmi, ale Odessa jest miastem, w którym jestem zakochany od kilkunastu lat. Miłość do tego miasta doprowadziła do tego, że napisałem przewodnik po Odessie. Potem pracowałem nad przewodnikiem po Kijowie. Trzeba zrozumieć, że historia czarnobylskiej katastrofy jest nierozerwalnie związana zarówno z historią Ukrainy, jak i historią Kijowa, więc nie miałem wyjścia. Początkowo myślałem, aby w tym przewodniku po prostu umieścić kilka rozdziałów dotyczących czarnobylskiej katastrofy. Jednak później, gdy zacząłem się wgłębiać bardziej w temat – zarówno w samą awarię, jak i likwidację, jak i to, co się dzieje do dzisiaj w strefie, to okazało się, że powstanie całkiem inna książka.

W 1986 r. byłem małym chłopcem. Nie wiele pamiętam. Pamiętam, że mieszkaliśmy na jednym z krakowskich osiedli i mama krzyczała na mnie przez okno, gdy wracałem ze szkoły: “Borys, szybko, szybko! Biegniemy! Trzeba jechać do przychodni!”. Na pewno też wiele osób pamięta, że wtedy spożywaliśmy płyn Lugola. I to są tak naprawdę jedyne moje wspomnienia, które mogę przytoczyć. Później to obijało się o uszy czy to w “Wiadomościach”, czy w jakiś publikacjach, czy w gazetach. Co roku każda rocznica – przecież ona niekoniecznie musi być okrągła – jest obchodzona. Zawsze czczono pamięć tych, którzy zginęli w trakcie awarii, jak i tych, którzy zginęli później. Siłą rzeczy ze strefą miałem zawsze do czynienia. Nawet pracując nad książkami o Odessie i Kijowie cały czas zagłębiałem się w jakieś materiały, czy to książki, czy publikacje związane zarówno z awarią, jak i likwidacją jej następstw.

Pamiętam, że w 2009 r. pojawił się pierwszy przewodnik po czarnobylskiej strefie. Ten przewodnik został wydany przez moskiewskie wydawnictwo Eksmo. Autorem przewodnika był Artur Szigapow. Tytuł to “Чернобыль, Припять, далее Нигде” (pol. “Czarnobyl, Prypeć, dalej nigdzie” – przyp. red.). To świetny przewodnik. On mi wpadł w ręce gdzieś w okolicach 2016/17 r. Zrobił na mnie niesamowite wrażenie, bo – nawet nie będąc w strefie wcześniej – czytając tę książkę człowiek miał wrażenie, jakby spacerował po ulicach Prypeci, zwiedzał te opuszczone wsie i chaty. Wtedy – wydaje mi się – w mojej głowie narodził się pomysł, aby coś w tym kierunku zrobić.

Początkowo myślałem, aby w tym przewodniku po prostu umieścić kilka rozdziałów dotyczących czarnobylskiej katastrofy. Jednak później, gdy zacząłem się wgłębiać bardziej w temat – zarówno w samą awarię, jak i likwidację, jak i to, co się dzieje do dzisiaj w strefie, to okazało się, że powstanie całkiem inna książka.

Tomasz Róg: Kiedy i w jakich okolicznościach po raz pierwszy pojechałeś do Czarnobyla?

Po raz pierwszy pojechałem do Czarnobyla trzy lata temu. Od razu mówię – nigdy nie pojechałem tam w charakterze stalkera. Nie mam prawa zachęcać kogokolwiek do nielegalnego odwiedzenia strefy, ale ja zawsze odwiedzałem ją tylko i wyłącznie legalnie, czego – nie ukrywam – trochę żałuję, bo – nie oszukujmy się – stalkerzy mają możliwość widzieć dużo więcej. Ostatni raz byłem w strefie na początku lipca.

W 2019 r. było wielkie boom związane z serialem HBO. Chciałem uczciwie powiedzieć, że w zeszłym roku kilkukrotnie odwiedziłem strefę, ale nie było to spowodowane serialem. To był zupełny zbieg okoliczności. Ja wtedy prowadziłem prace nad przewodnikiem i dzięki przyjaciołom z Kijowa udało mi się tę strefę kilkukrotnie odwiedzić.

A kiedy pomyślałem, żeby zostać przewodnikiem? Gdyby ktoś przy pierwszym odcinku “CZARNOBYLive” powiedział mi, że ja zostanę przez was zaproszony, to bym go po prostu wyśmiał. Jeżeli ktoś by mi w zeszłym roku powiedział, że ja będę zastanawiał się nad tym, aby zostać przewodnikiem po Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia, to zrobiłbym dokładnie to samo.

Tomasz Róg: A jakie były Twoje pierwsze przemyślenia, gdy trafiłeś do tego miejsca? Czym Cię ono zaskoczyło, a może zniechęciło? Jakie uczucia wywiozłeś z pierwszej wyprawy do Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia? 

Po pierwsze, to święta prawda, że strefa wciąga. Nie jest ważne, czy jedziesz tam legalnie, czy w charakterze stalkera. Strefa wciąga. W związku z tym, że bardzo wiele materiałów przeczytałem i bardzo wiele filmów dokumentalnych oglądnąłem, więc zobaczenie tego na własne oczy może nie było szokiem, co po prostu niedowierzaniem, że ja tam w końcu jestem. Zobaczyć to na własne oczy, to zupełnie coś innego niż przeczytać o tym w książkach czy obejrzeć materiały dokumentalne. Gdy trafiłem do Prypeci, opadła mi szczena. To jest niesamowite, że chodzisz po ulicach, gdzie trzydzieści parę lat temu chodzili ludzie, odwiedzasz mieszkania i wiesz, że w nich mieszkali ludzie. Wyjeżdżając wieczorem tego samego dnia ja już wiedziałem, że prędzej czy później trafię tam ponownie. To kolejne potwierdzenie, że strefa wciąga i przyjeżdżając raz do strefy, to potem może nie będziesz o niej myślał codziennie, bo to by było trochę, powiedzmy sobie, chorobliwe, ale mimo wszystko będziesz planował następny wyjazd.

Po pierwsze, to święta prawda, że strefa wciąga. Nie jest ważne, czy jedziesz tam legalnie, czy w charakterze stalkera. Strefa wciąga.

Jacek Domaradzki: Jesteś organizatorem turystyki, pilotem wycieczek, przewodnikiem, a jednocześnie autorem publikacji książkowych. W mojej bibliotece są Twoje przewodniki. My zresztą z Tomkiem mieliśmy tę możliwość, że poznaliśmy już Twoją jeszcze niewydaną, najnowszą książkę. Jesteś autorem przewodników po Odessie, po Kijowie i najnowszego przewodnika po Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia. Czy możesz w kilku słowach przybliżyć te publikacje?

Zaczęło się od Odessy, która – tak jak już wspomniałem – jest moim “oczkiem w głowie”. Przepraszam mieszkańców Kijowa, przepraszam wszystkich, którzy pracują w czarnobylskiej strefie, ale zakochałem się w Odessie już kilkanaście lat temu, a kilka lat temu postanowiłem, że napiszę przewodnik, ponieważ nie mogłem znaleźć w Polsce przewodnika – nie chcę mówić, że z prawdziwego zdarzenia, bo byłoby to nieskromne, ale w ogóle nie było materiałów związanych z Odessą, albo było je bardzo trudno dostać. Nie mam problemów z czytaniem i porozumiewaniem się w języku rosyjskim, więc mając wielu przyjaciół w Odessie i często ją odwiedzając miałem dostęp do takich materiałów.

Początkowo, jak pisałem tę książkę, to w ogóle nie wiedziałem, czy ktokolwiek zdecyduje się ją wydać. Udało się. Książka została wydana na terenie Ukrainy przez ukraińskie wydawnictwo Folio z Charkowa, za co bardzo dziękuję. To samo wydawnictwo zdecydowało się również później wydać kolejne książki. Tak jak już wspomniałem, w przewodniku po Kijowie miało być zawartych dosłownie kilka rozdziałów dotyczących awarii. Jednak już wtedy, gdy zacząłem pisać pierwszy rozdział o Czarnobylu, wiedziałem, że to się nie może skończyć na kilku rozdziałach i udało się napisać coś – tak mi się wydaje – bardzo ciekawego i przydatnego.

Czeka mnie jeszcze kolejna praca, którą zrobię z ogromną przyjemnością, czyli kolejne książki dotyczące Ukrainy. Pisząc pierwszy przewodnik obiecałem sobie, że bardzo chciałbym łamać pewne stereotypy związane z Ukrainą, które według mnie są bardzo krzywdzące. Robię to. Staram się udzielać różnych prelekcji w bibliotekach i domach kultury. Bardzo mi zależy na tym, aby wizerunek Ukrainy był kojarzony nie tylko z Czarnobylem, ale także z turystycznymi i pięknymi miejscami.

Jacek Domaradzki: Borysie, mógłbyś potwierdzić, czy Twoje książki o Odessie i Kijowie są dostępne dla czytelników w Polsce?

Jeśli chodzi o Kijów, to tylko wydawnictwo Pascala. To skromne wydawnictwo, aczkolwiek bardzo przyjemnie się je czyta i to bardzo fajna publikacja. Jeśli chodzi o Odessę, Kijów i Czarnobyl, to Odessa została wydana na terenie Ukrainy przez wydawnictwo Folio i jest tam do kupienia praktycznie w każdej księgarni. Nie chcę robić sobie reklamy, ale można tę książkę kupić u mnie.

Jacek Domaradzki: A najnowsza książka o Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia?

Najnowsza książka jest do kupienia na stronie internetowej wydawnictwa Folio w wersji elektronicznej, czyli w PDF. To nie jest droga książka, więc serdecznie zachęcam. Jeśli chodzi o wydanie książkowe, to niestety koronawirus zrobił nam bardzo duży żart. Wydawnictwa związane z turystyką nie przędą zbyt dobrze. Wydanie tej książki, które miało się odbyć pod koniec marca, bo wydawca chciał zdążyć na rocznicę, zostało przesunięte. Z tego co wiem, będzie wydana w sierpniu lub wrześniu.

Przewodnik po Czarnobylu miał być również wydany przez wydawnictwo Bezdroża. Chciałbym, żebyście mnie państwo dobrze zrozumieli – nie mam pretensji do żadnego z wydawnictw. Nie oszukujmy się, sytuacja jest ciężka dla wszystkich. Z tą książką również będziemy musieli poczekać. Ona w zapowiedziach już jest. Można to sprawdzić na stronach wydawnictwa Bezdroża.

Tomasz Róg: Nasz widz, pan Maciej prosi o podanie tytułu przewodnika. Jak dokładnie nazywają się Twoje publikacje, by można było je odszukać?

Po prostu “Przewodnik po Odessie” lub “Путівник по Одесі”. Można go kupić bez problemu w każdej księgarni na terenie Ukrainy. A jeżeli pan, który pyta o tę książkę, dotrze do Odessy, to zapraszam do księgarni na ulicy Deribasowskiej 14 – tam można tę książkę kupić zarówno po polsku, jak i po ukraińsku.

Jacek Domaradzki: W lutym 2020 r. jeden z organizatorów czarnobylskiej turystyki – firma Gamma Travel ogłosiła nabór do tzw. Szkoły Przewodników Czarnobylskich. Hasłem było: “Likwidujemy ignorancję”. Zdaniem pomysłodawców miała to być pierwsza, innowacyjna platforma dla przygotowania wykwalifikowanych przewodników po strefie wykluczenia. Ten kurs miał kosztować 8 tysięcy hrywien. Uczestnicy mieli dostać dostęp do wykładów w formie filmów wideo na okres sześciu miesięcy. Dodatkowe materiały w PDF-ach, wsparcie online ze strony przedstawicieli szkoły. Mieli również odbyć osiem wycieczek do Zony, jak i przejść specjalistyczne testy. Kurs kończył się otrzymaniem certyfikatu. Wykładowcami byli ludzie Zony – Aleksander Sirota, Witalij Petruk, Aleksiej Moskalenko, Siergiej Paraszyn. W marcu 2020 r., czyli tuż przed wybuchem epidemii, druga, największa firma organizująca wyjazdy – Chernobyl Tour – ogłosiła powstanie Uniwersytetu Czarnobylskiego, który jest – jak twierdzą założyciele: “nowoczesnym projektem edukacyjnym mającym na celu zmianę dotychczasowego poglądu na Czarnobylską Strefę Wykluczenia i samego wydarzenia z 1986 r.”. Ty przeszedłeś cały ten kurs. Czy był to stricte kurs przewodnicki, czyli metodyka, propedeutyka oprowadzania grup po tym specyficznym terenie, jakim jest Czarnobylska Strefa Wykluczenia? Jak wyglądał egzamin? Czy słuchacze po ukończeniu kursu mogą już pracować jako pełnoprawni przewodnicy w strefie? 

Kurs był organizowane przez jedno z biur. Mam przyjemność znać pracowników, którzy w tym biurze pracują. To biuro od samego początku, od kiedy funkcjonuje, stawiało bardzo duży nacisk na pozytywne odbieranie strefy. Oczywiście wszyscy dobrze wiemy, że jest to działalność komercyjna, jednak należy wspomnieć o tym, że to biuro faktycznie robi bardzo dużo dla strefy.

Kurs miał początkowo odbywać się w formie stacjonarnej. Nikt wtedy jeszcze nie wiedział, jak już były pierwsze informacje dotyczące tego kursu, że za miesiąc granice Ukrainy zostaną zamknięte. Ja wówczas bezpośrednio porozumiewałem się z Siergiejem Mirnym – likwidatorem w 1986 r. i jednym z wykładowców. Jego doświadczenie naprawdę miało ogromne znaczenie. Jeszcze wtedy była mowa o kursie stacjonarnym. Ja zapowiedziałem w domu, że wyjeżdżam na kurs do Kijowa. Na szczęście ze strony pozostałej części rodziny nie było problemów. Niestety później okazało się, że granice Ukrainy zostały zamknięte, więc Uniwersytet zorganizował zajęcia online. Nie mogę powiedzieć nic złego o jakości prowadzonych zajęć. Oczywiście, gdybyśmy się spotkali bezpośrednio na kursie stacjonarnym, to miałbym również przyjemność spotkać się ze wspaniałymi ludźmi – wykładowcami, którzy uczestniczyli w tym kursie, czyli Siergiejem Mirnym, Olegiem Naswitem. Kilka lekcji prowadził Serhij Płochij, autor książki “Czarnobyl. Historia nuklearnej katastrofy”. Był to typowy kurs na przewodnika. Mam porównanie, bo uczestniczyłem w kursach na pilota, na przewodnika po Odessie i zakres był dokładnie taki sam. To metodyka pracy, algorytm pracy przewodnika, połączony z praktycznymi informacjami o historii Polesia, Prypeci, awarii, likwidacji jej skutków, a także o czarnobylskiej strefie. Nie jestem fizykiem jądrowym, więc nie ukrywam, że bardzo dużo problemów sprawiała mi tematyka związana z samą awarią. Do dzisiaj mam ogromne problemy z wyjaśnieniem rodzajów promieniowania. Niemniej jednak staram się cały czas bardzo dużo czytać i powiększać swój zasób wiedzy.

Lekcje były prowadzone online w sposób bardzo ciekawy. Mieliśmy do dyspozycji materiały tekstowe w formie PDF-ów, które wysyłali wykładowcy. Zajęcia były podzielone na dwa moduły. Jeden moduł był bardziej związany z technicznymi sprawami – awarią, likwidacją jej skutków. Drugi moduł skupiał się na samej pracy przewodnika w strefie. Nie oszukujmy się, nie jest to zwiedzanie Wawelu, nie jest to oprowadzanie po mieście – to zupełnie inna tematyka i tutaj trzeba być wyczulonym na pewne rzeczy i myślę, że ten kurs pozwolił mi to zrozumieć.

Dodatkowym problemem był dla mnie język. Wykłady były prowadzone w języku ukraińskim. Ja znam dosyć dobrze język rosyjski, więc mogłoby się wydawać, że Polak powinien bez problemu zrozumieć język ukraiński. Może i tak. Z tym, że w języku ukraińskim pojawiło się dla mnie bardzo wiele nowych określeń technicznych. Jednak wiedziałem na co się piszę, więc tutaj do nikogo nie mam prawa mieć pretensji. Może dzięki temu trochę podszkoliłem się w języku ukraińskim.

Sam egzamin zdawałem po rosyjsku i – jeżeli mogę się pochwalić – zdałem go celująco. Nie było przed kursem zapewnień, że każdy jego uczestnik – było nas 20 osób – dostanie pracę. Doskonale o tym wiedziałem. Tym kursem trochę zaspokoiłem swoje ambicje, bo przecież na chwilę obecną cudzoziemcom w strefie pracować nie wolno. Tak więc muszę jeszcze poczekać.

W kursie uczestniczyły osoby, z których część jako maleńkie dzieci była ewakuowana z Prypeci. Były też osoby, które mieszkają w Sławutyczu. Jeden z kolegów – Siergiej Rabczewski – pracuje w Czarnobylu. Była też dziewczyna, która brała udział w budowie Arki. Większość osób to specjaliści – osoby, które jeżeli znajdą pracę jako przewodnicy w strefie, to będzie to tylko wartość dodana.

Egzamin odbył się w Kijowie i – żeby nikt nie pomyślał – nie był już online. To było niesamowite uczucie – spotkać się już bezpośrednio z wykładowcami. Zresztą w ogóle wszyscy uczestnicy kursu zobaczyli się po raz pierwszy na żywo. Czuliśmy się, jakbyśmy się znali jak stare konie. Przez dwa miesiące spotykaliśmy się tylko i wyłącznie online, ale po prostu zrobiła się z nas grupa fajnych przyjaciół. Na egzaminie losowaliśmy pytania. Nie będę ukrywał, że trafiły mi się bardzo łatwe pytania, co nie znaczy jednak, że nie odpowiedziałbym na inne.

Zajęcia były podzielone na dwa moduły. Jeden moduł był bardziej związany z technicznymi sprawami – awarią, likwidacją jej skutków. Drugi moduł skupiał się na samej pracy przewodnika w strefie. Nie oszukujmy się, nie jest to zwiedzanie Wawelu, nie jest to oprowadzanie po mieście – to zupełnie inna tematyka i tutaj trzeba być wyczulonym na pewne rzeczy i myślę, że ten kurs pozwolił mi to zrozumieć.

Jacek Domaradzki: Zdradzisz, jakie wylosowałeś pytania? 

Tak. Od razu powiem, że gdyby w dniu egzaminu ktoś o godzinie szóstej rano powiedział mi: “Borys, wybierz sobie pytania!”, to myślę, że akurat wybrałbym te dwa. Pierwsze pytanie dotyczyło cech przewodnika w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia. Chciałbym zaznaczyć, że z pozoru to pytanie wydaje się bardzo łatwe, ale nie jest tak do końca. Musimy cały czas rozumieć, że wycieczka nie odbywa się po mieście. Tutaj trzeba wiedzieć, że każdy przewodnik na początku wycieczki, wyjeżdżając sprzed dworca w Kijowie, informuje zwiedzających, że jedziemy do bardzo niebezpiecznego miejsca. O tym trzeba pamiętać i to trzeba powiedzieć. Te cechy przewodnika muszą jednak różnić się od cech przewodnika miejskiego. Nie chcę tutaj nic zarzucić przewodnikom miejskim, bo sam nim jestem i oprowadzam wycieczki po Kijowie i Odessie.

Drugie pytanie to algorytm działań przewodnika w czarnobylskiej strefie w przypadku wjazdu do Prypeci dużym, 50-osobowym autobusem. Oczywiście w przypadku takiego autobusu byłoby nierozsądnym oprowadzać całą grupę. 50 osób to bardzo duża grupa. Trzeba tutaj pamiętać o zachowaniu bezpieczeństwa i przede wszystkim myśleć o turystach, którzy chcą zobaczyć jak najwięcej, a przy takiej grupie nie da się zobaczyć wszystkiego. Tutaj ważny jest podział na grupy i współpraca przewodników. Przewodnicy mają ze sobą radiostacje, by się się porozumiewać. Istotny jest wybór odpowiedniej trasy – i dla bezpieczeństwa, i dlatego, aby turyści zobaczyli jak najwięcej.

Jacek Domaradzki: Rozumiem, że tę metodykę mieliście również na wykładach. Dla mnie jest to ciekawe, bo też jestem przewodnikiem w kilku miejscach. Warto też wyjaśnić dla tych, którzy nigdy nie byli w strefie lub być może się wybierają, że przewodnik w Zonie odgrywa nie tylko rolę interpretatora, oprowadzacza. Strefa zarządzania grupą, czyli tą realizacją programu w tej przestrzeni, która jest ograniczona specjalnym regulaminem zwiedzania, wymaga – chyba Borysie się tutaj zgodzisz – rozwiniętych kompetencji przywódczych, bo turyści bardzo często starają się wymusić na przewodnikach, by zaprowadzili ich w miejsca, które nie znajdują się np. na trasie turystycznej wyznaczonej przez zarząd Zony, albo zachowują się niezgodnie z zasadami zwiedzania – dotykają powierzchni, podchodzą do miejsc i obiektów o podwyższonym promieniowaniu, piją alkohol. Narracja przewodnika prezentuje tutaj bardzo szeroki wachlarz nakazów i zakazów, które są oczywiście podparte odpowiednimi argumentami – opowieściami o tym, jakie mogą być konsekwencje niezastosowania się do zaleceń. Oczywiście bardzo dużym utrudnieniem jest presja czasu. Grupa musi przebyć poszczególne punkty w miarę sprawnie, aby zdążyć przed wieczornym zamknięciem strefy kontroli, więc ten specjalny reżim, który towarzyszy zwiedzaniu, obecność służb mundurowych, kilkukrotne kontrole – to dla wielu osób, które nie są przyzwyczajone do tego typu obostrzeń, element deprymujący. Przewodnicy tak naprawdę stanowią coś w rodzaju bufora między służbami a turystami. Mieliście też tę metodykę i takie szkolenie na kursie? Tak jak już powiedziałeś, to zupełnie inna specyfika niż przewodnictwo miejskie. 

Tak. Jeśli chodzi o kurs i te metody pracy, o których wspomniałeś, to mieliśmy wykłady z przewodnikami. Przewodnicy, którzy pracują w strefie kilka lat i mają największe doświadczenie, dzielili się z nami tym doświadczeniem. Dzielili się również różnymi problematycznymi sytuacjami. Oczywiście, z jednej strony, przewodnik powinien być kolegą, ale też powinien “sprzedać” jak najwięcej informacji. Jeżeli chodzi o Prypeć, to nie do każdego pomieszczenia jesteśmy w stanie wejść, bo jest to niebezpieczne. Musimy pamiętać o tym, że te bloki od 34 lat nie były remontowane. W niektórych nie ma okien. Zimą pada śnieg i jest wilgoć. Latem jest nieznośny upał, więc tam po prostu wszystko gnije. Musimy to wziąć pod uwagę.

Ja akurat planuję w przyszłości oprowadzać grupy w języku polskim. Na pewno o tym wiecie, że polscy turyści w strefie to specyficzna grupa. Nie mówię w tym momencie o tym, że pod względem liczebności jesteśmy zaraz po turystach z Wysp Brytyjskich. Za każdym razem, gdy będziecie jechać i traficie na grupę rosyjsko- lub angielskojęzyczną, to jako anegdoty lub jako przestrogi będą podawani polscy turyści. A to jeden złamał sobie nogę, bo wpadł gdzieś do dziury, a to drugi chciał w plecaku wywieźć 15-kilogramowy kamień na pamiątkę. Był też przypadek, że na słowa przewodnika, że “jedziemy do strefy i nie wolno pić alkoholu, więc jeśli jakiś macie, to musicie go wypić”, z tyłu autobusu, gdzie siedziała grupa Polaków, wszyscy otworzyli puszki z piwem. Tak nas widzą. Oczywiście to nie świadczy o tym, że jesteśmy złymi turystami. Bardziej chodzi mi o to, że przewodnik musi zwracać uwagę na to, jak zachowuje się grupa. Po pierwsze, ze względu na bezpieczeństwo, a po drugie, ze względu na turystów, bo przecież każdy chciałby zobaczyć jak najwięcej. Polska nie leży 100 kilometrów od Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia, więc nie jest tak, że my możemy sobie codziennie pojechać do strefy i codziennie odwiedzać Prypeć. Jeżeli więc turysta zadał sobie troszeczkę zachodu, by tę strefę odwiedzić, to też chciałby zobaczyć jak najwięcej. Jeżeli będzie jedna osoba, która będzie opóźniać wycieczkę, to zrozumiałe, że ucierpią na tym innym. Trzeba pogodzić wszystko, by turyści zobaczyli jak najwięcej lokacji.

Chciałbym jeszcze jedną rzecz powiedzieć, bo wydaje mi się, że jest to bardzo ważne. Starsze osoby, które urodziły się w latach 70., czy nawet na początku lat 80. pewne rzeczy pamiętają, bo przemiany w Polsce miały miejsce w 1989 r., a upadek Związku Radzieckiego nastąpił w 1991 r. Są jednak pewne rzeczy, których wiele młodych osób nie będzie rozumieć. Musimy pamiętać o tym, że jedziemy tak naprawdę do skansenu epoki sowieckiej. Jest tam wiele rzeczy, które się zachowały w tamtym miejscu i które pamiętają czasy sowieckie. Choćby zabawka zostawiona w opuszczonej chacie – Czeburaszek. Tutaj przydaje się też wiedza. Jeśli ktoś pamięta bajki z Wilkiem i Zającem, to również to się może przydać. Może to banał, ale wydaje mi się, że mimo wszystko jest to bardzo ważne.

(…) z jednej strony, przewodnik powinien być kolegą, ale też powinien “sprzedać” jak najwięcej informacji.

Tomasz Róg: W lipcu w ramach Uniwersytetu Czarnobylskiego musiałeś zdać egzamin ustny. Była też praktyczna próba oprowadzania o Zonie. Opowiedz o swoich emocjach, jakie ci towarzyszyły w momencie, gdy nie byłeś już tylko turystą, ale jednak przewodnikiem. Dodam, że Borys był jeśli nie pierwszym to jednym z pierwszych Polaków, którzy w ogóle odwiedzili Czarnobylską Strefę Wykluczenia po lockdownie, który trwał od 15 marca do początku czerwca. 

Na pewno byłem jedynym Polakiem w grupie. Mieliśmy malutką grupę. Teraz grupy są małe, bardzo ciężko zorganizować pełen duży autobus. Akurat w dniu, kiedy ja wjeżdżałem do strefy, miejsce to odwiedziło łącznie 70 osób. Jeżeli chodzi o emocje. Jestem już dorosłym facetem, więc wydawałoby się, że powinienem reagować w miarę normalnie. Przecież oprowadzałem i pilotowałem grupy po Kijowie i Odessie, ale tu, gdy poznawałem się z grupą i musiałem się przedstawić, powiedzieć kilka słów o sobie, to czułem się niesamowicie. Już nawet w Chernobyl Tour, czyli w biurze turystycznym, które zorganizowało kurs, mówią na mnie Gagarin – pierwszy w strefie, pierwszy na egzaminie i pierwszy cudzoziemiec, który zdał.

Akurat trafiłem na grupę z Ukrainy. Nie pytałem ich, skąd są – czy są z Kijowa, czy z Odessy, czy z Charkowa, czy przejechali kilkaset kilometrów, aby tę strefę odwiedzić, ale bardzo zależało mi na tym, aby uzyskali ode mnie jak najwięcej informacji. Oczywiście miałem do pomocy drugiego przewodnika, Saszę. Nie martwiłem się o to, czy się pomylę lub czegoś nie powiem, bo wiedziałem, że stoi obok mnie Aleksander, ale obawiałem się tego, że nie powiem czegoś jasno i wyraźnie. Nie martwiłem się o swoją wymowę, bo oprowadzałem grupę w języku rosyjskim. Głównie zależało mi na tym, aby oni z całego tego wyjazdu wyciągnęli pozytywne emocje, uzyskali jak najwięcej informacji i by potem nie wspominali: “Oj, trafił nam się stażysta Borys i to był fatalny wyjazd”. Myślę, że tak nie było. Podchodzili do mnie, pytając o różne, ciekawe lokacje, więc myślę, że tutaj nie mam się czego wstydzić. To była jedna część egzaminu – część praktyczna, która odbyła się dwa dni przed częścią teoretyczną. Byłem w trochę gorszej sytuacji, bo pozostali kursanci pojechali z jedną grupą – było ich kilkunastu na paru turystów, więc pewnie było im łatwiej. Może nawet dobrze, że zostałem od razu rzucony na głęboką wodę. Myślę, że chyba wyszło dobrze.

Już nawet w Chernobyl Tour, czyli w biurze turystycznym, które zorganizowało kurs, mówią na mnie Gagarin – pierwszy w strefie, pierwszy na egzaminie i pierwszy cudzoziemiec, który zdał.

Tomasz Róg: To teraz pytanie z Facebooka. Piotr pytał, czy jest dostęp do Oka Moskwy. Borysie, opowiedz o swojej wizycie w tym miejscu. Czy zmieniło się ono po kwietniowych pożarach? 

Ten, kto był, na pewno będzie kojarzył biegnącą przez las drogę z płyt betonowych. Pożar szedł zarówno od jednej, jak i od drugiej strony. Ta betonowa droga biegnie praktycznie wśród zgliszcz. Niektóre drzewa stoją, ale mnóstwo z nich jest czarnych, powalonych i spalonych. Także trawa była spalona. To okropny widok. Przy radarze są takie drzewa, które oddzielają radar od wydm piaszczystych. Może nie wszystkie, ale większość z nich była czarna. Było bardzo blisko. Radarowi zapewne nic by się nie stało, jednak chodzi o sam fakt, że taki pożar może spowodować niezwykle dużo szkód w przyrodzie. Przyroda w strefie odżywa i takie pożary na kilka lat ja powstrzymują. Musimy pamiętać również o innych obiektach, których część również uległa zniszczeniu. Pożary w strefie to ogromne niebezpieczeństwa. Naprawdę należą się podziękowania wolontariuszom, którzy w kwietniu nagłaśniali sprawę – wykonali kawał dobrej roboty. Dzięki temu, że ktoś to nagłośnił, to możemy dalej odwiedzać strefę.

Jacek Domaradzki: Borysie, na twoich zdjęciach rzuca się brak ruchu turystycznego. Czy wokół was były jakieś inne grupy? Jak wyglądało przejście w Dytjatkach? 

Kiedy dojechaliśmy z Kijowa do Dytjatek, to była informacja o 40 osobach. Wieczorem okazało się, że tego dnia granicę strefy przekroczyło 70 osób, czyli tak naprawdę niewiele więcej. To było bodajże pięć czy sześć samochodów, w tym trzy większe busy. Szczerze mówiąc, zwiedzanie strefy teraz jest o wiele lepsze niż w tłumie turystów. Jeżeli ktoś byłby zainteresowany wyjazdem do strefy, to naprawdę lepiej zrobić to teraz, gdyż nawet spacerując po Prypeci nie mija się tłumów. Wcześniej ktoś, kto chciałby choćby wykonać zdjęcie diabelskiego koła, nie miał możliwości uwiecznić tylko i wyłącznie koła, bo zawsze ktoś wpadł w kadr. Kiedy ja byłem, a to była niedziela, było puściutko. Można było nawet samemu – że tak powiem – sterować trasą wycieczki. Chodzi mi tu o kolejność zwiedzania. To bardzo duży plus. To była akurat niedziela. Gdyby to była normalna niedziela, czyli przedwirusowa, to byśmy nie przekroczyli Dytjatek w 15 minut. Podejrzewam, żebyśmy tam stali pół godziny czy nawet godzinę. Pamiętam z wcześniejszych wyjazdów, że zawsze się tam stoi w kolejce. Tak jak mówię – ten, kto chciałby, oglądnąć strefę, to zachęcam do zrobienia tego teraz właśnie ze względu na liczbę osób. W miarę upływu czasu ta liczba turystów będzie się zwiększać.

Tomasz Róg: Na jednym z Twoich zdjęć widzimy całą Twoją grupę w rejonie kawiarni Prypeć. Powiedz, czy wśród pytań, jakie zadawali Tobie turyści, były pytania o podobnym stopniu trudności, jak te pytania egzaminacyjne Uniwersytetu Czarnobylskiego? 

Nie. Nie trafiłem na jakieś trudne pytania. Najwięcej pytań pojawiło się w Prypeci, więc trzeba było wyjaśnić młodym osobom, że Prypeć była wyjątkowym miastem. Te osoby nie rozumiały, że w jednym mieście były sklepy załadowane towarem aż do sufitu, a na przykład w stolicy Ukrainy, czyli w Kijowie, tych towarów nie było. Wszyscy dobrze wiemy, że z Kijowa niejednokrotnie przyjeżdżali ludzie na zakupy do Prypeci. To są te niuanse, których młode osoby nie rozumiały. Chodziło o to, żeby te pewne rzeczy wyjaśnić, choćby na przykładzie tego ogromnego sklepu, który znajduje się przy głównym placu. Pamiętajmy, że to był 1986 r. Do dziś niejedna mniejsza miejscowość w Polsce takiego sklepu się nie dorobiła.

Tomasz Róg: „Wiele osób uważa, że zwiedzanie Czarnobyla jest – jak to określiła moja przyjaciółka z Kijowa – »tańcem na ludzkich kościach«. Olena Gnes jest przewodnikiem po Czarnobylu i to określenie powstało z powodu braku zrozumienia dla tego rodzaju turystyki. Pisząc ten post w ogromnym stopniu cytuję jej słowa, za które zresztą bardzo dziękuję. Chodzi mi jedynie o to, aby ten, kto bardzo często określa ten rodzaj turystyki mianem »ciemnej«, »czarnej« lub właśnie »tańca na ludzkich kościach« zrozumiał, jak wiele pozytywnych aspektów ona przedstawia (…)” To fragment Twojego wpisu na Facebooku. Czy mógłbyś rozszerzyć tę myśl? 

Pozdrawiam Olenę Gnes. Ja po prostu zachwyciłem się postem, który Olena wrzuciła na Facebooka. To świetny przewodnik po Czarnobylu i po lekturze jej tekstu ciarki przeszły mnie po ciele. We wspaniały sposób opisała to, o co chodzi tak naprawdę wszystkim. Wiele osób będzie myśleć, że to tylko komercja i chodzi o zwiększenie sprzedaży, ale nie jest tak do końca. Przewodnicy oczywiście zarabiają. Przecież ludzie muszą z czegoś żyć! To jest ich praca. Starają się jednak zwrócić uwagę na pozytywne aspekty zwiedzania strefy.

Musimy pamiętać o tym, że – tak jak wspomniałem wcześniej – jedziemy do bardzo niebezpiecznego miejsca, które jest związane z ogromną tragedią, w czasie której zginęli ludzie. Ludzie ginęli też później. Musimy wiedzieć, że ta katastrofa wiele zmieniła. Zmieniła paradoksalnie także na plus – to na przykład rozpad Związku Radzieckiego. To także koniec wyścigu zbrojeń. Musimy pamiętać o tym, że w pewnym momencie ktoś także zwrócił uwagę na błędy popełniane przez konstruktorów. Ja będę podkreślał i cały czas powtarzał, że plus to także fakt, że doszło do tego w Związku Radzieckim. Prowadziłem na ten temat dyskusje z Serhijem Płochim i on zgodził się ze mną. Dlaczego? Co prawda ktoś pewnie powie, że Związek Radziecki nie interesował się zasobami ludzkimi i byłby w stanie poświęcić tysiące istnień ludzkich tylko po to, by osiągnąć swój cel. Likwidatorzy, młodzi żołnierze biegali po dachach, aby je oczyścić. Nawet jeżeli oni nie zdawali sobie do końca sprawy z tego, na co się piszą, to mimo wszystko wykazali się ogromną odwagą. A teraz wyobraźmy sobie, że katastrofa miała miejsce w innym kraju. Jeżeli doszłoby do niej np. w Stanach Zjednoczonych, to czy żołnierz amerykański zdecydowałby się na wejście na dach, jeśli on nie ma tego zapisanego w kontrakcie? Być może się mylę, ale chcę pokazać pozytywne cechy i akurat to zaliczam do takich cech.

Popatrzmy teraz na przyrodę. Też ktoś może powiedzieć, że najważniejsze jest życie ludzkie. Oczywiście, że tak. Ktoś, kto tak powie, ma rację, ale mimo wszystko weźmy pod uwagę fakt, że przyroda odżywa. Jeśli przyroda odżywa, to oznacza to, że świat żyje. Zwierzęta oddychają, rośliny się rozwijają, więc nikt nie powie, że to był początek jakiejś apokalipsy. Popatrzmy, że nawet na terenie “Zrudziałego Lasu”, gdzie przecież zostały wycięte ogromne połacie lasu, powoli wyrastają nowe drzewa. To kolejny przykład.

Poza tym, Ukraińcy, ale i mieszkańcy całego świata, zaczęli interesować się historią Ukrainy. Nie mówię tego po to, byśmy wszyscy zaczęli się interesować historią jednego kraju, ale ci, którzy decydują się na wyjazd do strefy, mimo wszystko czytają książki, oglądają filmy i starają się pewne rzeczy zrozumieć. Jednak niejedna opuszczona chata jest w stanie więcej opowiedzieć o życiu ewakuowanych osób. Książka, choćby mój przewodnik, który niedługo będzie możliwość zakupić, nie jest w stanie tego wszystkiego pokazać. To kolejny pozytywny moment.

Wydaje mi się również, że wielkim pozytywnym momentem jest to, że my jako turyści odwiedzający strefę jesteśmy w stanie zrozumieć ogrom tej tragedii i oddać szacunek, czego nie potrafimy robić w innych miejscach. W trakcie zwiedzania miasta, które trwa trzy godziny, my nie zdobędziemy się na większy szacunek. Tutaj od początku do końca wycieczki raczej jest cisza, tutaj nie ma głupich żartów i żartobliwych wstawek. Po prostu każdy wie, w jakim znalazł się miejscu i każdy stara się o tym miejscu mówić poważnie i z szacunkiem.

Kolejna rzecz, która według mnie jest również bardzo ważna. To też zasługa ludzi, którzy – ktoś może powiedzieć, że – zajmują się działalnością komercyjną w strefie wykluczenia. Chodzi o to, że Prypeć ma bardzo dużą szansę zostać wpisana na listę dziedzictwa UNESCO. Ktoś zapyta: “Dlaczego?” Dlatego, że o tym miejscu należy pamiętać. Na listę wpisano np. ścianę budynku w Hiroszimie, który nie uległ zniszczeniu. Ja uważam, że Prypeć powinna zostać wpisana na tę listę. Pomoże to odpowiednio zadbać o strefę. Nie oszukujmy się, ta strefa nie jest do końca zaopiekowana przez administrację strefy. Ta opieka pozostawia wiele do życzenia i właśnie ci wolontariusze, którzy działają na rzecz wpisania strefy na listę UNESCO, robią wiele dobrego. Oni dodatkowo przycinają drzewa, zbierają śmieci. Ktoś powie: “No tak, ale przecież oni na drugi dzień znów tam jadą i zarabiają na tym”. Dobrze. Uszanuję to zdanie, ale mimo wszystko uważam, że to pozytywny aspekt.

Nie sposób wymienić wszystkich aspektów, ale musimy pamiętać o tym, że strefa odżywa. Strefa pozwala zrozumieć nam pewien kawałek historii, który mógł się skończyć różnie. Ta awaria okazała się ogromną tragedią. Zginęli ludzie i to było coś okropnego. Jednak mimo wszystko miała ona wpływ na to, że coś się zmieniło na lepsze.

Przewodnicy oczywiście zarabiają. Przecież ludzie muszą z czegoś żyć! To jest ich praca. Starają się jednak zwrócić uwagę na pozytywne aspekty zwiedzania strefy.

Jacek Domaradzki: Przewodnicy, w tym ty również, stajecie się depozytariuszami dziedzictwa strefy. Bierzecie za nią odpowiedzialność. Zresztą my sami wielokrotnie mamy z tym do czynienia, kiedy spotykamy fantastyczne osoby, te legendarne postacie przewodnickie, jak Siergiej Akulinin, jak Aleksiej Moskalenko, jak Siergiej Franczuk, czy Andriej Iniakin. To, co powinno być na barkach zarządu Zony, tak naprawdę wykonują albo organizatorzy turystyki, albo sami przewodnicy-interpretatorzy, którzy pozwalają zrozumieć i pozwalają chronić. Nasuwa się automatycznie pytanie: co dalej? Nie boisz się disneylandyzacji strefy, swoistego parku rozrywki w przyszłości? 

Myślę, że jest pewna granica. Tomku i Jacku – byliście w strefie i doskonale wiecie, jak to wszystko wygląda organizacyjnie. Ta disneylandyzacja, jak to powiedzieliście, kończy się na Dytjatkach. Budki z pamiątkami – to taki bardzo dobry przykład komercjalizacji całej strefy, ale trudno sobie wyobrazić, że ktoś wybuduje budkę np. przed sklepem Bieriozka lub pod hotelem Polesie. To byłoby już faktycznie lekką przesadą i to by zmierzało w złym kierunku. Ale budki z pamiątkami można spotkać na całym świecie i każdy turysta, który przyjeżdża – być może jedyny raz – do strefy, chciałby coś kupić sobie na pamiątkę. Tutaj nie widzę nic złego. Natomiast widzę pracę przewodników w strefie, to jak oni traktują swoją pracę bardzo poważnie. To oni opowiadają o strefie – nie ma tutaj głupich żartów i dowcipów. Oni szanują to miejsce. To właśnie od nich zależy, aby strefa nie stała się właśnie takim Disneylandem. Ktoś może tak to odebrać, bo faktycznie nasuwa się masowa reklama – czy to w internecie, czy w innych środkach przekazu. Ale o to, aby to nie było aż tak skomercjalizowane, dbają przewodnicy i organizatorzy. A to, że możemy w budce zakupić różne publikacje związane ze strefą wykluczenia, filmy, książki i ewentualnie kubek z napisem Prypeć, nie wydaje mi się, żeby akurat to było czymś złym.

Tomasz Róg: Co dalej?

Nie ukrywam, że decydując się na kurs i zdając egzamin bardzo dobrze wiedziałem, że póki co nie mogę pracować w strefie. Niemniej jednak jestem organizatorem wyjazdów na teren Ukrainy, organizuję wyjazdy dla grup polskich turystów do Kijowa, Odessy, a także do Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia. Okres koronawirusa trochę popsuł szyki, w tym także mnóstwo moich planów zawodowych, jak i prywatnych. Nie chcę się skarżyć, ponieważ jestem pewien, że wiele osób jest w dużo gorszej sytuacji ode mnie. Naprawdę wszystkim bardzo współczuję i mam nadzieję, że jakoś z tego wszyscy wybrniemy. Turystyka to moja praca, więc dla mnie dodatkowym plusem jest to, że na kursie dowiedziałem się wiele rzeczy, o których wcześniej nie wiedziałem. To po pierwsze. Po drugie, miałem przyjemność rozmawiać z osobą, która uczestniczyła w likwidacji skutków awarii. To coś niesamowitego, bo przecież nie spotyka się takich osób na co dzień. Mam tutaj na myśli Siergieja Mirnego.

Na chwilę obecną czekam na decyzje związane z pracą w strefie, gdyż w przyszłości są planowane wielkie zmiany. Zresztą jako ciekawostkę dodam, że jeszcze całkiem niedawno nie było czegoś takiego jak określenie “przewodnik po Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia”, nie było oficjalnego stwierdzenia, że to jest turystyka. Słowo “turystyka” pojawiła się dopiero trzy lata temu. Wołodymyr Zełenski stwierdził, że ten obszar będzie traktowany jako obszar turystyczny i dopiero wtedy przewodnicy zaczęli być nazywani przewodnikami, a nie opiekunami grupy. Myślę, że prędzej czy później nastąpi zmiana jeśli chodzi o możliwość pracy w strefie, choćby dlatego, że jeszcze w zeszłym roku Polacy stanowili ogromną grupę turystów odwiedzających strefę. Nie mówię tutaj o indywidualnych wycieczkach, bo takie są możliwe do zorganizowania, ale to dużo większe koszta. Jednak turysta, który decyduje się na przyjazd i chce być dołączony do jakiejś grupy, to nie ma możliwości, aby pojechać z grupą z przewodnikiem w języku polskim – ma wybór język rosyjski albo język angielski, a przecież nie każdy musi znać te języki. Mam takie wrażenie, że jakaś przyszłość pod tym względem jawi się w całkiem pozytywnym świetle. Nie będę też ukrywał tego, że dążyłem do tego, aby tym przewodnikiem zostać. Bardzo tego chciałem i to osiągnąłem. Będę dążył do tego, aby pracować w strefie, nawet jeśli będzie to związane z wyjazdem do Kijowa.

Turystyka to moja praca, więc dla mnie dodatkowym plusem jest to, że na kursie dowiedziałem się wiele rzeczy, o których wcześniej nie wiedziałem.

Tomasz Róg: Kateryna Asłamowa pisze na Facebooku: “Borys knows what he says”. Pozdrawiamy Katerynę. 

Od razu powiem, że Katia Asłamowa to mój ulubiony profesor. Według mnie to jeden z najlepszych przewodników po Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia. To młoda osoba, ale – uwierzcie mi – kopalnia wiedzy. To właśnie jest bardzo ważne, że są wśród młodych osób fascynaci. Wydawałoby się, że one nie mają prawa oprowadzać po strefie, bo w chwili awarii były dziećmi, albo w ogóle ich jeszcze nie było na świecie. Daję Katię jako przykład, bo ma niesamowity zasób wiedzy. To niesamowita dziewczyna. Bardzo dużo zawdzięczam Katii i innym przewodnikom, których miałem przyjemność poznać.

Tomasz Róg: Anton pyta o to, jaka przyszłość czeka strefę i czy upływający czas oraz postępujące zniszczenia w Prypeci mogą za kilka czy kilkanaście lat przyczynić się do osłabienia zainteresowania strefą? Jak długo – według Ciebie – może trwać czarnobylska turystyka i w jakim kierunku powinna się rozwijać?

Jaka przyszłość czeka strefę? To zależy od bardzo wielu czynników. Przede wszystkim od ludzi, którzy po strefie oprowadzają. To zależy również od administracji strefy i środków finansowych. Trzeba pamiętać o tym, że budynki ulegają zniszczeniu. Jeżeli zawaliła się już ściana szkoły nr 1, to przecież za chwilę może zawalić się basen Lazurowy czy przewrócić diabelskie koło. Bardzo duża szansą na to, żeby to miejsce zachować, jest wpisanie go na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. To zmieni format strefy, pewnie nie całej, bo też nie cała strefa zostanie wpisana…

Tomasz Róg: Całej strefy nie da się wpisać właśnie ze względu na stan techniczny budynków…

Nie oszukujmy się. Remontów nie było tam od 34 lat. Okna są otwarte, dostaje się deszcz, śnieg. Zimą jest mróz, wiosną wilgoć, a latem jest niesamowicie gorąco. Nikt nie będzie wymieniał, zabezpieczał dachów, na których mogą spoczywać ogromne połacie śniegu. Nikt nie będzie tego remontować. Tutaj naprawdę bardzo dużo zależy od tego, aby to zostało wpisane na listę dziedzictwa kulturowego. Wtedy – tak mi się wydaje – musi się coś ruszyć.

Jeszcze wspomnę o wiosennych pożarach. Wolontariusze, tacy jak właśnie Katia Asłamowa, czy nasz wspólny znajomy Jarosław – oni przecież tracili swój prywatny czas, jeździli do strefy z kocami, z wodą dla strażaków i mapami. Wiemy, że Chernobyl Tour stworzył mapę Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia, którą teraz wykorzystują zarówno strażacy, jak i wojskowi. To troszeczkę śmiesznie brzmi, że biuro podróży potrafiło stworzyć mapę, którą powinny mieć urzędy odpowiedzialne za opiekę nad strefą.

Panie Antonie, ja powiem jeszcze raz – bardzo dużo zależy od człowieka. Wydawało się, że kiedy Wołodymyr Zełenski podczas uroczystości oficjalnego otwarcia Arki stwierdził, że to jest strefa turystyczna, to coś się zmieni na plus. Potem pojawił się serial HBO. Mnóstwo turystów, więc jak są turyści, to są też pieniądze. Musimy wziąć pod uwagę to, że wolontariat wolontariatem, ale organizator wycieczek zarabia głównie na tym. To nic złego, to nie grzech. Tutaj nie widzę żadnych minusów.

Ciężko powiedzieć, czy zainteresowanie strefą osłabnie. Przyjeżdżają do strefy ludzie młodzi. Aby wjechać do strefy, trzeba mieć 18 lat i takie osoby, które ledwo skończyły 18 lat, przyjeżdżają. Oni nie żyli w 1986 r., urodzili się w XXI wieku, więc jedyne co mogli się dowiedzieć na temat strefy, to są albo filmy, albo książki. Skądś to zainteresowanie się wzięło. Wydaje mi się, że mimo wszystko będzie zainteresowanie. To też zależy od osób starszych, które będą przekazywać je z pokolenia na pokolenia. Jeżeli wycieczki szkolne interesują się zwiedzaniem Wawelu, bo to jest historia Polski, to wycieczki na terenie Ukrainy będą się interesować Czarnobylską Strefą Wykluczenia, bo to jest historia Ukrainy.

Jak długo może trwać czarnobylska turystyka? Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Chciałbym, żeby to trwało jak najdłużej, bo to jest obszar, który powoduje mnóstwo emocji – nie tylko negatywnych, ale i pozytywnych. Takie mam wrażenie. Widzę to po turystach, z którymi rozmawiałem, że jednak jest to pozytywna energia. Nie chcę przesadzić, ale jest takie przeświadczenie w tych osobach, które odwiedzały strefę, że tam stało się coś złego, ale to zło zmieniło się w jakimś stopniu w dobro i to dobro teraz zwycięża.

Bardzo duża szansą na to, żeby to miejsce zachować, jest wpisanie go na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. To zmieni format strefy, pewnie nie całej, bo też nie cała strefa zostanie wpisana…

Tomasz Róg: Anton również pyta o to, czy wśród odwiedzających strefę zdarzają się byli mieszkańcy Prypeci. Jeśli tak, to jak reagują i jakie mają odczucia? Borysie, czy spotkałeś się przynajmniej z opowieściami na temat byłych mieszkańców Prypeci, którzy odwiedzali swoje miasto? 

Tak. Mieszkańcy Prypeci mimo tego, że mają możliwość odwiedzić strefę np. w rocznicę katastrofy, to ją również zwiedzają w inne dni. Sam nigdy nie spotkałem takiej osoby, ale wiem, że one są. Reagują bardzo różnie. To osoby, które często w momencie ewakuacji były bardzo małe. Często nie pamiętają chwili ewakuacji. Zawsze jednak używam takiego określenia, że gdzieś z tyłu głowy siedzi im to, że przecież tam mieszkali. Pamiętajmy, że Prypeć to było bardzo młode miasto – średnia wieku to 26 lat, czyli ci ludzie w ogromnej większości jeszcze żyją. Nie chciałbym być na miejscu mieszkańca Prypeci, bo wydaje mi się, że to jest bardzo smutne – takie wejście do mieszkania, które się pamięta. Wiem z rozmów z różnymi przewodnikami, że jedni płaczą, drudzy zaciskają zęby i starają się zachować powagę.

Jacek Domaradzki: Czy nie boisz się, że zmieni się profil czarnobylskiego turysty? Dzisiaj większość osób wjeżdżających do strefy to osoby, które wybierają wycieczki jednodniowe. Czy być może będzie to ewoluować? Wiemy, że od kilku lat bardzo intensywną kampanię promocyjną prowadzi miasto Sławutycz, czyli zupełnie inna brama do strefy. Zresztą bardzo serdecznie pozdrawiamy wszystkich naszych przyjaciół ze Sławutycza. Czy być może w tę stronę będzie to ewoluować?

Sławutycz jest bardzo skrzywdzonym miejscem – to moje zdanie. Najmłodsze miasto Ukrainy. Wiemy, kto tam zamieszkał. Niestety jest ono pomijane. Oczywiście częściowo wina jest w samej komunikacji, bo np. z Kijowa do Sławutycza ciężko jest się dostać. Jeśli chodzi o wycieczki kilkudniowe, to są one coraz bardziej popularne. Bardzo wielu turystów już w trakcie wycieczki jednodniowej pyta o te kilkudniowe. W czasie wycieczki kilkudniowej można zobaczyć dużo więcej lokacji. Jednak na chwilę obecną jesteśmy w bardzo dziwnej sytuacji i nie wiemy, kiedy wszystko wróci na właściwe tory. Niestety koronawirus, Covid-19 – tak jak wspomniałem wcześniej – zrobił wielu ludziom okropny żart i musimy odczekać. Miejmy nadzieję, że wszystko wróci do normy. W tym roku spodziewano się, że strefę odwiedzi 200 tysięcy osób. Jest połowa roku i 15 tysięcy turystów. Niestety teraz wszystko jest ograniczone.

Tomasz Róg: Ostatnie pytanie od naszego widza Roberta: “Czy są podejmowane jakiekolwiek działania przeciwko wandalom w strefie? Myślę tu o uszkodzeniu lin blokujących obrót diabelskiego młyna czy malowanie obiektów?

To okropny problem. Na pewno słyszeliście, że już od lat mówi się o zwiększeniu kar administracyjnych. Żebyśmy jednak nie mylili pojęcia – prawdziwy stalker nie będzie niszczył żadnych obiektów. Stalker nie ruszy ekspozycji, która jest pozostawiona w chacie. On wychodzi z założenia, że tak jak zastałeś, to tak zostaw. Stalker nie wyrzuci puszki po konserwach i nie wyrzuci butelki.

Jednak są też ludzie, którzy nazywają się stalkerami, a którzy, albo z czystej złośliwości zamalują stelę Prypeć i która potem musi być odnawiana, albo namalują graffiti. Graffiti w Prypeci stały się w pewnym sensie już jakimś symbolem miasta, ale też kiedyś, kiedy ktoś zdecydował się je namalować, też była wielka burza. W tym momencie mówimy faktycznie o oszpecaniu miasta. Na moich zdjęciach widać, że np. nazwa hotelu Polesie jest kolorowa – została zamalowana właśnie przez tych ludzi.

Kary administracyjne są bardzo małe i to po pierwsze, zachęca ludzi do tego, aby odwiedzić nielegalnie strefę. To samo w sobie nie jest niczym złym – przyjechać nielegalnie i zwiedzić ten wspaniały zakątek ziemi. Z zachwytem słuchałem Staszka w jednym z początkowych waszych programów. Tutaj tylko i wyłącznie pozytyw. Musimy sobie jednak zdawać sprawę z tego, że stalker, który jest zmęczony i chce się wydostać, to wystarczy, że pójdzie do biura przepustek. Stamtąd policja zawiedzie go do Iwankowa i sprawa jest załatwiona. Dostanie jakąś śmieszną karę – to chyba około stu złotych w przeliczeniu na złotówki. Więc kiedy stalker, który np. jest już głodny i nie ma co pić, to wystarczy, że się melduje: “Dzień dobry, ja jestem tutaj i czekam”. Tak to wygląda. Rozwiązaniem są wyższe kary administracyjne. Wydaje się, że uderzenie po kieszeni to dobry sposób.  Jeśli ktoś decyduje się na przekroczenie nielegalne granicy strefy, to wydawałoby się właśnie, że to taki człowiek z duszą romantyka. Jeżeli on w plecaku oprócz konserw i butelek z wodą ma również spraya, to to jest bez sensu. Trzeba zabrać raczej jeszcze jedną konserwę i tyle. Tak mi się wydaje.

Tomasz Róg: Bardzo dziękujemy, że chciałeś się podzielić swoimi przemyśleniami i przeżyciami związanymi z Czarnobylską Strefą Wykluczenia.

Dziękuję bardzo.

Jacek Domaradzki: Do usłyszenia. 


Zapraszamy na stronę internetową Borysa Tynki – www.turystykawsieci.com.pl, a także na stronę internetową ukraińskiego wydawnictwa Folio www.folio.com.ua, gdzie można zakupić przewodniki naszego gościa.

Borys Tynka absolwentem Uniwersytetu Czarnobylskiego