Licznik Geigera

„Jest taka sytuacja, że musimy »specjalistę« wywieźć z Zony”

Fot. Staszek (stalker)
Fot. Staszek (stalker)

Wyszliśmy na zewnątrz. Janusz oddał kluczyki jednemu z funkcjonariuszy, a ten odjechał w sobie tylko znanym kierunku. Ruszyliśmy w stronę zabudowań i znaleźliśmy się na piaszczystej ścieżce między kilkoma gospodarstwami. Milicjanci zatrzymali się, a Janusz odezwał się w te słowa: – Dobra Sławek (ciągle tak na mnie mówili) idziemy ci bardzo na rękę, więc coś przydałoby się w zamian, a jak mówiłeś dolarów u ciebie niet. Nie byłem przekonany, czy wiem o czym mówią lub starałem się udawać, że nie rozumiem języka, więc powtórzyli wszystko jeszcze raz wyraźniej. Gdy znowu powiedziałem, że nie wiem o co chodzi. Janusz wyjął mój paszport ze swojej kurtki, przyłożył do niego zapalniczkę i mało przyjaznym tonem rzekł: – Teraz rozumiesz? Mogę ten paszport spalić i już nigdzie nie wrócisz – pisze w kolejnej części swoich przygód Stanisław, stalker z Polski. To kolejna część jego opowieści o pierwszej wyprawie do Zony.

22 sierpnia 2015, ok. godziny 15:00, w drodze do miasta Czarnobyl

Zza zakrętu wyłoniła się elektrownia. Planując wyjazd nie śniłem nawet, że będąc nielegalnie zobaczę ją z tak bliska. Jeden z milicjantów odwrócił się do mnie i powiedział:

– Patrz, a to jest nowy sarkofag, wydaliśmy już na niego miliard euro.
– Mówiłem już, byłem tu trzy razy, ale racja, robi wrażenie!

I faktycznie – widziałem go pół roku wcześniej i różnice były wyraźne. Na pewno robotnicy budujący go nie obijali się. Cały pokryty był teraz blachą falistą i błyszcząc się w słońcu raził obserwatora odbijanym światłem. Chwilę później ten sam dialog powtórzył się przy mijanej budowie ХОЯТ-2 (HOJaT-2), czyli przechowalnika odpadów radioaktywnych (głównie paliwa jądrowego z elektrowni). Mijając niedokończone bloki 5. i 6. elektrowni zanim milicjant zdążył się odezwać szybko wyrzuciłem z ust:

– Po drugiej stronie widać niedokończone budynki reaktorów.
– Skąd to wiesz?
– No przecież mówiłem już, ze tu byłem.
– Ano faktycznie

Mając przed sobą jeszcze kilkanaście dość monotonnych minut jazdy, z niezbyt ciekawym widokiem na zewnątrz postanowiłem spojrzeć na mapę, którędy jedziemy. Nie spodziewałem się tak żywego zainteresowania. Każdemu z osobna kawałek papieru bardzo się spodobał, pytali gdzie takie cuś kupiłem. Zgodnie z prawdą powiedziałem, że można bez problemu nabyć ją w internecie na stronie jednego z ukraińskich biur podróży. Prawdziwą furorę zrobił jednak plan miasta Prypeć autorstwa Seby Marciaka. Milicjanci byli nim zachwyceni, wyrażając zdziwienie, że komuś z polski chciało się marnować czas na robienie mapy jakiegoś opuszczonego miasta na Ukrainie.

Zatrzymaliśmy się. Siedząc na podłodze vana nie byłem na bieżąco z aktualną sytuacją na zewnątrz. Lekko się więc podnosząc ujrzałem znajome szlabany – KPP Lelów. Jest to punkt kontrolny odgradzający dwie strefy. Zona bowiem podzielona jest na dwie części. Strefę dziesięciokilometrową bezwzględnego wysiedlenia, której centrum to zniszczony reaktor czwarty – to w niej znajduje się m.in. miasto Prypeć. Druga z nich to strefa trzydziestokilometrowa, w której pod pewnymi warunkami mogą zamieszkiwać ludzie – w niej znajduje się właśnie zamieszkałe miasto Czarnobyl.

Milicjanci kazali mi zostać w środku i w razie czego nie odzywać się ani słowem, sami zaś wyszli porozmawiać ze swoimi kolegami z branży. Ci zaglądnęli przez okno, przeszyli mnie wzrokiem, po chwili jednak jeden z nich poszedł otworzyć szlaban, a reszta wróciła do swoich zajęć. Ruszyliśmy dalej w kierunku Czarnobyla.

– To gdzie się zatrzymaliśmy to było KPP Le…
– …Wiem, byłem tu trzy razy już.
– Dobra, to chociaż pokażę ci to na twojej mapie.
Bez szukania trafiłem palcem w miejsce oznaczone na mapie „KPP Leliv”
– Dobry jesteś!

Wjechaliśmy do miasta. Minęliśmy wystawkę pojazdów rzekomo biorących udział w akcji usuwania skutków awarii, pomnik strażaków i miejscową remizę, a następnie sklep „spożywczo-z pamiątkami” i przejeżdżając przez „skwer pomnikowy” dojechaliśmy do drogowskazu „milicja”. Skręciliśmy w lewo i jadąc po dość nowej drodze dojechaliśmy do żółto-niebieskiej bramy. Jak się okazało, był to posterunek milicji. Przypominam, że cała podróż do Czarnobyla liczyła 25 kilometrów i polegała na siedzeniu na podłodze vana, będąc otoczonym przez kilku mundurowych oraz na walce z wywracającym się na mnie raz za razem rowerem.

Przeciągając się z ulgą wyszedłem z samochodu i przejmując od milicjanta mojego Gianta oparłem go o ścianę komisariatu. Zapytali mnie, czy chcę zapalić, oczywiście nie odmówiłem i wyciągnąłem swoje będące symbolem męskości cienkie mentolowe Winstony wzbudzając wśród funkcjonariuszy jedynie śmiech i politowanie. Nie zdążyłem nawet dopalić fajka, a już zostałem poproszony do środka. SciFun zaprowadził mnie do pokoju przesłuchań – dość podobnego do tego w opuszczonym posterunku w mieście Prypeć. Wziął mój telefon i kamerkę oraz kartę pamięci i wychodząc kazał poczekać kilka minut. Rozglądnąłem się po pomieszczeniu: jakieś dokumenty, mapy, stolik, lampka, telefon, dwa krzesła, a w rogu, przy suficie kamera. Z nudów znowu wyciągnąłem mapę i zacząłem szukać na niej posterunku, jednak ze względu na fakt, że to plan całej Zony, a nie jedynie Czarnobyla, rzeczonego nie znalazłem.

SciFun po kilkunastu minutach wrócił i powiedział, że za chwilę się zbieramy. Gdzie? Nie dowiedziałem się. Podniósł słuchawkę telefonu, wykręcił numer i usłyszałem taką oto rozmowę:

– Misza? (Imię oczywiście zmyślone, nie pamiętam już takich szczegółów)
– …
– Jest taka sytuacja, że musimy „specjalistę” wywieźć z Zony.
– …
– No wiesz, spóźnił się na autobus.

Trudno mi było zachować powagę, ale słuchałem dalej:

– No dobra, to za chwilę tam podjedziemy i pogadamy w cztery oczy.

Sympatyczny jutuber odłożył słuchawkę i otwierając drzwi wyprowadził mnie przed budynek. Szybko jednak przypomniał sobie, że musi mi jeszcze zrobić zdjęcie. Wyglądało to mniej więcej tak:

– Ustaw się przed ścianą.
– Ale nie będziesz strzelał?
– Haha, no nie będę, ale trochę powagi teraz, żeby zdjęcie dobrze wyszło.

Trudno było mi powagę zachować, więc zdjęcie powtarzane było kilka razy. Gdy kolejny raz któryś z milicjantów mnie rozśmieszył, powiedziałem pod nosem „Nosz kuuurwaa” wzbudzając jeszcze większe śmiechy wśród funkcjonariuszy żywo zainteresowanych spektaklem. (Dla Ukraińców czy Rosjan usłyszenie „Kurwa mać” jest tak samo śmieszne jak dla nas usłyszenie soczystego „jobanyj w żopu, suka bljać”). Jeden z nich udając polskiego dresiarza rzucił:

– Kurwa matka, ja pierdole.

doprowadzając do łez już koknretnie śmieszkujących milicjantów.

W końcu zdjęcie wyszło, zapaliłem pożegnalnego fajka i zapakowaliśmy się do Łady 1200 (taki Duży Fiat). Ku mojemu zdziwieniu w jej małym bagażniku został umieszczony mój rower, a właściwie tylko jego przednie koło – reszta wystawała na zewnątrz.

Kierował Janusz, a na fotelu pasażera siedział SciFun. Cała tylna, miękka, wygodna, sprężynowa, przykryta kocem kanapa była moja. Wróciliśmy tą samą trasą, którą przyjechaliśmy i za remizą straży pożarnej skręciliśmy w prawo, mijając po drodze wystawkę sprzętu używanego przy likwidacji skutków awarii. Kilkadziesiąt metrów dalej wjechaliśmy na czyjąś, jak z tego wynikało prywatną działkę, swego rodzaju złomowisko…

Cofnijmy się jeszcze 15 minut wcześniej. Jadąc tam Janusz zatrzymał samochód przed czymś na kształt stołówki. Wyglądem przypominała Prypecki dworzec autobusowy. SciFun odwrócił się do mnie z przedniego fotelu pasażera i zapytał:

– Szto ty choczecz? Kofi, czaj?

Jako, że kawy nie pijam, wybrałem czaj, czyli herbatę. Po dwóch minutach wrócił z trzema styropianowymi, jednorazowymi kubkami. Podziękowałem, wziąłem do ręki swój napój i zaczęło się najlepsze: wrzątek, prawie sto stopni w Celsjuszu, więc kubek parzył w ręce od samego trzymania i nagle jeb!… wjechaliśmy w dziurę, a jedna czwarta zawartości wychlapała się na moje ręce.

Chwila równego asfaltu, więc spróbowałem wziąć łyka i znowu bym! Kolejna dziura i kolejna ćwierć napoju wylądowała, tym razem na t-shircie. Postanowiłem jakoś temu zaradzić i oparłem kubek o kanapę, na której siedziałem, jeb! Reszta herbaty wylądowała na obszarze spodni pomiędzy moimi nogami, powoli przez nie przesiąkając i niemiłosiernie parząc moje genitalia. Oczywiście nie było mowy o choćby jednym grymasie na twarzy, który mógłby zdradzić, że cokolwiek się wydarzyło – byłaby to całkowita kompromitacja i zaprzepaszczenie rysowania swojego wizerunku przez cały okres, począwszy od złapania mnie w Prypeci przez SciFuna. Czując się jakby ktoś wsadzał moją rękę do ogniska dojechaliśmy w końcu do złomowiska.

Dzielni milicjanci nakazali mi pozostać w środku, a sami poszli w kierunku czekającego na nich mężczyzny. Dyskutowali dobre 15 minut. W tym czasie zorientowałem się, że w kieszeni spodni leży mój telefon. Widocznie SciFun odruchowo mi go oddał na posterunku, a ja odruchowo wsadziłem go do kieszeni. Skorzystałem z okazji i schowany za przednim fotelem, włączyłem Endomondo, uruchomiłem Messengera, wszedłem w czat Centrum Dowodzenia i zrobiłem to zdjęcie:

Fot. Staszek (stalker)
Fot. Staszek (stalker)

Chwilę jeszcze porozmawiałem z bratem, jednak widząc wracających do samochodu milicjantów szybko schowałem telefon i udając, że grzecznie czekałem cały ten czas nie odezwałem się ani słowem.

Fot. Staszek (stalker)
Fot. Staszek (stalker)


Wyjechaliśmy na główną drogę i podążając w kierunku posterunku skręciliśmy w charakterystyczną uliczkę, nad którą przechodzą rury, wyglądające na ciepłownicze: Wjechaliśmy na podwórko i zatrzymaliśmy się przed podłużnym blokiem. Dopiero niedawno zorientowałem się, że na wikimapiii to miejsce oznaczone jest jako: Территорія 3-ї роти батальйону міліції з охорони зараженої радіоактивної зони, czyli dosłownie tłumacząc: Terytorium trzeciego batalionu milicji ochraniającej skażoną radioaktywną strefę. Jak mniemam – coś level wyżej od zwykłej milicji w Strefie.

Wyszliśmy na zewnątrz. Janusz oddał kluczyki jednemu z funkcjonariuszy, a ten odjechał w sobie tylko znanym kierunku. Ruszyliśmy w stronę zabudowań i znaleźliśmy się na piaszczystej ścieżce między kilkoma gospodarstwami. Milicjanci zatrzymali się, a Janusz odezwał się w te słowa:

– Dobra Sławek (ciągle tak na mnie mówili) idziemy ci bardzo na rękę, więc coś przydałoby się w zamian, a jak mówiłeś dolarów u ciebie niet.

Nie byłem przekonany, czy wiem o czym mówią lub starałem się udawać, że nie rozumiem języka, więc powtórzyli wszystko jeszcze raz wyraźniej. Gdy znowu powiedziałem, że nie wiem o co chodzi. Janusz wyjął mój paszport ze swojej kurtki, przyłożył do niego zapalniczkę i mało przyjaznym tonem rzekł:

– Teraz rozumiesz? Mogę ten paszport spalić i już nigdzie nie wrócisz.

Uznałem, że tak dalej nigdzie nie zajdę i zaczęło się targowanie. Cena wywoławcza: Welocyped (rower), teljefon i fanarik (latarka).

– Może jednak licznik Geigera i kamerka? (kamerka była pożyczona, ale nie była mi potrzebna aż tak bardzo, jak telefon z dostępem do internetu).

– Przecież mówiłeś nam, że ty jesteś… jak ty to mówiłeś?
– Student-naukowiec?
– Właśnie! Ty jesteś student-naukowiec. Tobie się bardziej dozymetr przyda, a ja chcę telefon i rower.

Zaśmiałem się i powiedziałem, że telefon mi będzie bardzo potrzebny, gdy znajdę się już poza strefą. Rower teoretycznie też, jeśli chciałbym na nim dojechać do najbliższego przystanku autobusowego. SciFun wciął mi się w pół zdania:

– Widziałem przecież, że masz zapasową komórkę, a rower ci się nie przyda, bo już noc będzie i nic wtedy nie jeździ, poza tym my ci załatwimy transport.

Dałem za wygraną i zgodziłem się na te warunki. Dlaczego tak się upierali o telefon? Nie wiem czy wcześniej wspominałem, ale ten smartfon – polski Kruger&Matz Drive 2.1 miał dwie wymienialne baterie. Można było wsadzić mniejszą 2000mAh lub pojemniejszą 4000 mAh zmieniając dodatkowo tylną klapkę na większą i sprawiając, że grubość telefonu zwiększała się do niemal piętnastu milimetrów. Jako, że był to już mój drugi z rzędu taki sam smartfon, a dodatkowo brat również posiadał model niższy z identycznymi bateriami miałem więc ze sobą praktycznie nieograniczony zapas energii do telefonu na całą wyprawę. (planowałem być w strefie nawet sześć dni – ambitny plan). Nieograniczony, czyli dwie duże i trzy małe baterie (jedną pożyczył właśnie brat), czyli łącznie 14Ah, co sprawiało, że rola powerbanków, których miałem łącznie 20Ah ograniczała się jedynie do ładowania latarki i kamerki. Co do roweru był to Giant Boulder z 2008 roku, z którym przeżyłem swoje najlepsze wyprawy rowerowe i przejechałem na nim tysiące kilometrów, stąd żal mi było go oddawać, choć pożegnanie z nim odbyło się w najlepszym możliwym miejscu – w Czarnobylskiej Zonie. W Polsce wart był może 500 zł, na Ukrainie – dużo więcej.

Doszliśmy do głównej drogi, przy której znajdowały się swego rodzaju rampy przeładunkowe. Stała tam również nasza czerwona Ładzina, a o nią oparty mój welocyped, obok nich zaparkowany był biały trzyosobowy van z pojemną paką. Weszliśmy do niego, ładując wcześniej na tył rower i ruszyliśmy.

Po kilku kilometrach dojechaliśmy do ronda i skierowaliśmy się na południe. Ditjatki – pomyślałem. Nigdy tam nie byłem, warto będzie zobaczyć jak wygląda to KPP.  Po prawej stronie sieział SciFun, ja na środku, a po lewej, jako kierowca – Janusz.  Zapytałem:

– Jedziemy na Ditjatki, tak?
– Nie no coś ty, tam za dużo milicji, pojedziemy na KPP Stare Sokoły.

Wtedy nie miałem pojęcia o istnieniu takiego punktu kontrolnego. Znajduje się on jakieś piętnaście kilometrów na zachód od głównego Ditjatek, czyli najbardziej popularnego wjazdu do Strefy. Faktycznie, odbiliśmy po chwili nieco w prawo i wtedy stała się rzecz niespodziewana. Janusz powiedział:

– Ej, jak masz tą kamerkę, to weź ją tutaj połóż koło szyby i nagraj jak jedziemy, tylko bez obejmywania naszych twarzy, będziesz miał przynajmniej jakiś materiał.

Nie trzeba było mnie długo namawiać. Janusz wyjął ze schowka ścierkę w ludowe wzory, co by kamera stała na tapicerce stabilniej i rozpocząłem nagrywanie. Ano właśnie – jak ktoś używa kamerek sportowych, to na pewno kojarzy, że z reguły pierwszym pytaniem jest, jeśli mamy kogoś obok siebie: „Ej miga mi lampka, nagrywa się?”. Gdy jest się samemu po prostu włącza się nagrywanie, patrzy czy dioda obok obiektywu mruga na czerwono i dopiero zakłada całość na głowę. Jako, że chciałem zobaczyć czy „się kameruje” zwróciłem obiektyw w swoją stronę – dioda mruga, czyli się nagrywa. Dopiero po obejrzeniu w domu nagrania, zorientowałem się, że pierwsze ujęcie wygląda tak:

Fot. Staszek (stalker)
Fot. Staszek (stalker)
Zobacz film na YouTube:

(…) Ta ostatnia część podróży wyglądała mniej więcej tak:

SciFun nachylił się do mojego ucha i zapytał szeptem:

– A to dźwięk też nagrywa?
– No tak.
– Kur….

Nie odezwał się już do końca podróży słowem. Z kolei Janusz miał to gdzieś i zapytał głośno:

– Ale dźwięk to usuń później.
– No oczywiście, że tak zrobię.

Mając całą kieszeń różnych łakoci wyjętych z racji żywnościowej wyczułem w kieszeni kilka pasków gumy do żucia, postanowiłem więc poczęstować nimi milicjantów.

– Bubli gum?
– Da.
– Spasiba.

Janusz pędził dziurawymi drogami czasami dochodząc nawet do stu kilometrów na godzinę, w pewnym momencie jednak zwolnił i powiedział:

– Popatrz teraz, to specjalnie dla ciebie, wyciągnij licznik Geigera.

Skręciliśmy w prawo na pewne złomowisko pojazdów i zatrzymaliśmy się na środku placu:

Fot. Staszek (stalker)
Fot. Staszek (stalker)

Włączyłem licznik i wyszliśmy na zewnątrz. Janusz poszedł się odlać, a ja ze SciFunem zaczęliśmy szukać hotspotów. Zobaczyłem wielki, ciężki metalowy element, przy którym licznik dochodził do trzech mikrosiwertów na godzinę. Milicjant widząc moje zainteresowanie obiektem postanowił ten kawałek złomu przesunąć tak, żebym mógł dostać się do źródła promieniowania od spodu. Z trudem odchylił ważący pewnie ze 40 kilogramów element i nie zdążyłem nawet dobrze włożyć w tą szczelinę licznika, bo metalowy blok wyślizgnął mu się z ręki i z impetem uderzył w ziemię dwa centymetry od mojej ręki. Sorry – powiedział tylko, a moje „kuuuurwa”, wywołało jedynie uśmiech na jego twarzy. Weszliśmy z powrotem do samochodu i ruszyliśmy dalej, będąc już coraz bliżej granicy Zony. Wyjeżdżając z terenu złomowiska powiedziałem do kamery:

– Mili panowie milicjanci postanowili mnie nie zastrzelić.
– Szto ty tam pizdisz, blać, ty?!

Jakie było moje zdziwienie, gdy zaraz za złomowiskiem pojawiła się tabliczka z nazwą wsi Rosocha. Słynne cmentarzysko pojazdów, obecnie praktycznie nieistniejące, znajdowało się właśnie w tej wiosce. Zapytałem od razu:

– To, to były samochody z Rosoki?
– Da, już tam niczego nie ma, wszystko pocięli na złom lub przenieśli na Burakówkę.
– No wiem, już dobre pięć lat temu.
– Wiesz, że to „ekskluziw”? Takiego wideo nikt nie ma.

Jadąc dalej postanowiłem sobie znowu zażartować i powiedziałem:

– Będę żył!
– Nie szepczij, bo… hahaha, bljać!, hahaha i roześmialiśmy się.

Las stawał się coraz gęstszy, tak, że Janusz musiał manewrować vanem zjeżdżając raz na jedną, to znowu na drugą stronę drogi. W końcu na horyzoncie zamajaczył jakiś budynek, a milicjant powiedział:

– Dobra wyłącz kamerkę i schowaj gdzieś. Telefon bierzemy my, tak jak się umawialiśmy. Wyjmij sobie swoją kartę SIM i kartę pamięci ze środka i daj nam te baterie. Aha, no i nie mów nikomu tutaj na KPP, że mamy twój rower w bagażniku, bo nie tylko my będziemy mieli przejebane, ale i ty równiez. Jak ktoś się zapyta co tu robisz to mów, że się spóźniłeś na autobus.

Zatrzymaliśmy się. Mundurowi wyszli ze mną na zewnątrz i odprowadzili do metalowej bramy prowadzącej do świata zewnętrznego. Milicjanci strzegący tego KPP zapytali mnie co tutaj robię, odpowiedziałem śmiejąc się, że spóźniłem się na autobus. Odwzajemnili uśmiechy i pozwolili mi wyjść na zewnątrz, gdzie czekała już na mnie czerwona Łada Samara. Przeszedłem przez bramę i poczułem z jednej strony wielką ulgę, z drugiej jednak ogromny smutek, który czuję zawsze, gdy wyjeżdżam ze Strefy, tym razem jednak wielokrotnie spotęgowany.

Szkoda, że tak krótko, szkoda, że nie udało się dłużej przetrwać w Prypeci. Kurczę, mogłem bardziej uważać, a nie łazić środkiem ulicy jak po swoim mieście – milion myśli rozrywało mi głowę. Podałem rekę SciFunowi i Januszowi dziękując za to, że wszystko obyło się bez większych konsekwencji i otworzyłem drzwi Łady. Rozsiadłem się w przednim fotelu i powiedziałem kierowcy, gdzie ma mnie zawieźć. Odwróciłem się i przez tylną szybę obserwowałem niknącą w oddali Zonę…

Cały wpis do przeczytania na stronie internetowej opowiescistalkera.blogspot.com.

“Idziemy cię zastrzelić! O, w tym lesie. Widzisz?”