„Opowieść stalkera, czyli jak spędziłem samotną noc w Prypeci”

Stalker Staszek w ubiegłym roku ustanowił rekord w przebywaniu na terenie Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia. Przebywał w Zonie przez 33 dni. Rekord ten dopiero niedawno został pobity. A jak rozpoczęła się przygoda Polaka z nieformalnymi wyprawami do Czarnobyla? Oto fragment z jego tekstu na blogu opowiescistalkera.blogspot.com.

Od lat interesuję się Czarnobylską Strefą Wykluczenia. Jeżdżę tam dość regularnie. Jednak zawsze gdzieś w tyle głowy siedziała myśl: a gdyby tak zrobić coś więcej?

Pierwszy raz do Strefy pojechałem w 2012 roku, miesiąc po skończeniu 18 roku życia, czyli wieku wymaganego do legalnego wjazdu do Zony. Praktycznie większą część osiemnastkowego „wynagrodzenia” wydałem na spełnienie swojego marzenia, jakim było oczywiście – zobaczyć Czarnobyl.

Większość znajomych nie dowierzało, twierdziło, że to niebezpiecznie, opowiadali, że wyrośnie mi trzecia ręka, będę świecił – typowe żarty z jakimi spotykam się do dziś. Jakie było ich zdziwienie, gdy wróciłem i pokazałem im zdjęcia. A jednak!

Zona uzależnia. Zanim więc zdążyłem wrócić do Polski, wiedziałem – na pewno tam jeszcze wrócę. Zgodnie z przewidywaniami – 2 lata później, w 2014 roku znów stałem na głównym placu w Prypeci. Był to wyjazd równie ciekawy, tym bardziej, że byli z nami „znani Jutuberzy” (swoją drogą – sympatyczni ludzie). Zakończył się jednak niezbyt ciekawą sytuacją na granicy (ze strony mojej i mojego brata), ale o tym wspomnę innym razem.

Uzależnienie od Czarnobyla dawało o sobie ciągle znać, więc już niedługo na wiosnę 2015 roku pojechałem trzeci raz, w międzyczasie natrafiając w internecie na relację kilku Polaków, którzy z pomocą ukraińskiego „Stalkera” (Stalker – osoba nielegalnie eksplorująca Czarnobylską Strefę, zwaną również Zoną. Wie którędy wejść i wyjść z Zony, tak, żeby nie dać się złapać, czasami robi za płatnego przewodnika dla chętnych takich wrażeń) spędzili kilka dni w Strefie Wykluczenia. Zawsze marzyłem o czymś takim, jeszcze na długo zanim pierwszy raz odwiedziłem Czarnobyl. Nigdy jednak nie miałem na tyle odwagi, czy wiary, że może się to udać. Zupełnie przypadkiem okazało się, że jeden z uczestników tej wyprawy jest znajomym kolegi mojego brata (sic!). Po kontakcie i wymianie informacji na temat ich wyjazdu, wiedziałem już – w te wakacje spędzę noc w Prypeci.

Ambicja jednak nie pozwalała mi skorzystać z pomocy przewodnika, więc od razu rozpoczęło się żmudne planowanie. Całe noce ślęczenia nad Wikimapią, rysowanie trasy, kompletowanie zawartości plecaka. Paradoksalnie najważniejsze było dla mnie zaplanowanie całej logistyki okołowyprawowej: dojazdu na Ukrainę, noclegu w hotelu, dojazdu do granicy Zony – tak, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Na Strefę zaś zostawiłem sobie tylko ramowy plan, a poza nim – pełną improwizację, zakładając, że czuję się tam jak u siebie w domu. Przygotowując się do takiego wyjazdu, nagle zauważasz, że każda błahostka może mieć wpływ na powodzenie wyprawy: skąd pozyskać wodę, ile zabrać jedzenia, czy wziąć dolary na łapówki, a nawet – jak odpowiedzieć na granicy na pytanie o cel podróży. Że jadę pod biwak? To, w takim razie – po co mi licznik Geigera?

Przygotowany do wyjazdu, na dwa tygodnie przed wyruszeniem – szok. Media trąbią – z powodu wielotygodniowych suszy lasy Czarnobylskiej Strefy płoną. Po dotarciu do informacji o Gwardii Narodowej Ukrainy wysłanej do pilnowania granic strefy, znajomy, który miał mi towarzyszyć rezygnuje. Zostałem sam.

Wycofać się? Nie ma mowy, zbyt wielu osobom powiedziałem, że jadę. To nawet nie wchodzi w grę. Przełożyć termin? Też nie za bardzo, bo szkoła. Pierdolę! Jadę samemu.

Cały wpis do przeczytania na stronie internetowej opowiescistalkera.blogspot.com

Staszek (stalker): Dalej czuję niedosyt. Nawet po tych 33 dniach w Zonie jest on bardzo duży

Staszek (stalker): „Legal” to młodszy brat „nielegala”