Górnicy w Czarnobylu. Tak wyglądała ich praca

Pamiętacie scenę z serialu „Czarnobyl”, gdy minister przemysłu węglowego ZSRR udał się do górników z Tuły z żądaniem, aby wzięli udział w likwidacji skutków wypadku w czarnobylskiej elektrowni? To ciekawy, ale niestety całkowicie fikcyjny fragment filmu. Nie mniej barwnie, ale częściowo również fikcyjnie, przedstawiono pracę górników podczas budowy tunelu prowadzącego pod fundament czwartego reaktora. Jak było naprawdę? Opowiedział o tym uczestnik wydarzeń z 1986 r. Jewgienij Borysowicz Nowik w rozmowie z pracownikami Muzeum Narodowego „Czarnobyl” w Kijowie.

Materiał powstał we współpracy z Muzeum Narodowym „Czarnobyl” w Kijowie.

– W chwili wypadku w Czarnobylu byłem kierownikiem trustu Donieckszachtoprochodka [ros. Донецкшахтопроходка]. Wówczas było to duże przedsiębiorstwo, które w różnych okresach czasu zatrudniało od 4,5 do 5 tys. osób. Budowaliśmy szyby kopalni – ogromne, wyłożone stalowymi lub betonowymi okładzinami studnie, od których odchodzą poziome tunele, sztolnie i pochylnie – opowiadał.

Jego przedsiębiorstwo w latach od 1952 do 1986 r. wybudowało 317 szybów kopalnianych, w tym jedne z najgłębszych w Donbasie – w kopalniach: „Szachtiorskaja Głubokaja” [ros. „Шахтёрская Глубокая”] w mieście Szachtarsk o głębokości 1341 m; „Koczegarka” [ros. „Кочегарка”] w mieście Gorłówka o głębokości 1425 m. Inżynierowie i pracownicy trustu mieli bardzo duże doświadczenie w prowadzeniu prac podziemnych w trudnych warunkach geologicznych.

Pierwsze chwile po awarii

Nowik o awarii w elektrowni atomowej w Czarnobylu dowiedział się, jak większość społeczeństwa, 28 kwietnia 1986 r. z komunikatu programu informacyjnego „Wriemia” [ros. „Время”]. – Wcześniej specjaliści z naszego trustu brali udział w budowie podziemnych silosów rakietowych, w tym również i na Bajkonurze, a także tzw. szybów specjalnego przeznaczenia na poligonie w Semipałatyńsku, gdzie przeprowadzano podziemne próby ładunków atomowych. Kiedy więc usłyszałem wiadomość o wypadku w elektrowni atomowej, jakieś dziesiąte przeczucie podpowiedziało mi, że i tam bez górników raczej się nie obejdzie – zaznaczył.

3 maja 1986 r. zadzwonił do niego minister przemysłu węglowego Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej Nikołaj Safonowicz Surgaj [ros. Николай Сафонович Сургай] i zaprosił go na spotkanie. W jego trakcie w kilku słowach powtórzył doniesienia, które Nowik usłyszał w programie informacyjnym, a także dodał: „Tam, prawdopodobnie, trzeba będzie wybudować szyb i z niego dostać się pod reaktor. Dzisiaj będziesz musiał pojechać do Czarnobyla w ramach grupy pracowników naszego ministerstwa i od razu dowiedzieć się, o co chodzi”. Na pytanie Nowika, co ma ze sobą zabrać, odparł: „Weź swoją głowę i linijkę logarytmiczną”.

Niemal natychmiast Nowik wraz z pierwszym zastępcą ministra ds. budowy kopalni Piotrem Iliczem Marosinem [ros. Петр Ильич Маросин] poleciał samolotem z Doniecka do Kijowa. Na lotnisku Żuliany czekał już na nich samochód, którym od razu pojechali do Czarnobyla.

Rozpoznanie

– Obraz, który zobaczyłem po przyjeździe do Czarnobyla, był straszny. Sytuacja przypominała wojnę – na niebie krążyły helikoptery, na ziemi było dużo sprzętu wojskowego. Przeciwległym pasem ruchu jechały i jechały autobusy i ciężarówki, którymi ewakuowano ludzi ze strefy czarnobylskiej. Milicjanci na posterunkach stali w maskach. My ich nie mieliśmy. Nikt nas nie ostrzegł, jak się ubrać w taką podróż służbową i jaki sprzęt ochronny zabrać – powiedział likwidator.

Specjaliści z Doniecka dotarli do miasta Czarnobyl późnym wieczorem. Udali się od razu do rejonowego komitetu partii, gdzie przebywali członkowie komisji rządowej ds. likwidacji skutków awarii w elektrowni atomowej.

– Podczas rozmowy wicepremierem ZSRR Borysem Jewdokimowiczem Szczerbiną [ros. Борис Евдокимович Щербина] stało się jasne, że pozostałości paliwa ze zniszczonego czwartego bloku intensywnie się nagrzewają i istnieje niebezpieczeństwo przepalenia betonowej płyty fundamentowej. Jej grubość wynosiła zaledwie dwa metry. Nie wykluczano ponownego wybuchu ani przedostania się paliwa, a tym samym substancji radioaktywnych do gruntu. A pod fundamentem znajdował się nawodniony piasek. Promieniowanie mogło się przedostać do rzeki Prypeć, a następnie do Zbiornika Kijowskiego. W rezultacie mogło dojść do skażenia na dużą skalę substancjami radioaktywnymi Dniepru, z którego pobierano wodę pitną dla setek ukraińskich miejscowości – mówił Nowik.

Jak zaznaczył, podjęto decyzję o budowie dodatkowej przegrody pod fundamentami reaktora, ale by tego dokonać należało najpierw w bezpiecznej odległości od zniszczonego bloku wykopać szyb, a już z niego wykopać chodnik kopalniany pod reaktor. Prace te miały zająć miesiąc.

– Po rozmowie z nami Szczerbina wydał polecenie swojemu asystentowi, aby zakwaterowano nas na noc w pobliskim miasteczku wojskowym. Znajdowało się ono około 7 kilometrów od Czarnobyla. (…) Zostaliśmy zakwaterowani na drugim piętrze noclegowni oficerskiej, a tej nocy na pierwszym piętrze otwarto stołówkę. Rano nas tam nakarmiono. (…) Już później się dowiedzieliśmy, że teren miasteczka wojskowego, w którym spędziliśmy noc, był mocno skażony i nie można było tam dalej przebywać – wspominał budowniczy kopalni.

Następnego Nowik pojechał transportem opancerzonym w rejon elektrowni jądrowej, aby zbadać miejsce przyszłych prac górniczych. – W jednym z miejsc urządzenie rozpoznające promieniowanie wewnątrz pojazdu pokazało 75 rentgenów. Miejsce, gdzie należało wykopać szyb i z niego poprowadzić tunel pod czwarty reaktor, było osłonięte budynkiem trzeciego energobloku, ale i w tym miejscu poziom promieniowania był dość wysoki. Przed nami pracowali budowniczowie metra. Próbowali wywiercić poziomy tunel, ale coś poszło nie tak. Jak zrozumiałem, próbowali w ten sposób spuścić wodę z basenu barbotażowego. Potem, w pierwszych dniach maja, „złapali” oni dość promieniowania – opowiadał.

Po rozpoznaniu i konsultacjach z geologiem podjęto decyzję o budowie 139-metrowego tunelu. Chodnik miał powstawać przy użyciu młotów pneumatycznych i łopat, a sprowadzona od firmy budującej metro maszyna drążąca miała służyć do wzmacniania ścian żelbetowymi obudowami. Wysokość tunelu określała wewnętrzna średnica tarczy tego urządzenia – 1,8 metra.

Rozmowy z górnikami

Nowik wrócił do Doniecka po ludzi i sprzęt niezbędny do pracy. – We wtorek, 6 maja w Doniecku zebrałem około 1,5 tys. pracowników inżynieryjno-technicznych i robotników – kręgosłup naszego zespołu. Rozmowa odbyła się w auli trustu. Powiedziałem im o czekającym na nas zadaniu. „W Czarnobylu, oczywiście, nie ma malin, ale pracować można. Dla osób z problemami zdrowotnymi nie jest to odpowiednie miejsce, ale pozostali muszą wziąć pracę na swoje barki” – powiedziałem. Nikogo nie zmuszaliśmy do służby w elektrowni atomowej. Każdy, kto z naszego trustu tam pojechał, zrobił to dobrowolnie. Jedyne, o co mnie wtedy zapytano w auli, to jaka będzie wypłata. Odpowiedziałem: „Dopilnuję, aby nie była mniejsza niż średnie wynagrodzenie w donieckich kopalniach”. To odpowiadało każdemu – opowiadał.

Rozmówca Muzeum Narodowego „Czarnobyl” zaznaczył, że był gotowy na odpowiedź na to pytanie. Dzień wcześniej rozmawiał na ten temat z ministrem przemysłu węglowego ZSRR Michaiłem Iwanowiczem Szczadowem [ros. Михаил Иванович Щадов]. – Zapytał mnie: „Ile zarabiają twoi chłopcy w Donbasie?” Odparłem: „Średnio 500 rubli”. Tyle płaciliśmy za wykonanie 100-metrowego szybu. W naszym truście wynagrodzenie było nieco niższe niż u operatorów kopalni, ale też dość wysokie. Powiedziałem: „Konieczne jest, aby i w elektrowni jądrowej nie otrzymywali mniej. W przeciwnym razie ludzie nie będą chcieli przyjechać”. Szczadow się zgodził – opowiedział Nowik.

Likwidator dodał, że 500 rubli to była spora kwota, tym bardziej, że płacili ją nie za miesiąc, ale za dwa tygodnie intensywnej pracy. W tamtym czasie radziecki inżynier w zwykłym, niezwiązanym z obronnością przedsiębiorstwie zarabiał około 120 rubli miesięcznie.

Nowik podczas rozmowy ze Szczadowem poprosił o wsparcie w postaci dodatkowego personelu. Jego własny trust nie miał aż tak wielu własnych pracowników, tym bardziej, że planów budowy nowych szybów kopalnianych nikt nie przesuwał. Minister obiecał rozwiązać ten problem. Wkrótce do Czarnobyla przybyli górnicy z Tuły i innych regionów Związku Radzieckiego.

Rozpoczęcie prac

14 maja Nowik wraz ze swoimi pierwszymi oddziałami przybył do Czarnobyla. – Było nas wtedy około 100 osób. Zabraliśmy się z Doniecka dwoma autobusami marki Ikarus. Wcześniej koleją wysłano do Czarnobyla niezbędny nam sprzęt. W maju i czerwcu 1986 r. w pracach pod reaktorem wzięło udział około 500 pracowników naszego trustu, a przez czarnobylski oddział Ministerstwa Przemysłu Węglowego ZSRR przeszło łącznie 4 tys. osób. Początkowo pracowali głównie górnicy-budowniczowie, a potem do zmian zaczęto dołączać górników z wydziałów eksploatacyjnych kopalń – powiedział likwidator.

Przybyłych górników zakwaterowano w jednym z internatów w Czarnobylu. Były tam spore zapasy odzieży roboczej, łóżek, pościeli, a także stołówka i łaźnia. Jak podkreślił Nowik, problemy bytowe udało się wtedy rozwiązać na przyzwoitym poziomie.

– Na moje polecenie przydzielono nam koparkę, a ja wydałem rozkaz wykopania jak najgłębszego dołu w miejscu naszych prac. Od tego momentu zaczęła się budowa szybu. (…) Musiałem poznać, jaki w tym miejscu jest rodzaj gruntu. Kiedy wykopano siedmiometrowy dół, bo koparka głębiej nie dostała, zobaczyłem, że piasek jest mokry, ale dobrze ubity, co oznacza, że nie jest niebezpieczny pod względem obsypania się. Pomyślałem więc, po co robić szyb? Wystarczy zabezpieczyć ściany wykopu drewnianymi osłonami i przedostać się z niego prosto pod reaktor. Dzięki temu rozwiązaniu ostatecznie zaoszczędziliśmy miliony państwowych rubli – opowiadał.

Likwidator dodał, że prace budowniczych tunelu zostały podzielone na osiem zmian po trzy godziny każda. Dla porównania w kopalniach Donbasu zmiany były sześciogodzinne. Na każdej zmianie pracowało 15-20 osób, a oprócz osób drążących tunel byli także dyżurni elektrycy, operatorzy sprężarek, nadzorcy i inni specjaliści.

Bezpieczeństwo

– Chłopcy pracowali bardzo intensywnie, dosłownie nie przerywali swojej pracy nawet na minutę. W samym tunelu, a następnie pod fundamentami reaktora promieniowanie było minimalne – na poziomie naturalnego tła. Górnicy główne dawki promieniowania przyjmowali podczas prac w wykopie, w drodze na miejsce pracy i podczas powrotu – opowiadał Nowik.

Początkowo pracowników dowożono na miejsce pracy w pojazdach opancerzonych, ale było to bardzo uciążliwe ze względu na panującą we wnętrzach pojazdów wysoką temperaturę. Nowikowi udało się rozwiązać ten problem, prowadząc górników przez pomieszczenia elektrowni. – Porozumieliśmy się z ochroną, aby bez przeszkód przepuszczała górników do wykopu. Okazało się to zarówno szybsze, jak i wygodniejsze. Ludzie wchodzili do elektrowni przez budynek ABK-1, szli długim korytarzem wzdłuż trzech bloków i wychodzili z budynku ABK-2 praktycznie na miejsce pracy. Tam rozpoczynał się najniebezpieczniejszy, najbardziej skażony odcinek o długości 50 metrów – mówił.

Dodał, że „na całej trasie pieszej, zarówno w budynkach elektrowni, jak i na zewnątrz, zamontowane zostały znaki ze strzałkami i napisami białą farbą »Tunel«, aby nikt się nie zgubił. Słowo »Tunel« oczywiście nie pochodzi z leksykonu górniczego, ale było bardziej zrozumiałe dla tych, którzy razem z nami uczestniczyli w tej pracy. Taka z pozoru prosta i oczywista decyzja o zmianie trasy poruszania się pozwoliła znacznie zmniejszyć narażenie ludzi.”

Przełożeni górników starali się, aby ich podwładni nie przekroczyli dawki 25 rentgenów. – Gdy tylko indywidualne dawki zbliżały się do tej liczby, ludzie byli zastępowani i odsyłani do domów. Średnio górnicy pracowali w elektrowni jądrowej przez dwa tygodnie – powiedział Nowik.

Zaznaczył przy tym, że największe dawki promieniowania otrzymali ci, którzy pracowali w pierwszych tygodniach drążenia tunelu. Wtedy bowiem sytuacja radiacyjna wciąż była słabo poznana i nikt nie miał doświadczenia w pracy w takich warunkach.

Wódka na promieniowanie

– Mnie pod koniec mojej pracy w elektrowni atomowej wyliczono 72 rentgeny. Ale nie sądzę, abym został silnie poszkodowany od promieniowania. Wszystko dlatego, że przestrzegałem wszelkich niezbędnych środków ostrożności – stwierdził gość Muzeum Narodowego „Czarnobyl”.

Nowik zwrócił uwagę na to, że jeden naukowców z Akademii Nauk Medycznych ZSRR objaśnił mu, że w warunkach podwyższonego promieniowania alkohol chroni organizm ludzki przed szkodliwymi skutkami radiacji. – Tylko nie powinno się pić Caberneta, ale spirytus lub wódkę. 150-200 gramów po posiłku. Dlatego wracając z elektrowni, a z reguły było to po północy, razem z kolegą, z którym mieszkałem w tym samym pokoju, wypijaliśmy naszą dzienną normę. Kolega nie nalewał dużo – miał mniej więcej 60 lat, a ja miałem wtedy „zaledwie” 45 lat, więc w całości przyjmowałem dawkę rekomendowaną przez lekarza. Co zaskakujące, gdybym w Doniecku wypił tak dużo alkoholu przed pójściem spać, prawdopodobnie następnego dnia czułbym się źle. A wtedy w Czarnobylu rano wstawałem z łóżka z absolutnie jasną głową – opowiedział.

Nowik dodał, że 100 „likwidatorskich” gramów wódki otrzymywali także jego pracownicy na stołówce. – Trwało to przez około miesiąc, ale potem niektórzy z najbardziej chętnych do picia chłopców zaczęli nadużywać alkoholu i musiałem zakazać tej praktyki. Ale do tego czasu sytuacja radiacyjna stała się mniej napięta – podkreślił.

Koniec prac

Prace przy budowie tunelu zakończyły się do 30 maja, a do 15 czerwca trwały prace przy wykonaniu podkopu pod fundamentami reaktora. Trzeba było wykopać grunt pod budowę płyty o wymiarach 30×30 m i wysokości 2,5 m. Beton bo budowy tej płyty na miejsce był dostarczany ze specjalnej beczki przy użyciu sprężonego powietrza. Na miejscu robotnicy rozprowadzali go łopatami. Jak zaznaczył, pod reaktorem miał zostać zainstalowany specjalny system chłodniczy. – Rury, którymi planowano dostarczać ciekły azot, były wykonane ze stali nierdzewnej. Ich średnica wynosiła 150 mm, czyli 6 cali. Z góry płytę pokryto płytami ołowianymi i grafitowymi. Na szczęście cały ten system nie był potrzebny. Płyta, którą wykonaliśmy, mogła wytrzymać wszystkie obciążenia temperaturowe i bez dostarczenia azotu – mówił Nowik.

Co ciekawe, pracownicy do przyspieszenia prowadzonych prac, użyli stacji kompresorowej elektrowni, która znajdowała się w odległości 45-50 metrów od wykopu. – Sami ją odkryliśmy i uruchomiliśmy bez udziału pracowników elektrowni. Mieliśmy własnych mechaników, ślusarzy i maszynistów. Sprężarki były tam nowiutkie. Wyglądało na to, że jeszcze nigdy nie były używane – powiedział likwidator. Dodał, że było to istotne odkrycie, gdyż sprzęt kopalniany ze względów bezpieczeństwa nie korzysta z napędów elektrycznych, ale z napędów pneumatycznych.

Ekipa z Doniecka nie przywiozła ze sobą maszyn transportowych i ładujących, gdyż panujące warunki nie pozwalały na ich eksploatację. Drążenie tunelu odbywało się głównie przy użyciu młotów pneumatycznych i łopat. Ziemię i piasek wywożono na najmniejszych z samowyładowczych wózków, które zostały wyprodukowane w mieście Kopiejsk [ros. Копейск] w obwodzie czelabińskim w Rosji. Można było do nich załadować pół metra sześciennego urobku. – Wózek był pchany ręcznie przez dwie osoby, jest stosunkowo lekki. Ale kiedy na zmianie nie robisz jednego, lecz 80-90 takich przejazdów (rekord to chyba 96), to oczywiście wymaga to sporego wysiłku. Pot z chłopaków płynął strumieniami – opowiadał gość Muzeum Narodowego „Czarnobyl”.

Wszelkie prace zakończono pod koniec czerwca. – Za oficjalną datę zakończenia budowy płyty pod reaktorem przyjmuje się 28 czerwca 1986 r. Podobno wtedy podpisano akt przyjęcia tego obiektu do eksploatacji – powiedział Nowik.

Nagrody

Pod koniec 1986 r. prezydium Rady Najwyższej ZSRR wydało dekret o przyznaniu odznaczeń państwowych górnikom, którzy brali udział w pracach w Czarnobylu. – Najwyższą nagrodą w dekrecie był Order Czerwonego Sztandaru Pracy [ros. Орден Трудового Красного Знамени]. Nagrodzono nim około 10 osób, w tym brygadzistę tunelistów naszego trustu Michaiła Szweca [ros. Михаил Швец] i mnie. Tego samego dnia otrzymałem jeszcze jeden Order Czerwonego Sztandaru Pracy, którym zostałem nagrodzony za wysokie wyniki pracy, które zostały uzyskane w truście w jedenastej pięciolatce – stwierdził likwidator.

Pamięć o 1986 r.

Donieccy górnicy upamiętniają wydarzenia z 1986 r. nie 26 kwietnia, lecz 2 maja, kiedy to do Doniecka przyjechał minister przemysłu węglowego Ukrainy Nikołaj Surgaj. W 2006 r. w Doniecku postawiono pomnik ofiarom Czarnobyla. – Około 8 tys. mieszkańców Doniecka (górników, wojskowych, strażaków, pracowników medycznych) wzięło udział w likwidacji skutków katastrofy.  Wielu z tych górników, którzy w maju i czerwcu 1986 r. nie uczestniczyli w budowie płyty ochronnej pod reaktorem, wzywano później do usuwania skutków awarii za pośrednictwem wojskowych urzędów poborowych – wspomniał Nowik.

Dodał, że siłami trustu powstała cerkiew pw. Narodzenia Bogurodzicy. Tam też wspominani są wszyscy górnicy z Doniecka, w tym także uczestnicy likwidacji skutków wypadku w Czarnobylu. – Niestety w 2018 r. nasz trust przestał istnieć, więc teraz ja zajmuję się świątynią, aby zachować pamięć o górnikach-czarnobylcach i nie tylko o nich – dodał.

O serialu „Czarnobyl”

– Nie widziałem amerykańskiego miniserialu „Czarnobyl”, ale opowiedziano mi o tym, jak przedstawiono tam górników. Kompletne bzdury! Jak wszystko się właściwie wydarzyło – już wam powiedziałem. Więcej szczegółów mogą podać osoby, które bezpośrednio, z łopatami w rękach uczestniczyły w pracach pod reaktorem. Pomogę pracownikom Muzeum Narodowego „Czarnobyl” skontaktować się z nimi. Dopóki żyją, musimy zdążyć zapisać ich wspomnienia – zakończył Jewgienij Nowik.

Zobacz materiał Muzeum Narodowego „Czarnobyl” w Kijowie:

Materiał powstał we współpracy z Muzeum Narodowym „Czarnobyl” w Kijowie. Zapraszamy na strony internetowe muzeum chornobylmuseum.kiev.ua oraz jego profil na Facebooku.

Radioaktywne mleko na Ukrainie – sytuacja 12 i 13 maja 1986 r.