„Strefa terapii. Miałem kiedyś lęk wysokości”

„Mój lęk wysokości objawiał się paraliżującą niechęcią do patrzenia w dół, zbliżania się do barierek oddzielających mnie od takiej czy innej przepaści, czy wchodzenia na drabiny. Unikałem też wchodzenia na niedostatecznie moim zdaniem umocowane platformy widokowe, to jednak dziedzina bardziej zahaczająca o strach. Do czasu” – pisze w felietonie Bartłomiej Ratajski, który dwukrotnie – w październiku 2016 r. i marcu 2017 r. – odwiedził Czarnobylską Strefę Wykluczenia.

Nie jestem psychologiem, to, co teraz napiszę wynika z przemyśleń własnych, nie popartych teorią. Na swój prywatny użytek zwykłem jednak rozróżniać lęk od strachu. Lęk – drogi czytelniku – w moim mniemaniu nie ma nic wspólnego z odwagą lub jej brakiem. Odwaga to dziedzina strachu. Strach jest dla mnie zawsze czymś, co wiąże się z określonym scenariuszem. Boję się, że spadnę – to jest strach. Może być mitygowany argumentacją, że np. niezamierzone spadnięcie z otoczonego barierką, solidnego balkonu wymaga wyjątkowo dużej dozy pecha. Strach może mobilizować do działania. Jeśli boję się, że zaatakuje mnie biegający bez smyczy i kagańca pies, będę uciekał, walczył lub zachowywał się tak, by zapobiec atakowi. Lęk, jak ja go rozumiem, praktycznie zawsze paraliżuje. Jeśli lękam się psów, to pies może być na grubym łańcuchu, ale ja i tak nie zbliżę się do niego.

Tyle teorii i wyjaśniania pojęć. W skrócie zatem, mój lęk wysokości objawiał się paraliżującą niechęcią do patrzenia w dół, zbliżania się do barierek oddzielających mnie od takiej czy innej przepaści, czy wchodzenia na drabiny. Unikałem też wchodzenia na niedostatecznie moim zdaniem umocowane platformy widokowe, to jednak dziedzina bardziej zahaczająca o strach. Do czasu.

W październiku 2016 r. spełniłem wreszcie marzenie o zobaczeniu na żywo strefy wykluczenia wokół czarnobylskiej elektrowni atomowej. Wyjazd odkładany z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, pod pretekstami nieznajomości organizatorów, braku czasu, pieniędzy, nieważnego paszportu… Gdy nagle za pośrednictwem wiadomości w sieci dotarło do mnie, że zaraz stracę szansę na zobaczenie na żywo starego sarkofagu. Starego komina i tak już nie mogłem zobaczyć, ale sarkofag chciałem. Bardzo chciałem.

Ekspresowe wyrobienie paszportu. Wypisywanie rozpaczliwych maili do Strefy Zero, którą polecił mi znajomy znajomego. Zaklinanie rzeczywistości, żeby jednak jeszcze jedno miejsce w autokarze się znalazło… Jednak jadę! I wtedy dotarło to do mnie. Dach Fudżijamy. Rozmokłe podłogi w Prypeci. Oko Moskwy. Zwłaszcza ono.

Przeczytałem kilka relacji z wejścia na antenę. Wieje, drabiny się trzęsą, adrenalina pulsuje. Dobrze mieć przygotowanie kondycyjne (to akurat nie problem, mogę straszyć świat mięśniem piwnym, ale kondycję mam). Ale widok wspaniały, warto. Tylko te cholerne drabiny. Ta wysokość. Ten lęk.

Nic to, myślałem. Prypeć roi się od mniejszych drabin, na których mogę poćwiczyć. Tu wlezę, tam wejdę, jak się nie zabiję, to i na Dugę łatwiej będzie się zebrać. Przecież to jedyna okazja w życiu. Jak nie teraz, to kiedy?

Jeśli znasz – miły czytelniku – przewrotność losu, domyślisz się zapewne, że kompleks Czarnobyl-2 znalazł się na pierwszym miejscu planu wycieczki. Wyobrazisz sobie również autora, próbującego desperacko zwalczyć swój lęk. Włażącego na pierwszy taras, patrzącego w dół i schodzącego czym prędzej na bezpieczny poziom gruntu. I tak jeszcze kilka razy.

Mówiąc krótko, nie dałem rady. Jednak odjeżdżając z kompleksu w stronę Prypeci usłyszałem, że w miarę świeże tabliczki zabraniające wspinaczki na antenę mogą oznaczać, że jesteśmy ostatnią grupą wpuszczoną na zwiedzanie Oka. Wtedy coś we mnie pękło.

Nie, nie wymusiłem zawrócenia, nie wlazłem na sam szczyt. Ale lęk wysokości dokuczył mi najwyraźniej o jeden raz za dużo. To było chyba potrzebne. Przez całą resztę wycieczki pchałem się na każdą możliwą drabinę czy platformę, która się nawinęła. Ze strachem, przyznam. Ale już nie z lękiem. Dźwigi portowe – zwiedziłem. Szesnastopiętrowiec w centrum – wlazłem. Fudżijama, dach Polesia, bardzo mi miło. Maszt oświetleniowy przy stadionie ocalał od mojej obecności tylko dlatego, że za późno się na niego natknąłem. Lęk zniknął jak ręką odjął.

Po październikowym wyjeździe lęk wrócił tylko raz – nad kanionem Okatse w Gruzji. Kto był, może się domyślić dlaczego. Kto nie był, niech się wybierze, polecam. Poza tym od przygody z Okiem Moskwy zasmakowałem we włażeniu na różne wysokie obiekty – słupy elektryczne, dachy, drabiny. W marcu 2017 r. wróciłem do Strefy. Zwiedziłem małą antenę, ze względu na planowy przyjazd innej wycieczki organizator nie zgodził się tym razem na wchodzenie na główną atrakcję. I wiecie co? Rzekoma adrenalina przy wchodzeniu nie wystąpiła. Ot drabiny i pomosty. Z góry fajny widok. A na dużą antenę wejdę przy następnej okazji. Bo Strefa nie tylko leczy. Strefa też zaraża. Jeśli to czytasz, zapewne wiesz, o czym mówię.

Fot. archiwum Bartłomieja Ratajskiego

Fot. archiwum Bartłomieja Ratajskiego

Fot. archiwum Bartłomieja Ratajskiego

Fot. archiwum Bartłomieja Ratajskiego

Fot. archiwum Bartłomieja Ratajskiego

Fot. archiwum Bartłomieja Ratajskiego

Fot. archiwum Bartłomieja Ratajskiego

Fot. archiwum Bartłomieja Ratajskiego

Fot. archiwum Bartłomieja Ratajskiego

Fot. archiwum Bartłomieja Ratajskiego

 

Bartłomiej Ratajski – dwukrotny uczestnik wypraw do Zony zorganizowanych przez StrefaZero.org w październiku 2016 r. i marcu 2017 r.