Czarnobyl – reminiscencje z podróży

Dr Robert Niedźwiedzki, autor artykułu o historii Czarnobyla, w 2009 r. odwiedził strefę wykluczenia. Oto jego wspomnienia z tej podróży.

Czarnobyl jest miastem leżącym w tzw. Zonie, czyli obszarze wokół elektrowni atomowej, który po katastrofie nuklearnej w dniu 26 kwietnia 1986 r. został całkowicie wysiedlony (nie licząc pracującego w systemie zmianowym personelu elektrowni, badaczy i straży). W naszych mass mediach o dzisiejszym Czarnobylu mówi się w tonie apokaliptycznym. Takie jest też wyobrażenie przeciętnego Polaka. Wymarłe miasto, walące się domy, wśród których przemykają zmutowane dzikie zwierzęta, a gdzieniegdzie staruszkowie, nielegalnie powróciwszy do swych domostw wegetują bez prądu, wody i kanalizacji świecąc w ciemności. I oczywiście szalejące liczniki radiacji. Obraz ten chętnie podsycają liczni przeciwnicy atomistyki, traktujący los miasta jako propagandowy straszak, a także władze Ukrainy i Białorusi, dla których promieniotwórczy Czarnobyl jest pretekstem do uzyskiwania znacznej pomocy z Zachodu, a jednocześnie uzasadnia dawną decyzję o wysiedleniu tysięcy mieszkańców.

Apokalipsa?

Rzeczywistość znacząco odbiega od popularnego obrazu. Promieniowanie jest znikome, np. wyniki pobranych przeze mnie prób gleby, elementów domów i ikony z miejscowej cerkwi wynoszą od 1/6 do 1/2 dopuszczalnej normy, czyli tyle co okładziny budynków w Kijowie i mój gabinet we Wrocławiu, a wielokrotnie mniej niż wartości promieniowania niektórych skał w rejonie Nowego Kościoła albo Kletna na Dolnym Śląsku. Podobnie mówią i oficjalne szacunki. Nic dziwnego zresztą. Skażenie miasta Czarnobyla, nawet w czasie awarii, nie było dramatyczne, a większość jego pochodziła od izotopu jodu 131 (głównie w pierwszych tygodniach, gdyż bardzo szybko się rozpada: T/1/2=8 dni) oraz izotopów cezu 134 i 137. Tylko ten ostatni miał trochę dłuższy okres rozpadu połowicznego (T/1/2=30 lat) i ewentualnie może jeszcze oddziaływać w niewielkim stopniu i dziś. Również wygląd miasta nie do końca odpowiada oczekiwaniom. Co prawda droga dojazdowa z punktu granicznego Zony (Dytiatki) do Czarnobyla robi należyte wrażenie. Dobrze utrzymana szosa wiedzie wśród zarośniętych pól i gęstych lasków leżących tuż przy asfalcie. Dopiero znajomy wskazuje zarysy drewnianych chałup, tak zasłonięte rozłożystymi krzakami i młodymi drzewami samosiejkami, że ledwo je widać z odległości paru metrów. To wieś Zalesie. Wysiadamy i idąc bujną trawą zarastającą niegdysiejszą dróżkę docieramy do zabudowań. Zbudowane z bali, kryte wszechobecnym w ZSRR eternitem zachowały pamięć o gospodarzach. Wchodzimy na podwórze uchylając furtkę, przytwierdzoną do dwóch solidnych słupów metalowych, zaopatrzoną w czerwoną pięcioramienną gwiazdę. I tylko płot po obu jej stronach już nie istnieje. W przedsionku domu stoi kuchenka gazowa z otwartym piekarnikiem i kalosze, w komórce obok wiszą robocze bluzy, fioletowa damska kurtka oraz dziecięcy płaszczyk. Przez uchylone niskie drewniane drzwi widać pokój obity zielonkawą tapetą, a na pierwszym planie odsunięte, jakby w pośpiechu krzesło. O upływie czasu świadczą jedynie nawiane liście na podłodze i opadłe, przegniłe deski sufitu przedsionka, blokujące dostęp do wnętrza. Przez ocalałe szyby widać rozległy, potężny rosyjski piec z miejscem do spania. Pobliska murowana obórka stoi nienaruszona, jeśli nie liczyć wypadłych drzwi na strychu, dzięki czemu widzimy bele słomy czekające na widły gospodarza. Poniżej zagrody dla zwierząt, koryta, wiadro, co prawda już zardzewiałe. Kawałek dalej sławojka z gościnnie uchylonymi drzwiami i pryzma cegieł, porośniętych gęstym mchem, ale wciąż równo ułożonych w przygotowaniu do nigdy nie zaczętej budowy. Obok stodoła, zbudowana z solidnych desek, zamknięta, w zadziwiająco dobrym stanie. Wszystko tu jakby zastygło, oczekując na powrót ludzi. Nawet krzaki nie ośmielają się jeszcze wchodzić między budynki. W zadumie odchodzimy parę metrów, odwracam się by zrobić pożegnalne zdjęcie, lecz domy znikły już za ścianą zieleni.

I znów w drodze do Czarnobyla – pola, zarośla, opuszczone hale, mało lasów, jeśli już to zagajniki brzozowe, trochę sosen. Zupełnie inaczej niż przed Zoną, gdzie rozciągają się rozległe lasy sosnowe. Most na rzece Uż. Rzeka wielkości naszej Warty w Częstochowie, wolno płynąca rozległymi meandrami, o podmytym, stromym brzegu. I wreszcie liczniejsze domy, kolejne pustostany jakichś magazynów, potem fabryki, a na końcu tablica z napisem Czarnobyl.

A my wciąż żyjemy w Czarnobylu, czyli ekologiczny obiad z miejscowych warzyw i ryb

Pierwsze wrażenie jeszcze z okiem auta – budynki z zewnątrz wyglądają na niezniszczone, choć opuszczone. Podobnie fabryki. Często nie jestem pewny, czy aby dom jest rzeczywiście niezasiedlony. Dopiero z czasem nauczę się zauważać szczegóły – nieobecność firanek, brudne szyby, czasem uchylone drzwi czy brak szyby. A jednocześnie miasto nie jest  całkiem porzucone. Główne ulice – Kirowa, Lenina i szczególnie Radiańska czyli Sowiecka (za carskich czasów Korogadska) mają zadbaną nawierzchnię, odmalowane pasy, nowe znaki drogowe. Nawet drzewa wzdłuż nich są świeżo pobielone. Także słupy elektryczne czy rurociągi (typowe dla ZSRR jest ich układanie nad ziemią, a nie wkopywanie) nie są zdewastowane. Co więcej, liczne tablice informacyjne, nie dość że odnowione, to są po ukraińsku, nie mogą więc być reliktami sprzed awarii. Wkrótce dostrzega się i zamieszkane domostwa. Zwłaszcza wzdłuż ulicy Sowieckiej, gdzie zasiedlony jest co najmniej jeden blok i kilkanaście domów jednorodzinnych. Obok czynny urząd, sklep z barem, poczta. Sklep, podobnie jak i drugi z ulicy Kirowa, dobrze zaopatrzony w produkty spożywcze, choć największą i najbardziej kolorową część półek zajmuje wielka kolekcja alkoholi wszelakich. Na poczcie neonowy wyświetlacz danych o pogodzie i – lokalna specyfika – o poziomie promieniowania. Nieopodal pomnik Włodzimierza Lenina przed dawnym gmachem komitetu partii. Lenin, świeżo umyty, z ręką w kieszeni, spogląda na nas z niejaką wyższością – może i słusznie, to wszak jedyny mieszkaniec Czarnobyla, który ani na minutę nie porzucił wysiedlonego miasta. Również poza ul. Sowiecką są zgrupowania kilku – kilkunastu zamieszkałych domków jednorodzinnych rozsiane w paru miejscach. Nawet w całkiem opuszczonych kwartałach, z reguły znajdą się jeden czy dwa budynki zasiedlone. Generalnie jednak ludzie wolą mieszkać grupami, tak ze względów bezpieczeństwa, jak i towarzyskich. Widzimy też domy zadbane, zamknięte, ale bez właścicieli. Okazuje się, że niektórzy posiadacze budynków i przepustek pozwalających na stały wjazd do Zony mieszkają gdzie indziej, a do Czarnobyla przyjeżdżają na odpoczynek, jak do daczy. Zresztą mieszkańcy zachwalają rekreacyjne walory okolicy – cisza, spokój, wspaniałe grzyby i jagody, w Prypeci i jej starorzeczach mnóstwo ryb. To wszystko w wielkiej ilości i rozmiarze, bo mało kto tu dociera, więc rośliny i ryby mają czas urosnąć.

Zostajemy zaproszeni przez jedną z rodzin, pracującą do dziś w elektrowni czarnobylskiej. Gospodarz jest jednym z nielicznych czarnobylców urodzonych na miejscu, większość obecnych mieszkańców miasta pochodzi spoza Zony, osiedlili się tu skuszeni m.in. darmowymi domami. Część pracuje w elektrowni (została ona wyłączona, ale wciąż trzeba monitorować i nadzorować), część w porcie (kilka statków obsługujących żeglugę na Prypeci), usługach, a niektórzy zatrudnili się poza Zoną. Jest też trochę emerytów, natomiast prawie nie ma dzieci – ze względów zdrowotnych władze starają się nie meldować tu najmłodszych. W sumie gospodarz szacuje stałych mieszkańców Czarnobyla na kilkaset osób, są też pracownicy kontraktowi. Mówiący na przemian po ukraińsku i rosyjsku właściciel pokazuje nam swoje gospodarstwo. Dom murowany, parterowy z obszerną werandą, z elektrycznością, bieżącą wodą, kanalizacją i dostępem do internetu. Duży telewizor zapewnia rozrywkę. Przed budynkiem niewielki ogród kwiatowy, na zapleczu zaś i z boku rozciągają się grządki warzywne, zagony truskawek i drzewa owocowe. Całość wyjątkowo starannie ogrodzona – mieszkańcy skarżą się na stada dzików, panoszących się w opustoszałych dzielnicach Czarnobyla i chętnie przychodzących żerować na ich działki. Ostatnio pojawiło się nowe utrapienie – azjatyckie jenoty podbijające całą wschodnią Europę rozpleniły się i tutaj. Obecnie, na początku maja, w ogrodzie rośnie głównie cebula i marchew, ale pani domu podkreśla, że prawie wszystkie dania na suto zastawionym stole pochodzą z własnych upraw lub zbiorów. Ziemniaki, pomidory, ogórki i kabaczki z działki, grzyby z lasu, a ryby ze starorzecza. Tylko mięso, chleb i wódka jest ze sklepu. Udaje mi się dyskretnie uniknąć grzybów – prawdopodobnie zbędna ostrożność, jednak fakt faktem, iż grzyby były istnym magazynem wszelkich radionuklidów, zwłaszcza cezu 137. Na posterunku granicznym Zony wielka tablica pokazuje archiwalne dane o skażeniu tym izotopem – jeśli ryby miały do 14 tys. bekereli/kg, to grzyby do 390 tys. bekereli/kg. To wszak blisko 800 razy więcej niż dopuszcza norma, a cez 137 rozpada się dość wolno. Jednak z miejscowymi lepiej o tym nie mówić – uważają decyzję o wysiedleniu za niebotyczną głupotę władz i wszelkie pogłoski o skażeniu, tym bardziej zaś o chorobach nim wywołanych, traktują jako irytującą propagandę.

Umarłe miasto

Oprócz naszego gospodarza przy tej samej uliczce mieszka jeszcze pięć rodzin. Przy sąsiedniej ulicy żyje kolejna rodzina i jeden dacznik (okresowo przyjeżdżający). A dookoła nich monotonne szeregi pustych domów. Spacer tymi wymarłymi ulicami przywraca atmosferę moich wyobrażeń o Czarnobylu-widmie. Przede wszystkim wszechobecna pustka i cisza, nawet ptaków zbytnio nie słychać. I wszędzie szeregi domków, na pozór niezniszczonych, niezbyt zasłoniętych roślinnością. Większość z nich jest parterowa, murowana lub zbudowana z kratki drewnianej obłożonej gliną i na zewnątrz pobielonej. Białe ściany ładnie komponują się z ościeżnicami okien pomalowanymi na niebiesko albo zielono, czasami też z zachowanymi niebieskimi okiennicami. Znacznie rzadziej widać domy z bali lub desek. W jednym miejscu stoją dwa piętrowe, długie, drewniane  bloki. Dachy nieodmiennie eternitowe, rzadziej blaszane. Zawalony dom widziałem tylko jeden. W wielu oknach zachowały się szyby. Wrażenie tymczasowego opuszczenia mija, gdy zaczynam wchodzić do wnętrz i myszkować po ogrodach. To rzeczywiście jest już miasto umarłe, ale bynajmniej nie z powodu radiacji. Przyczyną są szabrownicy. W przeciwieństwie do wsi Zalesie, tutaj wszystkie budynki do cna obrabowano. Puste pokoje, w których zostały jedynie tapety, zerwane podłogi przez szukających skarbów, wyrwane rury i kable, a co najgorsze uszkodzone stropy, dzięki czemu przesącza się do wnętrza woda i mróz, przyśpieszając destrukcję. Nawet sedesy i umywalki zniknęły. Nie oszczędzono i rozłożystych, rosyjskich pieców, w których poszukiwacze cenności wybili dziury i szybiki. Ściany jeszcze stoją, ale mieszkańcy nie mają do czego wracać, choćby odwołano dekret o wysiedleniu. Gdzieniegdzie tylko zachowane krzesło, rozpadające się łoże małżeńskie, a w ogrodach porzucane w trakcie rabunku wanny żeliwne – świadectwo przeliczenia się złomiarzy z siłami. W jednym z domów, na fragmencie podłogi, malutki taborecik z drążkiem zapobiegającym wypadnięciu dziecka, w ogrodzie innego stoi dziecięcy rowerek z bocznymi kółkami, z oponami i częścią siodełka, choć grubo już pokryty rdzą. Takie same wymarłe dzielnice podobnych domostw jednorodzinnych zobaczę i w innych rejonach Czarnobyla, jedyną różnicą będzie to, że dalej od centrum miasta podwórka i boczne ulice są już całkowicie zarośnięte. Ulicę Czapajewa, kiedyś asfaltową, obecnie porastają zagony konwalii majowych i traw, spod których nie widać ani kawałka asfaltu. Zdziczałe jabłonie i wiśnie obsypują kwieciem resztki płotów i zardzewiałych skrzynek na listy.

Jedziemy dalej, na dawne wzgórze zamkowe. Tu, na płaskowyżu z dwóch stron ograniczonym wysoką i bardzo stromą skarpą doliny Prypeci, wznosił się zamek zbudowany w 1548 r., kawałek dalej był dwór Chodkiewiczów i klasztor dominikanów z barokowym kościołem. Całość spłonęła podpalona przez bolszewików około 1920 roku, a resztki budowli później rozebrano. Po wojnie założono w tym miejscu główny park miejski z pomnikiem ku czci żołnierzy radzieckich poległych w listopadzie 1943 r. w czasie walk z Niemcami o miasto. U wejścia ustawiono armaty na betonowych cokołach, które wznoszą się nad nami i dziś. Po katastrofie atomowej w parku pojawiły się nowe pomniki poświęcone nowym ofiarom: najpierw w 2001 r. wielka biała ściana, patetyczna, jeszcze w starym stylu, z nazwiskami poszkodowanych i skromny, ale wzruszający monument z 2006 r. z wyrytą matką z niemowlęciem w ramionach unoszonych przez bociana ku słońcu z wpisanym modelem atomu. Bocian w  tutejszych wierzeniach ludowych jest symbolem duszy idącej do nieba. Przed parkiem kolejny pomnik Katastrofy, jakże jednak odmienny: na byłym stadionie stoją transportery opancerzone, wozy strażackie i ciężarówki otoczone tabliczkami z symbolem radiacji i zakazem zbliżania się. To drobna część sprzętu użytego w akcji gaszenia i zasypywania reaktora, silnie skażona, porzucona, a następnie ulokowana w Czarnobylu ku pamięci i przestrodze. Dziś to ulubiony plener fotografii rodzinnej – umęczony żołnierz pilnujący dostępu nie nadąża odganiać wdrapujące się na pancerz pary lub wyrostków i wreszcie tylko monotonnie powtarza: „odejdźcie, odsuńcie się, to radioaktywne przecież”. W miejscu gdzie przed laty wznosił się dwór stoi samotny, parterowy, murowany budyneczek kawiarni zbudowanej w 1959 r., z tarasem wychodzącym na dolinę Prypeci. Kiedyś rozciągał się stąd piękny widok na leżącą hen w dole rzekę, uwieczniony w 1874 r. przez Napoleona Ordę, dziś jednak wielkie drzewa całkowicie zasłaniają Prypeć, tak że z całego wzgórza zamkowego ledwie w jednym miejscu można dostrzec strzępek lśniącej wody. I nagle z krzaków, gdzie niegdyś piętrzyły się domy i świątynie wyskakuje dorodny kozioł sarny. Z wytrzeszczonymi z przerażenia oczyma pędzi przez tłum ludzi, kluczy, mijając nas o metr może, by po chwili rzucić się na łeb na szyję w dół, w gęstwinę porastającą stok doliny. Po chwilowej konsternacji wpadamy w zadumę, bo wszak teraz to sarny i dziki są gospodarzem tego miejsca – my ludzie pojawiamy się tutaj już tylko dwa razy do roku.

Prypeć – cmentarz okrętów

Skoro nie widać rzeki z góry, zjeżdżamy stromą, brukowaną granitowymi kocimi łbami drogą, zapewne jeszcze przedrewolucyjną, nad brzeg. Przypominam sobie opowieści dziadka, jak ze wzgórza zamkowego podglądał licznych czarnobylskich żydów zdążających  tłumnie w dół w pierwszym dniu Rosz Haszana, by ustawiwszy się rzędem nad brzegiem odprawiać tajemnicze dla katolickiego chłopca modły. Dziś rzeka jest znacznie potężniejsza – zbudowanie w 1964 r. zbiornika kijowskiego wpłynęło też na zwiększenie szerokości dolnej Prypeci – i robi większe wrażenie niż Wisła. Pas szuwarów porastający brzeg rozcinają nagle betonowe bloki tworzące dawną niewielką przystań, po której pozostał wodomierz i skromne ruiny. Nieopodal nas przycumowany do brzegu zardzewiały dźwig wodny po raz kolejny przypomina o nagłej Apokalipsie miasta. Jednakże i ta przystań nie jest całkiem porzucona. Na rzece kilka zakotwiczonych łódek opiera się bystremu nurtowi, a ich właściciele pilnie obserwują spławiki, sami zaś są obiektem zazdrosnych spojrzeń paru mniej majętnych wędkarzy rozlokowanych na naszym brzegu. Po drugiej stronie rozpościera się gęsty las liściasty i ludzi tam nie ma.

Kolejny podjazd, przejazd ulicą Lenina wzdłuż prawie całkowicie zarośniętych krzewami domów, krótki zjazd i wracamy nad wodę, tym razem w porcie czarnobylskim leżącym w rozległej zatoce Prypeci. To chyba najbardziej znane obecnie miejsce w Czarnobylu. Już z daleka rozpoznajemy widziane wielokroć w telewizji albo w podglądzie satelitarnym rdzawe sylwetki na wpół zatopionych holowników, barek, statków wynurzających się a to dziobem, a to rufą z błękitnej wody zatoki. Cmentarz martwych okrętów. Wśród wraków widać jednakże i dwie nowe jednostki: stateczek Stalker i pchacz rzeczny, a także odnowione budynki portu i most doń prowadzący.

Cerkiew, ikony i dawni Polacy w Czarnobylu

Teraz nasza grupa trzech aut rozdziela się. Część rosyjskich przyjaciół decyduje się podjąć ryzyko dotarcia do sarkofagu reaktora czarnobylskiego. Ryzyko bynajmniej nie polega na niebezpiecznej radiacji, której tam po prostu nie ma. Natomiast wiemy, że sarkofag leży w pierwszej zonie, znacznie bardziej zamkniętej niż nasz rejon i wymagającej oddzielnych przepustek. Ale może w ten szczególny dzień wpuszczą i na czarnobylską przepustkę? My decydujemy się na razie pojechać do cerkwi pw. św. Eliasza z 1878 r. To jedyna świątynia, która przetrwała bolszewickie rządy. Niedawno odnowiona, biało – niebieska z zielonymi blaszanymi dachami, błyszczy złotem wyniosłej dzwonnicy. Z daleka przypomina bardziej kościół niż cerkiew, brak jest purchawkowatych kopuł, kokoszników, obie wieże są raczej w typie świątyń Zachodniej Europy. Zwłaszcza, że włączenie wieży do gmachu cerkwi nadaje jej pozornie rzut krzyża łacińskiego, a nie greckiego. Dopiero z bliska widać cechy architektury prawosławnej. W środku niewielki sklepik z ikonami, zresztą niezwykle drogimi – parokrotnie tańsze widziałem w cerkwiach kijowskich. Bogaty ikonostas zawiera sporo zabytkowych ikon z XVIII w. lub jeszcze starszych. Niektóre pochodzą z czarnobylskiej cerkwi starowierów, inne ze zniszczonych w latach 20. XXw. okolicznych cerkwi prawosławnych. Jednak największe wrażenie robi wielka współczesna ikona poświęcona ofiarom katastrofy jądrowej, z piękną i wzruszającą kompozycją zmarłych na tle martwego drzewa i gwiazdy. Obok wystawiono monumentalną, ozdobnie oprawioną,  księgę ofiar katastrofy. Publicznie eksponuje się ją tylko w ważniejsze święta. Z boku nawy stoi najnowsze i niespodziewane odkrycie archeologiczne – popiersie cara Aleksandra II. Ufundowane w roku 1878 z okazji budowy obecnej cerkwi, zostało przez wiernych zakopane pod nawą w czasie rewolucji komunistycznej i dzięki temu szczęśliwie przetrwało. Zapomniany posąg odkopano parę lat temu w czasie wymiany podłogi. Przy świątyni rozległa łąka, na której postawiono krzyż upamiętniający ofiary wybuchu oraz dzwon pamięci.

A skoro o pamięci mowa to pora zrealizować ważny cel naszej podróży – wizytę na cmentarzu. To zresztą cel większości czarnobylan odwiedzających dziś swoje miasto – każdy ma tutaj pochowanych bliskich. My jednak nie jedziemy na oficjalny, duży cmentarz komunalny, gdzie spoczywają pogrzebani w latach 60. i późniejszych. Zamiast tego udajemy się ul. Sowiecką na niewielki parking przed opuszczonym biurowcem. Za nim leży gęsty lasek, w którym po chwili dostrzec można wśród pnączy zardzewiałe, pogięte, ale wciąż stojące huśtawki, małe karuzele, drabinki dla dzieci, jakieś resztki zjeżdżalni. Do wysiedlenia był to park z placem zabaw. Lecz ten zdziczały park  ma starszą historię – jak wiele innych wesołych miasteczek w ZSRR utworzony został  na miejscu chrześcijańskiego cmentarza, zaś huśtawki czy karuzele miały zatrzeć w pamięci mieszkańców dawne krzyże czy posągi świętych. Tak było i w Czarnobylu. Tutejszą nekropolię założono w XVIII w., a ostatnie pochówki prowadzono jeszcze w 1958 r. Chowano na niej zarówno prawosławnych, jak i katolików (za wyjątkiem Chodkiewiczów, którzy mieli własne krypty w podziemiach kościoła), w sumie kilka tysięcy ludzi. Wraz z bogaceniem się mieszkańców wzrastała również wystawność ich miejsc wiecznego spoczynku, z których część stanowiły istne dzieła sztuki. Starsi mieszkańcy do dziś wspominają wielkie, bogato rzeźbione grobowce i pomniki zapamiętane z czasów dzieciństwa. To wszystko bezśladowo zniszczyły buldożery. Dopiero kilka lat temu znów pojawił się krzyż – wysoki, drewniany, prawosławny, przypominający losy tu pochowanych. Gdzieś wśród tych drzew spoczywają i moi zmarli.

Do Czarnobyla rodzina Niedźwiedzkich przybyła w 1857 r., kiedy to dnia 15 listopada Jan Niedźwiedzki z żoną Anastazją kupili dom z ogrodem oraz łąki nad Prypecią od Panfiłowiczów. Własność ta była zresztą obwarowana ciekawym zastrzeżeniem dokonanym przez Jana Mikołaja Chodkiewicza, gdy nadawał w 1778 r. ów kawałek swemu dworzaninowi Wincentemu Łyce. Otóż posesja i łąki mogły być dowolnie sprzedawane, darowane lub dzielone, z jednym wszak zastrzeżeniem – nie mogły one być przekazane Kościołowi. Od tej pory aż do katastrofy elektrowni w Czarnobylu (26 kwietnia 1986 r.) mieszkały w tym miasteczku kolejne pokolenia Niedźwiedzkich. W czasie ofensywy kijowskiej Piłsudskiego, część rodziny opuściła miasto i wraz z mym dziadkiem Wiktorem, żołnierzem gen. Żeligowskiego zamieszkała w nowej Polsce, jednak dwie z sióstr i brat dziadka Stanisław pozostali na ojcowiźnie, co przypłacili później łagrami i wysiedleniami. Stanisław zdołał powrócić z zesłania i zbudował nowy dom (stary spalili bolszewicy w 1944 r., gdyż nie pasował do wzniesionego po sąsiedzku budynku komitetu partii). Dopiero po wybuchu reaktora jądrowego został przymusowo wysiedlony, zostawiwszy w Czarnobylu cały majątek oraz swą ukochaną pasiekę i osiedlony w baraku w mieście Irpień k. Kijowa zmarł po niedługim czasie. Dom zaś stoi do dziś. A na dawnym cmentarzu, jak wynika z ksiąg metrykalnych, pochowano Jana z Anastazją, jego matkę Ninę, ich dzieci, w tym mego pradziadka Marcelego, leśniczego u hrabiów Horwattów z Chabna. Przed krzyżem prawosławnym wspominam ich pamięć, zapalam znicz i biorę garść ziemi by wraz z ziemią z czarnobylskiego domu rodzinnego zawieźć na wrocławski grób dziadka Wiktora.

Sarkofag, tajny radar i wielka ryba!

Tymczasem powraca ekipa, która próbowała dostać się do sarkofagu. Głęboko oburzeni i rozzłoszczeni, gdyż na rogatkach miasta strażnicy kategorycznie odmówili przepuszczenia ich dalej bez specjalnej przepustki, nie pomogła nawet ostra kłótnia. A więc nie da się ! A jednak…. Niepozorny starszy pan z naszej grupy, który w czasie, gdy podejmowano wcześniejszą decyzję o próbie wjazdu do strefy sarkofagu był nieobecny, teraz wysłuchał historii o nieudanym wyjeździe, westchnął, pogrzebał w aktówce, wyciągnął okrągłą pieczęć (oficjalna pieczęć w byłym ZSRR zawsze musi być okrągła), wziął nasze przepustki, huknął pieczęcią, złożył zamaszystą parafkę i szepnął: „można jechać”. Okazuje się, iż mamy wśród siebie wysokiego oficera z MSW. No więc jedziemy. Pieczątka działa bez zarzutu. Strażnicy tym razem nie robią żadnych trudności i po chwili mkniemy świetnie utrzymaną szeroką szosą ku sarkofagowi. Po obu stronach młode i rzadkie laski brzozowe, a nad nimi wznosi się na horyzoncie olbrzymia ażurowa, prostokątna konstrukcja masztów i poziomych belek. To antena słynnego radaru pozahoryzontalnego Duga. Ten ściśle tajny, największy w ZSRR radar, umożliwiający obserwacje startu rakiet nawet nad terytorium USA, oddano do użytku w 1976 r. i działał aż do wybuchu reaktora, który zniszczył elektronikę radaru. Kiedyś obecność cudzoziemca w zasięgu widoczności tej konstrukcji, byłaby całkowicie niemożliwa. Po kilku kilometrach pojawiają się już budowle elektrowni. Najpierw otoczony dźwigami czerwony kubik bloku nr 5. W momencie katastrofy był w budowie i w takiej nieukończonej, choć zaawansowanej postaci zastygł po wsze czasy. Dookoła niego głęboka betonowa fosa, zaprojektowana do chłodzenia bloku, a obecnie wymarzony cel pielgrzymek wędkarzy, na tyle ustosunkowanych by otrzymać przepustkę do pierwszej zony lub po prostu pracowników elektrowni. Jeden z nich, z imponującą kolekcją tatuaży na rękach, właśnie stoi przy barierce mostu i uważnie pilnuje… no, właściwie nazwanie go wędkarzem jest nieścisłe, wędki bowiem nie posiada, podobnie jak spławika. Pilnuje więc żyłki z haczykiem i zrobionego z drutu nibyciężarka. Sprzęt łowiecki nie imponujący, ale za to z zachwytem obserwujemy obiekt polowania. Pod nam, tuż pod powierzchnią, krążą całe eskadry wielkich, półmetrowych jazi. Po chwili jeden z nich zostaje wyciągnięty na most. Kilku jego krewnych już pływa w wiaderku. Większość panów z naszej grupy atawistycznie skupia całą uwagę na łowach, nie zwracając uwagi ani na reaktor, ani na potężną wieżę chłodniczą wznoszącą się tuż nad nami, ani na stalowy most kolejowy prowadzący w bramę kompleksu reaktora. Liczy się tylko ryba. Z trudem odciągamy ich z powrotem do aut, a i to głównie dzięki obietnicy, że wokół sarkofagu zobaczą dużo większe okazy. Obietnicy bynajmniej nie na wyrost.

Po chwili wynurza się zza zakrętu wysoki komin bloku nr 4, czyli właśnie owego słynnego sarkofagu. I kolejne pomniki. Kilka bramek z dzwonami pamięci prowadzi do ściany z łamanego kamienia z wmurowanymi tablicami. Każda zawiera nazwisko jednej osoby poległej w walce o zapobieżenie jeszcze większej eksplozji. Pamięci Kurguza Anatolija Charłampiewicza, Pamięci Kibienka Wiktora Nikołajewicza, Pamięci Prawika Władimira Pawłowicza …. ciągnie się szereg czarnych epitafiów. Nad nimi wyryty groźny model atomu. Mimo woli wzrok biegnie w bok, tam gdzie wznoszą się hale, a za nimi, choć ledwo widoczny, majaczy drzemiący pod tonami betonu i stali stos jądrowy. Po drugiej stronie placu również pomnik, ale jakże inny. Wspaniale umięśniony mężczyzna zrywa się sięgając rękoma ku niebu. Człowiek sięgający gwiezdnej energii? Wyzwanie czy ostrzeżenie?

Żeby zobaczyć sam blok nr 4 podjeżdżamy trochę dalej, ku wyrastającej z ziemi istnej dżungli stalowych słupów elektrycznych, różnej wielkości i rozmaitych kształtów. Wszędzie napięte druty, jakby gotowe podjąć niewidoczny strumień prądu z uranowych prętów. Które zresztą dwadzieścia lat temu leżały tu, gdzie teraz stoimy, wyrzucone w powietrze optymizmem eksperymentujących badaczy. Obecnie wszakże śladów dawnej tragedii nie widać, dorodny zielony trawnik, fosa z rybami, potem kilka młodych drzewek i schludne, niewysokie hale, ponad którymi wznoszą się stalowe płyty tworzące dość porządny, choć nieregularny i trochę zardzewiały prostopadłościan. Znany z archiwalnych zdjęć surowy żelbetowy sarkofag kryje się pod tą nową osłonką, niewidoczny dla oka turysty. Być może szare płyty maskują owe pęknięcia, szczeliny czy rozstępy, o których co i rusz donoszą strwożeni dziennikarze lub miejscowi politycy. Zazwyczaj wraz z wnioskiem o kolejne fundusze. Na pewno kryją w sobie tragedię tych młodych ratowników, którzy znaleźli tu straszną śmierć i tragedię rzesz mieszkańców Czarnobyla, Prypeci i Chabna w ciągu godziny pozbawionych ojcowizny, majątku i pognanych na dożywotnie wygnanie do robotniczych hoteli i sypiących się baraków.

Wracamy przed pomniki u wejścia do bloku czwartego, tym razem ciągnieni tam nie przez historię, a przez atawizm niektórych z uczestników naszej wyprawy. Tu spod bramy elektrowni wychodzą tory kolejowe, biegną sto metrów do fosy, przekraczając ją wąskim mostem o stalowej, ażurowej konstrukcji, po czym nikną wśród kolejnych zabudowań. Tędy przyjeżdżał uran, szła pomoc dla ratowników elektrowni. Tłumek podekscytowanych ludzi na moście ma jednak znacznie bardziej przyziemne fascynacje. Sumy ! Co prawda, to nie sumy, a sumiska, o takich to tylko w powieściach dotąd czytałem. Nie niepokojone przez wędkarzy, pilnowane przez strażników Zony, latami rosły do niebotycznych rozmiarów. Między belkami podkładu mostu widzę jak leniwie sunie tyraliera czterech ryb, z których najmniejsza znacząco przekracza metr. Inna rzecz, że jakieś dziwne te sumy: potężna głowa z wielkimi wąsiskami, nagłe zwężenie i cienki metrowy ogon. A tułów? Niezbyt widać, choć gdzieś przecież te całe bułki znikające nagle w gardzieli muszą się lokować. Sumów pływa tu mnóstwo. Unosząca się na czarnej, nieprzezroczystej toni duża bułka rzucona przez kolegę po chwili znika w środku małego wiru, który niespodzianie pojawił się na gładkim lustrze wody. Nawet koniuszka wąsa nie dostrzegam, tylko cień jakiś zamazany i nagły brak dryfującego pieczywa.

Powoli zapada zmierzch, a wraz z nim zbliża się koniec ważności naszej przepustki. Pora wracać. Na posterunku kontrolnym obowiązkowe badanie auta licznikiem promieniowania, sprawdzenie czy liczba pasażerów wyjeżdżających odpowiada tej zadeklarowanej przy wjeździe i wobec pozytywnego wyniku obu testów unosi się szlaban. Przed nami Czarnobyl, dalej most na rzece Uż i kolejna kontrola na zewnętrznej granicy Zony – tym razem licznik sprawdza nie tylko samochód, ale i nasz bagaż. Jesteśmy jedni z ostatnich, te setki samochodów, które dziś rano stały w godzinnej kolejce do wjazdu opuściły już wymarłe miasto, toteż bez zbędnego czekania, po kolejnym przeliczeniu pasażerów, podnosi się ostatni szlaban na naszej wyprawie. Następny sznur samochodów pojawi się tutaj dopiero za rok. Po dwóch godzinach będziemy w tętniącym życiem Kijowie. Po drodze mijamy jeszcze rondo w szczerym polu z monstrualnym, tak wielkością jak i brzydotą, kamiennym jajem na środku. Owe jajo to dar od któregoś z miast niemieckich dla Ukraińców poszkodowanych w katastrofie czarnobylskiej. W czym ma pomóc wysiedlonym, orzec trudno, ale ponoć ma coś symbolizować. Niestety nasi Ukraińcy nie wiedzą co. Może nadmiar pieniędzy w Niemczech? I brak ich na Ukrainie?

Dr Robert Niedźwiedzki – ukończył studia geologiczne na Wydziale Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Wrocławskiego. Jest pracownikiem Zakładu Geologii Statygraficznej Instytutu Nauk Geologicznych na Wydziale Nauk o Ziemi i Kształtowaniu Środowiska UWr.

Tekst pochodzi ze strony internetowej http://robertniedzwiedzki.ing.uni.wroc.pl/.