Staszek (stalker): „Legal” to młodszy brat „nielegala”


– Uważam, że dopóki jeżdżę nielegalnie w dobrej wierze, nie dewastuję tam niczego i robię to tylko dla siebie lub dla osób, z którymi jadę, to nie robię niczego złego – mówi w rozmowie z Licznikiem Geigera stalker Staszek, który był kilkanaście razy – legalnie i nielegalnie – w Strefie Wykluczenia. – Powiedziałbym, mówiąc w żargonie gier komputerowych, że „legal” to trochę taka „wczesna wersja alfa” wyjazdów nielegalnych. Będąc na wyjeździe nielegalnym do elektrowni się nie wejdzie, ale za to na legalnym wyjeździe nie spędzisz nocy na dachu jednego z bloków i nie pooglądasz spadających gwiazd nad Prypecią – zaznacza autor bloga prypec.pl. Jak dodaje, dla niego podróże do Zony to styl życia i odskocznia od codzienności.

Tomasz Róg. Zacznę od pytania obowiązkowego. Co dla Ciebie oznacza nazwa Czarnobyl?

Staszek (stalker): Urodziłem się osiem lat po awarii. Interesuje się tym tematem już pół swojego życia, czyli odkąd skończyłem jakieś 11 czy 12 lat. Tak naprawdę nie ma dnia, abym nie myślał o Czarnobylu. Praktycznie całe moje życie się wokół niego kręci.

A pierwsze skojarzeniem z nazwą Czarnobyl?

Oaza spokoju.

A skąd pojawiło się zainteresowanie Strefą Wykluczenia?

Mam brata bliźniaka. Akurat była 20. rocznica katastrofy w Czarnobylu. Razem oglądaliśmy program w telewizji, chyba na Discovery Channel. Były tam fragmenty filmu „Rozpad” z 1990 r. Pokazywano, jak likwidatorzy wchodzą na dach elektrowni i starają się zrzucać różne elementy.

Pamiętam, że z bratem bliźniakiem powiedzieliśmy naszym starszym braciom, że chcielibyśmy tam kiedyś pojechać. Oni stwierdzili jedynie, że to niebezpieczne i że jest tam wysokie promieniowanie. Temat więc zanikł, jednak później trafiliśmy na konkurs fotograficzny na Allegro, w którym można było wygrać wyjazd do Czarnobyla. Mieliśmy wtedy 15 czy 16 lat. Jak się później okazało, konkurs współorganizowany był przez Strefę Zero. W regulaminie przeczytaliśmy, że jednym z wymogów wyjazdu jest ukończenie 18. roku życia. Wtedy już wiedzieliśmy, że jak tylko będziemy mieć 18 lat, to pojedziemy do Czarnobyla.

To kiedy pojechaliście po raz pierwszy do Czarnobyla?

Pod koniec września 2012 r., miesiąc po osiemnastych urodzinach.

Urodziłem się osiem lat po awarii. Interesuje się tym tematem już pół swojego życia, czyli odkąd skończyłem jakieś 11 czy 12 lat. Tak naprawdę nie ma dnia, abym nie myślał o Czarnobylu. Praktycznie całe moje życie się wokół niego kręci.

W Zonie byłeś już wielokrotnie. Możesz spróbować podliczyć, ile to było razy – pytam o te wyjazdy legalne, jak i o te nielegalne.

Dokładnie 11 razy.

Co pamiętasz ze swojego pierwszego wyjazdu do Czarnobyla? Co zrobiło na tobie największe wrażenie?

Chyba największe wrażenie zrobiła na mnie piwnica szpitala w Prypeci. Przed wyjazdem obejrzeliśmy film Arkadiusza Podniesińskiego pt. „Alone in the zone”, w którym była pokazana właśnie ta lokalizacja. Jadąc do Czarnobyla nawet nie myśleliśmy o tym, aby do niej wchodzić, jednak będąc już na miejscu, zdecydowaliśmy się na ten krok. Wtedy żołądek podszedł mi do gardła. Były wielkie emocje.

To miejsce, w którym składowane są ubrania strażaków. W głowie kotłowały mi się myśli, że ci ludzie zginęli, a ich ubrania leżą w piwnicy. Kiedy szliśmy korytarzem, włączyliśmy licznik Geigera. Na początku było spokojnie, ale nagle po przejściu kilku metrów w dozymetrze skończyła się skala. Emocje sięgnęły zenitu, a do tego jeszcze ten pisk licznika w tle. Nagraliśmy wtedy film. Lubię do niego wracać, bo przypomina mi on ten pierwszy wyjazd.

Oczywiście weszliśmy wtedy w kilkuosobowej grupie. Były tradycyjnie głupie komentarze, że teraz pewnie staniemy się bezpłodni itp. Pomierzyliśmy promieniowanie, zrobiliśmy kilka zdjęć i wyszliśmy. Jednak wychodząc z piwnicy razem z bratem stwierdziliśmy, że nie okazaliśmy należytego szacunku dla tego konkretnego miejsca i związanej z nim historii. Poprosiliśmy więc grupę, aby poczekała na nas chwilę i zeszliśmy na dół jeszcze raz. Nie odezwaliśmy się wtedy ani jednym słowem. Zbadaliśmy licznikiem leżący tam jeszcze wtedy hełm strażacki. Promieniował on o wiele bardziej niż cała reszta ubrań i przedmiotów. Dopiero wtedy do nas dotarło, że piwnica to nie jest jakiś skansen, gdzie wystawiono losowy eksponat, tylko faktycznie jest to miejsce, gdzie leży ten konkretny hełm, używany przez tego konkretnego strażaka podczas tej awarii. Emocje były bardzo duże. To zapamiętałem najbardziej. Podczas każdego kolejnego legalnego wyjazdu wracałem jeszcze w to miejsce, ale już nigdy nie wywarło ono na mnie takiego wrażenia jak wtedy.

Drugą rzeczą, którą pamiętam, jest chwila podróży pociągiem ze Sławutycza do Strefy. Wtedy jeszcze istniał stary komin elektrowni, ale już słyszeliśmy plotki, że mają go rozebrać. Gdy jechaliśmy była akurat wielka mgła, która przykryła elektrownię tak, że było widać tylko sam budynek – bez komina. Mówiłem wtedy: „Kurcze, już chyba go zdemontowali”. Jednak jak tylko dojechaliśmy do stacji, to ku naszej uciesze komin wyłonił się z mgły. Taka błaha historia, która mocno zapadła mi w pamięć.

Zresztą, jak wiele osób jeżdżących do Zony, fakt, że byłem w Zonie dotarł do mnie dopiero kilka tygodni, czy miesięcy po powrocie z Czarnobyla.

A co jest tym największym magnesem, który przyciąga Cię do Czarnobyla?

Podczas pierwszej nielegalnej wyprawy, gdy w Prypeci trafiłem w ręce milicji, jeden z funkcjonariuszy powiedział mi, żebym sobie odpuścił takie wycieczki i jeździł tylko legalnie. Wtedy powiedziałem sobie: „Dobra, to odpuszczam sobie te »nielegale« na rok czy dwa”. Jednak długo nie wytrzymałem, bo już pół roku później jedną z sierpniowych nocy spędziłem na dachu bloku przy ul. Budowniczych w Prypeci.

Dla mnie Czarnobyl jest trochę taką oazą spokoju, ucieczką od codzienności. Wtedy nie liczy się to, co dzieje się w Polsce czy w świecie zewnętrznym. Jak może pamiętasz, pierwsze sceny filmu „Stalker” pokazane są w sepii, ale gdy tylko bohaterowie wjeżdżają do przedstawionej tam Zony, nagle wszystko zaczyna być kolorowe. Dla mnie to wygląda podobnie. Gdy czasami mam dość wszystkiego i potrzebuję odpoczynku od rutyny codziennego życia, wyjeżdżam do Zony, która mimo że kojarzona jest przez wszystkich jako monotonna i szara, paradoksalnie staje się dla mnie kolorowa.

Poza tym, pół swojego życia interesuję się tym tematem, więc nie wyobrażam sobie, abym nagle przestał tam jeździć. Dodatkowo związana z tym adrenalina jest uzależniająca. Gdy pojechałem tam pierwszy raz, to już wiedziałem, że na pewno wrócę, tym bardziej, że wszystkiego jeszcze nie zobaczyłem.

Aż wreszcie pewnego dnia wstałeś i pomyślałeś, że musisz to zrobić – pojechać samemu, nielegalnie do Zony.

Jeszcze zanim pojechałem po raz pierwszy do Zony legalnie, mając jakieś 16 lat, rozmawiałem z osobą o nicku Irydius na forum strefazero.org. Okazało się, że jest on w takim samym wieku i jest tak samo zajawiony tematem. Zeszliśmy wtedy na temat nielegalnej wyprawy. Oglądaliśmy mapy Google czy Wikimapię i zaczęliśmy planować, którędy można tam wjechać, a którędy wyjechać. Zastanawialiśmy się, ile jedzenia i wody trzeba ze sobą zabrać. To były takie nasze marzenia na przyszłość. Wiedzieliśmy bowiem, że najpierw musimy tam pojechać legalnie, co zrobiłem w 2012 roku.

Z każdym kolejnym legalnym wyjazdem narastała ochota na „nielegal”, ale ciągle wydawało się to dosyć skomplikowane do zorganizowania. Do czasu. W 2015 r. na stronie internetowej czarnobyl.pl pojawił się artykuł o Polakach, którzy pojechali do Strefy nielegalnie. Pomyślałem, że jeśli oni pojechali, to widocznie nie jest to zajęcie tylko i wyłącznie dla Ukraińców, czy Rosjan i organizacja takiej wyprawy może mnie nie przerośnie. Kilka miesięcy później, gdy szedłem zanieść papiery na studia na AGH, przypadkowo spotkałem kolegę z klasy mojego brata bliźniaka. Powiedział mi on, że jego znajomy był nielegalnie w Czarnobylu. Nie chciało mi się w to wierzyć, ale ostatecznie wyszło, że to prawda. Dostałem kontakt do tego człowieka. Okazało się, że też jest z Krakowa. Pozdrawiam Darka.

Darek pokazał mi trochę zdjęć, które tam zrobił i mniej więcej opisał trasę. Po tej rozmowie wiedziałem, że już nic nie może mnie odwieść od planu pojechania do Strefy nielegalnie. Prawie codziennie siedziałem nad mapami. Ogarniałem także potrzebny sprzęt – powerbanki, noże, cały strój w kamuflażu, jedzenie itp. Zależało mi głównie na tym, żeby jak najlepiej zorganizować dojazd do granicy Strefy. Sama Strefa miała być już jedną wielką improwizacją, opartą na kilku punktach na mapie, które kojarzyłem ze spotkania z Darkiem.

Z powodu pożarów w Zonie i informacji o mogącej tam przebywać ukraińskiej Gwardii Narodowej na dwa tygodnie przed wyruszeniem w podróż z wyprawy zrezygnował mój kompan. Ambicja i chęć pokazania innym, że potrafię coś zorganizować samemu nie pozwoliły mi przełożyć wyjazdu na inny termin i ostatecznie wyglądało na to, że wszystko powinno pójść zgodnie z planem. Mój optymizm był tak wielki, że już na miejscu poprosiłem taksówkarza, żeby zawiózł mnie pod samą granicę Zony. Jak się później okazało, plany i rzeczywistość to dwie różne rzeczy. Planowałem, na przykład, że w pewnym miejscu wejdę nocą w las, by dotrzeć do pewnej wioski. Jednak, kiedy na żywo zobaczyłem ciemną puszczę, w którym słychać było tylko i wyłącznie dzikie zwierzęta, a przestraszyć potrafiła nawet przebiegająca po ściółce mysz, to nie było już tak kolorowo.

W którym roku był ten pierwszy „nielegal”?

W sierpniu 2015 r.

Rozumiem, że dzięki wcześniejszym, zorganizowanym podróżom, mniej więcej wiedziałeś co Cię może czekać?

Tak. Przy okazji powiem, że ostatnio napisali do mnie ludzie, którzy nigdy nie byli w Strefie legalnie, a chcieli tam pojechać na „nielegal”. Okazało się, że nie znają nawet języka rosyjskiego, czy chociażby rosyjskiego alfabetu. Napisałem im tylko, że jechanie do Strefy nielegalnie, nigdy wcześniej nie będąc w Zonie, czy chociażby nawet na Ukrainie jest porywaniem się z motyką na księżyc.

Nie ma się świadomości miejsca.

Dokładnie. Nie wiadomo czego się można spodziewać. Słyszy się historie o korupcji – o tym, że można przekupić ukraińską policję. Jednak bez znajomości języka nie będziesz miał zielonego pojęcia co im powiedzieć. Dodatkowo bez znajomości cyrylicy nie będziesz nawet wiedział, w jakiej jesteś wsi czy miasteczku. Ja dzięki legalnym wyjazdom mniej więcej miałem pojęcie, „czym Zonę się je”. Wiedziałem, że Strefa to jeden wielki rezerwat przyrody i mogą tam być dzikie zwierzęta, mimo że będąc wcześniej na legalnych wyjazdach, żadnej zwierzyny tam nie spotkałem, nie licząc kilku bezpańskich psów i słynnego lisa Siemiona.

Spodziewałem się spotkania z dzikimi zwierzętami. Kupiłem sobie więc nóż. Co prawda był to taki nożyk harcerski za 15 złotych, którym ledwo można było jabłko obrać, a nie walczyć ze zwierzyną, tym bardziej, ze ważyłem wtedy jakieś 45 kilogramów. Miałem z tyłu głowy jednak zapamiętaną jedną ważną rzecz. Gdy miałem 15 lub 16 lat pojechaliśmy razem braćmi i rodzicami w Bieszczady. Rozmawialiśmy wtedy z leśniczym, który mówił, że tak naprawdę zwierzęta najbardziej boją się ludzi i jak tylko widzą człowieka, to z reguły przed nim uciekają. Z takim myśleniem wjechałem też do Zony.

Wiedziałem także, że powinienem wziąć dolary na wypadek spotkania się z miejscową milicją. Nie miałem jednak zbyt dużo pieniędzy. Pomyślałem więc, że tym razem dolary sobie odpuszczę i może mnie nie złapią. To, jak później się okazało, było zgubne. Jak już mówiłem, wyjazd był jedną wielką improwizacją. Zaplanowałem tylko dojazd do granicy Strefy, a w samej Zonie znałem może dwa, trzy punkty, przez które powinienem przejechać, aby dotrzeć do Prypeci. Wiedziałem, że mogę dojechać do nich drogami lub przedzierać się przez las.

Czy był jakiś aspekt tej samotnej podróży, który – jak wtedy myślałeś – Cię przerastał? To właśnie te dzikie zwierzęta, odległość, totalna pustka?

Jak tylko przejechałem przez most, który jest granicą między światem zewnętrznym a Strefą, to zacząłem się mocno zastanawiać, czy nie zawrócić. Jednak zbyt wielu ludziom powiedziałem o tym wyjeździe, więc trochę byłoby to słabe. W tamtym momencie tak naprawdę wszystko mnie przerastało, ale po godzinie, dwóch powoli zacząłem się z całą sytuacją oswajać.

Bałeś się?

Może nie byłem sparaliżowany ze strachu, ale tak – bardzo się bałem, byłem wręcz przerażony. Praktycznie nic nie widziałem. Zapalałem latarkę tylko na chwilę, aby zobaczyć, czy na drodze nie leżą jakieś kamienie lub gałęzie. Gdy to robiłem, to wszystkie cienie się ruszały. Widząc, że jakieś cienie się poruszają, człowiek od razu jest przerażony, tym bardziej, że ciągle słyszy głosy przestraszonych ptaków czy obudzonych zwierząt. Później latarkę miałem już cały czas włączoną. Miałem gdzieś, że ktoś może mnie zobaczyć. Liczyło się to, żeby przynajmniej częściowo ukoić swoje nerwy.

Na głowie miałem kamerkę GoPro. Mój brat bliźniak przed wyjazdem dał mi radę, żebym ciągle coś mówił do tej kamerki, to będę się czuł mniej nieswojo, że będę miał wrażenie, jakbym mówił do jakieś widowni. Faktycznie trochę to pomogło, ale wciąż bałem się zatrzymać na tym rowerze, przeczuwając, że zaraz z krzaków coś na mnie w wyskoczy. Chciałem ciągle jechać i w ogóle się nie zatrzymywać. Zatrzymywałem się tylko na chwilę, aby sprawdzić trasę na mapie GPS, jednak przy każdym takim postoju od razu czułem, że zewsząd otacza mnie ciemność. Było tak ciemno, że ekran telefonu mnie dosłownie oślepiał. Potem przez dwie minuty musiałem na nowo przyzwyczajać się do tej ciemności.

Planowałem, że nocą przejadę przez las, dotrę do pewnej wsi i tam przenocuję. Ostatecznie jednak zatrzymałem się przy pierwszych napotkanych zabudowaniach, żeby tylko przespać się te kilka godzin i kontynuować swą podróż już za dnia. Gdy rano wstałem, to przywitał mnie zupełnie inny świat. Pomimo zarośli i krzaków było widać wszystkie domy. Było bardzo przyjemnie. Moje morale wzrosły i wiedziałem, że jeśli nikt mnie nie złapie, ani nic nie zje, to niedługo dotrę do Prypeci. Mimo wszystko cały ten strach sprawił, że jeszcze bardziej byłem skupiony na swoim zadaniu i z perspektywy czasu dość miło wspominam te emocje. Słyszy się często o „pozytywnym” i „negatywnym” stresie. Dopiero na tej wyprawie poznałem ten dopingujący do dalszego działania.

Jak tylko przejechałem przez most, który jest granicą między światem zewnętrznym a Strefą, to zacząłem się mocno zastanawiać, czy nie zawrócić. Jednak zbyt wielu ludziom powiedziałem o tym wyjeździe, więc trochę byłoby to słabe.

Na swojej stronie internetowej prypec.pl opisujesz swoje stalkerskie dokonania. Pierwsza podróż nie zakończyła się sukcesem. Zostałeś złapany, zarekwirowano Ci sprzęt elektroniczny i rower. Na szczęście nie wniesiono przeciwko tobie sprawy do sądu. Jak wspominasz to doświadczenie?

Milicjanci (wtedy to jeszcze była milicja, zresztą dla mnie w Zonie zawsze to będzie milicja) zabrali mi rower i telefon jako łapówkę. Gdy trafiłem na nich, to wydawało mi się to takie nierealne, jakby mi się to śniło. Tym bardziej, że jeden z nich celował do mnie z pistoletu. Wcześniej nikt nigdy nie celował do mnie, nie licząc pistoletu na kulki, gdy się z bratem bawiliśmy jako dzieci. Gdy więc robił to milicjant i do tego używając prawdziwej broni, to nie wiedziałem co powiedzieć i powiedziałem tylko „Zdrastwujtie!”.

Może to zabrzmi dziwnie, ale ta sytuacja mnie w ogóle nie wystraszyła i teraz z perspektywy czasu dosyć miło ją wspominam. Wiele osób jadąc na wycieczki robi zbyt dużo planów, a jak się za bardzo zaplanuje wyjazd i coś nie pójdzie po twojej myśli, to czujesz wtedy duży niedosyt. Ja nie planowałem tego co będzie w Prypeci. Oczywiście nie chciałem zostać złapany, ale mimo to dla mnie to była wielka przygoda i jedna z ciekawszych rzeczy, które mnie spotkały w Strefie. Gdy mnie zatrzymali, to tylko przez ułamek sekundy miałem takie poczucie: “Kurczę, szkoda!”. Potem pomyślałem, że co będzie to będzie. Wzięli mój paszport, więc ciężko było, żebym im uciekł.

Nie chciałem być zbyt uległy, ale to był mój pierwszy nielegalny wyjazd, więc nie wiedziałem czego się po nich spodziewać. Tym bardziej, że myśleli, iż nie jestem sam. W pewnym momencie jeden z nich chciał mnie nawet pobić, abym mu powiedział, gdzie są moi znajomi. Ja jednak tak się zachowywałem, żeby nie wiedzieli, że boję się tej sytuacji. Zresztą ta sytuacja mnie nie przerastała, bo wydawała się być zbyt nierealną. Na dodatek wyglądałem dużo młodziej niż teraz. Traktowali mnie więc trochę jak dziecko. Ostatecznie, gdy szliśmy w pełnym słońcu na posterunek, który znajduje się mniej więcej w odległości trzech kilometrów na północ od Prypeci, to ciągle sobie żartowaliśmy. Oczywiście był to głównie czarny humor z mojej sytuacji. W pewnym momencie nawet zaczęli mi opowiadać o mijanych obiektach, np. że kiedyś we wsi Nowe Szepielicze była cerkiew, a później przerobiono ją na dom kultury. Chyba trochę mnie polubili. Widać było, że nie chcieli dla mnie jakoś źle. Dodatkowo wiedzieli, żę mogą na mnie trochę zarobić. <śmiech>

Mimo to zdecydowałeś się, aby wrócić do Zony i znów na „nielegalu”. Zwyciężyło pragnienie emocji?

Na jednym z kolejnych legalnych wyjazdów poznałem koleżankę Justynę. Dosyć się dogadywaliśmy w Strefie. Gdy wracaliśmy do Polski, opowiadałem znajomemu, który jako jedyny na tym wyjeździe oprócz mnie był już wcześniej w Strefie, całą historię mojej nielegalnej wyprawy. Akurat siedziałem w autobusie w jednym rzędzie z Justyną. Ona przysłuchiwała się mojej opowieści i w pewnym momencie powiedziała: „Staszek, ja bym chętnie pojechała na taki »nielegal«”. Odparłem, że pewnie nieprędko na taki wyjazd się zdecyduję, aby nie dostać zakazu wjazdu do Strefy. Jednak tydzień później napisałem jej na Facebooku: „Jedziemy w wakacje do Czarnobyla”. Tak naprawdę to ona zachęciła mnie do tego, żeby drugi raz pojechać nielegalnie do Strefy. Być może też sam bym się do tego przekonał, ale to dzięki niej stało się to tak szybko.

Czy teraz, po tych doświadczeniach, zdecydujesz się jeszcze na podróż do Zony w zorganizowanej i legalnej formie?

Na pewno, bo wiele rzeczy jest ciężko zobaczyć nielegalnie, jak choćby „wyspę”, gdzie znajdują się chłodnie kominowe, V i VI blok elektrowni i ferma norek. Nielegalnie da się tam przejść, ale ogólnie to miejsce jest mocno pilnowane. Trzeba przejść bardzo blisko elektrowni. Na pewno legalnie pojadę, ale raczej już nie w tym roku. Z pewnością jednak wyjazdy nielegalne są dużo bardziej emocjonujące.

Pewien znajomy wysłał mi zdjęcie. Ktoś napisał węglem na jednych z drzwi na basenie „Lazurowy” w Prypeci takie sformułowanie w języku ukraińskim lub rosyjskim: „Legal – młodszy brat nielegala”. Spodobał mi się ten napis. Chyba idealnie pokazuje, że uczestniczenie w „nielegalach” nie wyklucza jeżdżenia na legalne wyprawy i vice versa.

Każdy rodzaj wyjazdu ma swoje plusy i minusy. Wiadomo, że będąc legalnie nie ma się 24 godzin w Strefie, bo nawet mieszkając w Czarnobylu trzeba wrócić o określonej porze do hotelu. Będąc nielegalnie nie masz takich ograniczeń. Powiedziałbym, mówiąc w żargonie gier komputerowych, że „legal” to trochę taka „wczesna wersja alfa” wyjazdów nielegalnych. Będąc na wyjeździe nielegalnym do elektrowni się nie wejdzie, ale za to na legalnym wyjeździe nie spędzisz nocy na dachu jednego z bloków i nie pooglądasz spadających gwiazd nad Prypecią.

Po drugie, Zona, choć nazywana strefą 30-kilometrową, nie jest idealnym kołem o promieniu 30 kilometrów i np. w kierunku południowo-zachodnim obejmuje obszar oddalony od elektrowni nawet o 60 kilometrów. Będąc nielegalnie – na nogach czy na rowerze – i chcąc zobaczyć wszystko, trzeba pokonać kilkaset kilometrów. Podczas wycieczki z biurem podróży jeździsz sobie komfortowo autobusem po całej Zonie i nie przejmujesz się tym, że bolą cię nogi, lub że skończy ci się jedzenie.

Pewien znajomy wysłał mi zdjęcie. Ktoś napisał węglem na jednych z drzwi na basenie „Lazurowy” w Prypeci takie sformułowanie w języku ukraińskim lub rosyjskim: „Legal – młodszy brat nielegala”. Spodobał mi się ten napis. Chyba idealnie pokazuje, że uczestniczenie w „nielegalach” nie wyklucza jeżdżenia na legalne wyprawy i vice versa.

Jesteś stalkerem. Nazwa ta odwołuje się do filmu Andrieja Tarkowskiego, o którym już wspominałeś, ale też – w kontekście Czarnobyla – do popularnej gry komputerowej „S.T.A.L.K.E.R.”, której akcja dzieje się w Zonie. Czy jako prawdziwy stalker grałeś w tę grę?

Oczywiście! Na pewno ta gra nie była dla mnie głównym bodźcem, dla którego pojechałem do Strefy, a zagrałem w nią dopiero po moim pierwszym pobycie w Zonie. Jednak atmosferę „stalkerstwa” lepiej moim zdaniem oddaje pamiętna misja w „Call of Duty 4”, w której trzeba niepostrzeżenie przedrzeć się do Prypeci. Dodatkowo muzyka skomponowana przez Harry’ego Gregsona-Williamsa potęguje te doznania.

A jak myślisz, czy tego typu gry jak „S.T.A.L.K.E.R.” czy „Call of Duty” są w pewnym sensie dla młodych ludzi reklamą Zony?

Jestem przekonany, że wiele osób zainspirowało się tymi grami. W moim wypadku gra była tylko dodatkiem. Sama jest świetna, ale czy dobrze odwzorowuje klimat nielegalnych wypraw? Wydaje mi się, że to stalkerzy trochę podprowadzili swój klimat pod tę grę a nie na odwrót. Na przykład – nigdy nie paliłem ogniska w Strefie, ale gdyby zdarzyło się tak, że chciałbym to zrobić, to pewnie byłoby to bardziej spowodowane tym, że w grze miało to swój klimat. Stalkerzy tam palili ognisko i popijali piwo.

A czy porównywałeś kadry z gier z rzeczywistością?

Prypeć w pierwszych dwóch częściach gry „S.T.A.L.K.E.R.” nie była zbyt dobrze odwzorowana, ale już w trzeciej części – perfekcyjnie w każdym, nawet najdrobniejszym szczególe. W trzeciej części gry można w konsoli wpisać pewną komendę, aby nagrać film demonstracyjny. Można wtedy chodzić po całej trasie. Łatwo wtedy porównać, jak wygląda Prypeć w rzeczywistości, a jak świetnie została oddana w grze. W pierwszej części gry natomiast świetnie odwzorowana jest cała elektrownia – zbudowano ją na podstawie prawdziwych planów konstrukcyjnych.

Ja sam najbardziej zapamiętałem pierwszą lokalizację z drugiej części gry, czyli „Czyste Niebo”. Lokalizacja ta nazywała się „Bagna”. Na tych bagnach na samym końcu jest nasyp kolejowy. To dokładnie ten sam nasyp, którym w rzeczywistości jeździ pociąg do Zony. Jak się jedzie w prawdziwym życiu do Strefy, to faktycznie dookoła widać bardzo podobne bagna. To już kolejna błaha historia, która zapadła mi mocno w pamięć.

A co w ogóle sądzisz o stalkerach? Bądź co bądź bycie stalkerem jest jednoznaczne z łamaniem ukraińskiego prawa.

Jest takie powiedzenie: „Dura lex, sed lex” (Twarde prawo, ale prawo – przyp. red.), z którym kompletnie się nie zgadzam. Uważam, że dopóki jeżdżę nielegalnie w dobrej wierze, nie dewastuję tam niczego i robię to tylko dla siebie lub dla osób, z którymi jadę, to nie robię niczego złego. Jeśli tylko zachowuję pewne normy bezpieczeństwa, aby wiedzieć, że nie wynoszę ze sobą jakiegoś radioaktywnego materiału, to dla mnie to naprawdę ciekawe zajęcie. Bycie stalkerem to bardziej styl życia niż hobby z doskoku. Znam stalkerów, przede wszystkim Ukraińców, którzy jeżdżą tam nielegalnie po kilka razy w miesiącu i w pewnym stopniu wiążą ze Strefą swoje życie. Jeśli więc ktoś nie robi niczego złego w Strefie i chodzi mi tu głównie o dewastowanie Prypeci, czy zaśmiecanie jej, to nie widzę w tym nic złego.

Wiele osób twierdzi, że bycie stalkerem to totalna głupota i wręcz nie powinno się o tym pisać ani mówić, aby nie zachęcać kolejnych osób do naśladownictwa? Co o tym powiesz?

Tak może myśleć tylko totalny ignorant lub ignorantka – ktoś, kto nie rozumie sensu tych wyjazdów i uważa, że Prypeć wygląda tak jak wygląda, bo przychodzą tam stalkerzy. Wydaje mi się, że osoby, które piszą takie komentarze, uważają, że zdemolowana Prypeć to wina stalkerów. Nie zgodzę się z tym. Ostatnio wśród stalkerów stała się popularna akcja #SavePripyat. Chodzi o to, żeby nie zostawiać po sobie żadnych śmieci, nawet nie rzucać niedopałków papierosów, czy zamykać za sobą okna, aby podczas silnego wiatru nie doprowadzić do wybicia szyb..

Oczywiście, wśród wszystkich osób, będących w Strefie legalnie lub nielegalnie, znajdzie się czarna owca – człowiek, który przyjedzie tam tylko po to, by namalować kolejne głupkowate graffiti czy zamalować stare napisy.

Dla przykładu – kiedyś na ścianie kawiarni Prypeć był stary napis, z tego co kojarzę napisany niedługo po awarii, który głosił coś w stylu: „Przepraszam Cię, moje miasto!”. To był kultowy napis, ale ktoś oczywiście w zeszłym roku zamalował go nic nie znaczącymi bazgrołami. Z kolei na stadionie miejskim jest znak Legii Warszawa – wątpię, żeby zrobili to stalkerzy.

Na każdym wyjeździe znajdą się idioci, którzy będą dewastować Prypeć. Zwalanie wszystkiego na uczestników nielegalnych wypraw jest jedynie szukaniem kozła ofiarnego.

Wrócisz jeszcze do Czarnobyla?

Oczywiście!

Na każdym wyjeździe znajdą się idioci, którzy będą dewastować Prypeć. Zwalanie wszystkiego na uczestników nielegalnych wypraw jest jedynie szukaniem kozła ofiarnego.

A co będziesz chciał podczas tego najbliższego wyjazdu osiągnąć? Znów odetchnąć od codzienności a może coś konkretnego zobaczyć?

Jeśli do końca wakacji uda mi się pojechać jeszcze dwa razy, to pierwszy wyjazd przeznaczę na poznawanie nowych tras. Jadę bowiem z zupełnie przypadkiem poznanym w Zonie stalkerem. Drugą wyprawą będę świętował swoje 23. urodziny.

Powodzenia i dziękuję za rozmowę.

Dziękuję również.

Staszek opisuje swoje podróże do Strefy Wykluczenia na stronie internetowej prypec.pl.