Jak upały to do Zony, do Zony…

Samolotem, a potem pontonem przy akompaniamencie żab – tak też można dostać się do Zony. Oto pierwsza część kolejnej opowieści stalkera Stanisława o jego przygodach w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia.

– Właśnie mi ziomek napisał, że go złapali na moście w Martynowiczach i to nocą!
– To co teraz robimy?
– Trzeba będzie przejść rzeką, tylko wiesz… deszcze i powodzie były ostatnio, więc nie wiadomo jaki zastaniemy stan rzeki, a ostatnio ktoś się prawie tam utopił, więc średnio to odpowiedzialne. Weźmy kupmy jakiś najtańszy ponton na allegro i wpłyńmy nim do Zony „like a boss”.

1. Dzień przylotu do Kijowa

Pierwszy raz leciałem samolotem na Ukrainę i tym samym był to mój pierwszy lot od pięciu lat. Tradycyjnie stresowałem się wszystkim: czy mój bagaż będzie miał odpowiednią wagę i czy na pewno doleci w to samo miejsce co ja. Ostatecznie mimo skrupulatnej kontroli i wybebeszenia plecaków na wszystkie możliwe strony znaleźliśmy się z Karolem w Kijowie.

Bo w samolocie też jest podwyższone promieniowanie. Fot. Staszek (stalker)

Bo w samolocie też jest
podwyższone promieniowanie. Fot. Staszek (stalker)

Szybkie zakupy, zahaczenie o sklep z militariami, jakiś Mc Donald’s i kilka godzin później siedzieliśmy już w marszrutce do wsi Orane. Tam wypijając kilka piw i kieliszków ukraińskiego bimbru w końcu doczekaliśmy zachodu słońca, by w spokoju wyruszyć w stronę granicy strefy.

2. Czerwcowy wieczór

Sasza wykorzystywał każdy procent możliwości swojej Daewoo Nexii, więc jadąc po piaszczystej, polnej drodze na fotelu pasażera i podając co chwilę informacje o kolejnych ostrych zakrętach czułem się jak pilot w rajdach WRC. Widać było, że jazda po nieznanych mu wcześniej bezdrożach sprawiała Aleksandrowi ogromną frajdę. My z kolei dzięki przyjętej przed wyruszeniem dawce alkoholu nie stresowaliśmy się nawet faktem, że z naprzeciwka ku nam zbliżają się właśnie światła innego samochodu. Wyobraźnia robiła swoje, jednak nie byli to żadni pogranicznicy, a jedynie rybacy wracający z nielegalnego w tych rejonach połowu swoją starą Żiguli.

Droga stawała się coraz bardziej zarośnięta, więc przy najbliższej możliwej nawrotce poprosiłem Saszę o zatrzymanie samochodu. Wyjęliśmy plecaki i reklamówkę z pontonem, wypaliliśmy po papierosie i odpędzając się od krwiożerczych komarów żegnając się, ruszyliśmy w dalszą „put”. Mimo że zbliżała się już północ, wciąż było dość jasno. Zza horyzontu leniwie wychylał się pomarańczowy księżyc, by z każdą minutą coraz silniej oświetlać nam drogę.

Po przebyciu kilkuset metrów zeszliśmy z wału i doszliśmy do rzeki Uż. Znaleźliśmy dobrze zapowiadający się, słabo zarośnięty brzeg i zaczęliśmy pompować nasz ponton. Zwykła pompka plus trochę taśmy izolacyjnej i po kilkunastu minutach łódka była gotowa. Choć ponton okazał się być całkiem konkretną łajbą jak na produkt kupiony za 70 złotych i tak targały nami pewne obawy, szczególnie, że rzeka okazała się nie być tak płytka jak z początku oczekiwaliśmy.

Założenie było proste – zawiązać z dwóch stron łódki kilkunastometrowe sznurki, przepłynąć nim na drugą stronę rzeki, będąc wciąż asekurowanym przez kolegę z brzegu, a następnie po wyjściu z łódki przyciągnąć do siebie najpierw plecaki, a później kolegę.

Wszedłem do łódki i odpychając się prowizorycznym, zrobionym z kijka i gumowego wodera wiosłem niespodziewanie szybko dobiłem do drugiego brzegu. Nie mogąc się jednak niczego złapać, spróbowałem wygramolić się na ląd. Nie mogło się to skończyć inaczej jak wpadnięciem po biodra do wody. Wgramoliłem się z powrotem na łódkę, a kolega przyciągnął mnie awaryjnie do brzegu.

Tak, za pierwszym razem wszedłem do łódki w spodniach i butach, więc cały incydent skończył się przemoczeniem odzieży i obuwia od pasa w dół. Nauczony szybkim doświadczeniem, tym razem ubrałem wodoodporne spodnie, buty na wszelki wypadek zostawiając na brzegu. Udało się – znalazłem się po drugiej stronie. Porozumiewając się za pomocą czołówek kiwaniem głową na „tak” i „nie” najpierw przetransportowaliśmy plecaki, a później mojego kompana. Zajęło nam to godzinę, ale niewątpliwie cieszyliśmy się z naszego małego sukcesu.

Po chwili jednak ochłonęliśmy zdając sobie sprawę, że to dopiero połowa naszych zmagań. Za kilkaset metrów czekała nas kolejna przeprawa, tym razem już nie przez rzekę, a zarośnięte szuwarami bajoro. Proces ten sam – ponton, sznurki i wśród akompaniamentu żab przedostaliśmy się na drugi brzeg w ostatnim możliwym momencie przebijając ponton suchą gałęzią.

Przedzierając się przez niemiłosiernie gęste krzaki, w końcu dotarliśmy do bagna. Tylko ono oddzielało nas już od strefy. Ponton nie był już dostępny, ale mapa Google mówiła nam, że obok nas znajduje się kilkumetrowej szerokości wzniesienie mające nas przeprowadzić suchą stopą przez mokradła. I faktycznie – internetowy wujek nie kłamał.

Czując się jak przewodnik z pierwszej lokalizacji w „S.T.A.L.K.E.R.że Czyste Niebo” przeszliśmy przez trzęsawisko, a naszym oczom ukazał się kilkumetrowy nasyp. Wgramoliliśmy się na niego, by tym samym w końcu, po trzech godzinach męczenia się z pontonami i mokradłami móc powiedzieć – jesteśmy w Zonie.

Więcej opowieści Stanisława na stronie internetowej opowiescistalkera.blogspot.com.

Stalker Schrödingera